![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
środa, 31 lipca 2019
Ferioli debiutuje
Czwarty tom "Kajtka i Koka w kosmosie" właśnie opuścił drukarnię. Na dowód przedstawiamy kilka zdjęć od Arka Salamońskiego. Zwróćcie uwagę na fotkę nr 3 - jest to pierwsza z grafik wykonanych przez Césara Ferioli, hiszpańskiego artystę od Disneya, który zgodził się dorysować brakujące okładki. Przypomnijmy, że Ferioli to odkrycie Bogdana Ruksztełło-Kowalewskiego. Od następnego tomu Hiszpan całkowicie zastąpi Janusza Christę "na odcinku" okładek. Trzymamy kciuki.
środa, 24 lipca 2019
Sierpniowe premiery
Egmont udostępnił przykładowe plansze dwóch komiksów zaplanowanych na sierpień. Są to: "Kajtek i Koko w kosmosie: Planeta automatów" (tom 4) oraz "Zamach na Milusza" (edycja kaszubska). Tymczasem "Flying School" ma chyba kolejny poślizg, bo właśnie zniknął z zapowiedzi wrześniowych.
Informację o nowościach jak zwykle podała Kacza Agencja Informacyjna.
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
* * *
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
Informację o nowościach jak zwykle podała Kacza Agencja Informacyjna.
piątek, 19 lipca 2019
Urodzinowy prezent z Australii
Dziś świętujemy 85. urodziny Janusza Christy. Z tej okazji o godz. 5:00 rano naszego czasu wystartowała nowa strona poświęcona Mistrzowi pt. "The Spirit Journey". Autorem projektu jest Marek "Ashika" Ostapkowicz, zamieszkały w Australii rzeźbiarz i podróżnik, a w dzieciństwie wielki miłośnik pasków z "Wieczoru Wybrzeża". Co wynikło z połączenia tych trzech pasji? Możecie się o tym przekonać już teraz, zaglądając na www.TheSpiritJourney.net. Do wczoraj pod tym adresem wisiało tylko tajemnicze ogłoszenie (poniżej), ale od dziś będą tam królować Kajtek, Koko i ich nowe przygody, rysowane wspólnie przez Ashikę i Janusza Christę. Jak to możliwe? Sprawdźcie sami w zakładce "Ilustracje". I pamiętajcie, żeby co poniedziałek zaglądać do dzielnych marynarzy z "Kakaryki".
PS. "Na plasterki" również miały premierę w urodziny Christy - 19 lipca 2010 roku. Tylko że myśmy zrobili to nieświadomie i dopiero rok później zauważyliśmy ów dziwny zbieg okoliczności. Uznaliśmy, że była to cicha aprobata naszego patrona. Chyba słusznie, bo przez 9 lat działalności zdobyliśmy najważniejsze nagrody w polskim światku komiksowym. Miejmy nadzieję, że i projektowi Ashiki data ta przyniesie szczęście.
* * *
PS. "Na plasterki" również miały premierę w urodziny Christy - 19 lipca 2010 roku. Tylko że myśmy zrobili to nieświadomie i dopiero rok później zauważyliśmy ów dziwny zbieg okoliczności. Uznaliśmy, że była to cicha aprobata naszego patrona. Chyba słusznie, bo przez 9 lat działalności zdobyliśmy najważniejsze nagrody w polskim światku komiksowym. Miejmy nadzieję, że i projektowi Ashiki data ta przyniesie szczęście.
czwartek, 18 lipca 2019
Krasnolud na wczasach
Maciej Jasiński - scenarzysta komiksowy i autor książki o Jerzym Wróblewskim - przysłał nam okładkę trzeciego tomu serii "Krasnolud Nap" pt. "Śmiech nadejdzie jutro" (rys. Krzysztof Trystuła, premiera we wrześniu) z następującym komentarzem:
PS. Wkrótce opublikujemy cały długaśny post o okładce "Na wczasach". Oj, będzie co oglądać!
Nawiązanie do "Na wczasach" w pełni zamierzone, bo to mój pierwszy komiks był, jaki dostałem i przeczytałem :)I my takie nawiązania bardzo szanujemy. Tym bardziej, że "Krasnolud Nap" dostał w 2015 roku nagrodę dla komiksu "w duchu Janusza Christy", a to do czegoś zobowiązuje.
![]() | ![]() |
PS. Wkrótce opublikujemy cały długaśny post o okładce "Na wczasach". Oj, będzie co oglądać!
Etykiety:
Inni twórcy,
Komiksy
poniedziałek, 15 lipca 2019
Kryptonim "Walizka" 2

* * *
30.700 złotych, czyli 9,5 pensji przeciętnego Kowalskiego zarobił Janusz Christa na "Kajtku i Koku w kosmosie". Komiks – przynajmniej w rzeczywistości papierologicznej – powstał w rekordowym tempie. 20 kwietnia 1974 roku Zarząd Okręgu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Gdańsku zawarł z Januszem Christą umowę na wydanie "broszury – powieści rysunkowej" w postaci "188 ilustracji, licząc za jedną ilustrację jeden odcinek drukowany w Wieczorze Wybrzeża«, składający się z czterech rysunków". Christa zobowiązał się dostarczyć materiały do 1 maja. Albumik trafił do sprzedaży 16 sierpnia.
![]() |
Koniec lat 50., kolejka czytelników "Wieczoru Wybrzeża" przed kioskiem na Targu Węglowym w Gdańsku. |
Niektórzy z Was mogą w to nie uwierzyć, ale w PRL soboty były normalnymi dniami pracy. Dopiero ekipa Gierka zaczęła ten stan liberalizować, wprowadzając od 1975 roku jedną (!) wolną sobotę w miesiącu. Jednak dla gdańskiego oddziału Towarzystwa Przyjaciół Dzieci sobota 20 kwietnia 1974 była dniem wyjątkowo pracowitym. Wtedy właśnie, w ciągu zaledwie kilku godzin, TPD zdążyło zawrzeć wszystkie umowy zabezpieczające (oczywiście w teorii) wydanie książeczki "Kajtek i Koko w kosmosie".
Umowa założycielska "Kajtka i Koka w kosmosie", strona 1. |
Oficjalna historia "Kajtka i Koka w kosmosie" zaczyna się od umowy TPD z redakcją "Wieczoru Wybrzeża", reprezentowaną przez redaktora naczelnego Waldemara Slawika. "Przedmiotem niniejszej umowy – porozumienia jest wspólne wydanie książki z odcinkami opowieści rysunkowej dla dzieci pt. »Kajtek i Koko w Kosmosie«, autora Janusza Christy, publikowanej w »Wieczorze Wybrzeża«, w nakładzie do 100 tys. egzemplarzy, w cenie detalicznej 15 zł za egz." – postanawia dokument i od razu doprecyzowuje, że osobno wskazani zostaną autorzy oraz specjaliści do obsługi i realizacji procesu wydawniczego.
![]() |
Waldemar Slawik (1915–1997), współtwórca "Wieczoru Wybrzeża" i jego redaktor naczelny w latach 1959–1976. Fot.: Wojciech Lendzion. |
Z umowy dowiadujemy się kto pokrywał początkowe koszty. W sformułowaniu z §2 "TPD zleci [prace] na koszt rachunku ogólnego wydawnictwa", słowo "wydawnictwo" wcale nie oznacza Gdańskiego Wydawnictwa Prasowego (lokalny oddział koncernu-molocha RSW "Prasa – Książka – Ruch"), tylko przygotowywaną do druku książeczkę. Zobowiązania finansowe miało wykonać TPD, co jednoznacznie wynika z treści §7.
Umowa założycielska "Kajtka i Koka w kosmosie", strona 2. |
Co prawda koszty ponosiło TPD, ale konfitury zgarniał zupełnie ktoś inny. 50% czystego dochodu miało pójść na "cele propagandowe Redakcji". Cóż to mogło oznaczać? Otóż zgodnie z filozofią systemu, redakcja "Wieczoru Wybrzeża" nie mogła tak po prostu zarobić tych pieniędzy. Zadaniem redakcji nie było dbanie o kasę, tylko o "propagandę", co na szczęście było pojęciem dość pojemnym i równie dobrze mogło oznaczać postawienie billboardu z jakimś zaangażowanym hasłem (wbrew pozorom, reklama wielkopowierzchniowa to nie jest wynalazek nieznany w PRL), jak i zorganizowanie pracownikom wyjazdu w Bory Tucholskie. Przy okazji pokazuje to też, że o ile formalnie inicjatywę wydawniczą miało TPD, to połowę wartości całego przedsięwzięcia stanowiły paski komiksowe, wniesione przez "Wieczór" niejako aportem do tej osobliwej półki. A jaka była w tym rola samego Janusza Christy?
Umowa z Januszem Christą. "Powieść rysunkowa" = graphic novel? Potwierdza się tu pierwszy sopocki adres Christy - ul. Helska 1 m. 2, który poznaliśmy przy okazji "Cudu wrześniowego". |
O tym dowiadujemy się z kolejnej umowy, podpisanej rzecz jasna tego samego dnia. Christa oświadczył w niej, iż "opracował powieść rysunkową" (tym samym potwierdził swoje autorstwo) i przyjął honorarium liczone według stawek ministerialnych. Przyjął oczywiście po raz drugi, bo już raz za te same paski zapłacił mu "Wieczór Wybrzeża", ale skoro procent od sprzedaży w PRL-u nie funkcjonował, trzeba było rozliczyć się z autorem na jakichś innych zasadach. I tu przykra niespodzianka, bo przywołane zarządzenie Ministra, na którym oparto współpracę z twórcą poczytnych komiksów, pochodziło sprzed 23 lat. Przez te ćwierć wieku przeciętne wynagrodzenie podskoczyło aż pięciokrotnie, a stawki dla plastyków ani drgnęły. Teraz w pełni można zrozumieć irytację Papcia Chmiela, o czym mowa była w pierwszym poście.
Umowa z Januszem Christą, strona 2. |
Natomiast grafika na okładkę, będąca jednym z niewielu elementów, jakie Christa naprawdę musiał wykonać na potrzeby tego zeszytu (resztę miał w zasadzie gotową), wyceniona została na 2.500 zł. W porównaniu ze stawką za rysunek, wynoszącą 37,50 zł (1/4 komiksowego paska), była to kwota co najmniej przyzwoita, stanowiąca rodzaj rekompensaty dla rysownika. Prawdopodobnie wydawca miał w tej kwestii więcej swobody i nie musiał trzymać się zarządzenia z 1951 roku.
![]() | ![]() |
Bazyli mógłby kupić ze trzy odkurzacze, a Koko tapczan dla Kajtka (gdyby dołożył kilka stów...) za honorarium za okładkę "Kosmosu" – wg oficjalnych cen GUS. Kadry pochodzą z wydania WAG. |
Lektura dokumentów TPD przynosi także pewną ciekawostkę obsadową. Umowę na "dokonanie wyboru ilustracyjnego", czyli de facto przygotowanie scenariusza, podpisał Grzegorz A. Rybiński (1940–2009), ówczesny dziennikarz "Wieczoru Wybrzeża".
Wynagrodzenie dla autora tekstu liczone było według stawek współczesnych, natomiast ilustratorzy zatrzymali się w roku 1951. |
Wydaje się, że Rybiński wystąpił tu w takiej samej roli, jaką później odgrywał Adam Kołodziejczyk z Krajowej Agencji Wydawniczej, tj. osoby, poprzez którą Christa realizował prace literackie i redakcyjne, bo formalnie jako grafik-samouk nie mógłby ich wykonywać. Trudno przecież uwierzyć, że to Rybiński przetrząsnął wszystkie paski "Kosmosu" i ułożył je w nową historyjkę, podpowiadając jeszcze Chriście, co musi przerysować, czy wyretuszować. Natomiast będąc sprawnym dziennikarzem (z prasą związany był od 1968 roku, najpierw w "Wieczorze", a do 1981 roku w "Głosie Wybrzeża" jako sekretarz redakcji) mógł – korzystając zapewne z sugestii Christy – przygotować tekst wstępu i posłowia.
![]() |
Grzegorz Rybiński (na mostku kapitańskim, trzyma noworodka w beciku) wśród innych dziennikarzy "Wieczoru" na tableau wydrukowanym w 1977 r. z okazji 20-lecia gazety. |
Co jeszcze można powiedzieć o tych umowach? Dyplomatycznie: że są "lekko" naciągane. Naciągane w tym sensie, że na złożenie w wydawnictwie kompletnego komiksu, tj. okładki, 188 pasków, tekstów do wstępu i posłowia, wyznaczono 10 dni – nawet niespecjalnie przejmując się tym, że 1 maja był dniem wolnym od pracy i Christa z Rybińskim musieliby materiały dostarczyć do 30 kwietnia, w ciągu 8 dni roboczych. W tym sensie uczciwiej potraktowano osobę zatrudnioną do całego szeregu czynności technicznych: makietowania, opracowania rysunków do chemigrafii i łamania, kontroli odbitek oraz korekty redakcyjnej. Tutaj już nikt cudów nie oczekiwał i termin wyznaczono na 1 czerwca.
![]() |
Nie udało się dotrzeć do dokumentacji kolejnego etapu, jakim był druk komiksu, dość dosadnie podsumowanego w "Kosmozagadce". Są natomiast umowy z introligatorami. Wynika z nich (przynajmniej teoretycznie), że "Kajtek i Koko w kosmosie" miał być gotowy na 20 sierpnia 1974 r. Kilku introligatowór w ciągu zaledwie 10 dni miało wykonać oprawę (zbieranie, szycie, obcinanie i pakowanie), w partiach po 10 tys. egzemplarzy... "komiksu". Hurra! Zakazane słowo w końcu zostało użyte!
![]() |
Między kwietniem a sierpniem zaszła też istotna zmiana formalna. Jak wynika z powyższej umowy, gdańska popołudniówka wciąż chowała się za Towarzystwem Przyjaciół Dzieci, ale przynajmniej odpowiedzialność przeniesiono z niezależnego Zarządu Okręgu, na koło TPD nr 57 przy redakcji "Wieczoru". Żeby było zabawniaj, koło reprezentował nie kto inny, jak dobrze nam znany... Waldemar Slawik, redaktor naczelny gazety. Tak więc w imieniu obu stron tego przedsięwzięcia, czyli TPD i "Wieczoru Wybrzeża", występował jeden człowiek, dogadujący się sam z sobą. Mistrzostwo świata. Teraz dopiero widać, że TPD było w tym układzie figurantem, koniecznym być może ze względów finansowych albo proceduralnych, a może dlatego, że miało odpowiednie dojścia, np. do papieru.
Kiedy już wszystko dopięte zostało na ostatni guzik, redakcji "Wieczoru" pozostało już tylko umiejętnie podsycać napięcie.
![]() |
"Wieczór" z 17 sierpnia 1974 r. "Nasza redakcja" dołączyła do TPD. |
Postscriptum: Kajtek, Koko i kontrola
64-stronicowy zeszyt "Kajtek i Koko w kosmosie" wywołał poruszenie nie tylko wśród najmłodszych czytelników. Pewnego pięknego dnia
![]() |
Walka Andrzeja Bajkowskiego, autora "Vademecum", o dodatkowe honorarium i wynikłe z niej kłopoty z urzędem cenzorskim przyciągnęły uwagę kontrolerów. |
Kontrolerzy "przyklepali" fikcję jakoby Towarzystwo Przyjaciół Dzieci rzeczywiście było wydawcą "Kosmosu" i przymknęli oko na fakt, że TPD wykonało całą robotę rękoma naczelnego "Wieczoru Wybrzeża" i jego zespołu. Wytknięto natomiast, iż niektórym pracownikom "Wieczoru" zlecano prace, w których wykorzystywali oni swój służbowy dorobek i służbowe zasoby techniczne gazety. Wśród zaleceń pokontrolnych znalazła się wyraźna dyspozycja, by w przyszłości nie zatrudniać pracowników etatowych do prac dodatkowych, ponieważ... wywołuje to niezadowolenie pozostałej części załogi (w domyśle – niezadowolenie finansowe u pominiętych). "A skoro już zatrudniono ludzi, by nie ruszając się z miejsca wykonali swoją pracę na służbowych maszynach, to przynajmniej trzeba było od nich wziąć pokwitowania na te nieszczęsne broszury" – zdają się mówić kontrolerzy.
Czy to już koniec perypetii? Absolutnie nie! Również czynniki centralne pochyliły się z troską nad Kajtkiem i Kokiem. 16 grudnia 1974 roku, kiedy drugie wydanie (czy raczej dodruk) "Kosmosu" trafiało do księgarń, Marian Gregorek, dyrektor Gdańskiego Wydawnictwa Prasowego, przesłał wszystkie dokumenty "do wiadomości i ewentualnego wykorzystania" Zespołowi Kontroli w koncernie RSW "Prasa – Książka – Ruch".
![]() |
Dyrektor Gregorek przesłał dokumenty, jak zaznacza, "zgodnie z życzeniem". Może być to po prostu wynik rutynowej prośby o przekazywanie informacji o wynikach wszystkich kontroli w jednostkach RSW, bo trudno przypuszczać, aby ktoś z centrali specjalnie śledził sprawę "Kajtka i Koka w kosmosie". Ale kto wie?
![]() |
Marian Gregorek (1917–2000), dyrektor Gdańskiego Wydawnictwa Prasowego w latach 1950–1982. |
31 stycznia 1975 r. dokumenty przekierowano do "towarzysza Jakubczaka" bez imienia. Być może to on pozaznaczał w tekście co ciekawsze fragmenty, bezbłędnie zwracając uwagę na kwestię podziału zysków, czy rozbijania prac introligatorskich na osobno płatne partie.
![]() |
![]() |
"Uwaga! dwie umowy [nieczytelne] [wydrukowano?] 20 tys. egzemplarzy". |
W międzyczasie, 16 stycznia 1975 roku Gdańskie Wydawnictwo Prasowe, podpisem Zastępcy Dyrektora ds. Poligrafii, zadeklarowało Urzędowi Wojewódzkiemu wcielenie w życie wszystkich zaleceń pokontrolnych.
![]() |
"Niezbędne kroki w celu wyeliminowania". |
Zainteresowanie organów kontrolnych komiksami Janusza Christy skończyło się zatem dość bezboleśnie. Przynajmniej na to wskazuje dostępna dziś wiedza. Ale być może kiedyś natkniemy się inne tego typu kwiatki.
Arek z Gdyni
* * *
Chciałbym podzielić się z Wami kilkoma refleksjami, jakie naszły mnie po lekturze materiału Arka. Przede wszystkim zaimponowało mi tempo, w jakim "Wieczór Wybrzeża" wydał zeszytowego "Kajtka i Koka w kosmosie". Cały proces trwał zaledwie 4 miesiące (przy założeniu, że pierwsze umowy nie były podpisywane post factum), co w porównaniu z kilkuletnim cyklem wydawniczym KAW-u było wynikiem iście wyczynowym. Jednocześnie nie mogę się pozbyć wrażenia, że udało się to wyłącznie dzięki rozmaitym kombinacjom, bez których w socjalizmie nie można było niczego załatwić. W przypadku "Kosmosu" kombinowano z terminami, ze zleceniami i stawkami honorariów, a nawet z określeniem faktycznego wydawcy - byle na papierze z grubsza się zgadzało. Kontrola doskonale o tym wiedziała, a jednak przymykała oko na tę lipę. I całe szczęście.
Szczególnie zaciekawiła mnie wzmianka w protokole pokontrolnym na temat Delegatury Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Zdaje się ona wskazywać, że o wielkości nakładu decydowała... cenzura. Całkiem więc możliwe, że to, co podawano w stopkach redakcyjnych tuż obok sygnatury cenzora, stanowiło narzuconą odgórnie maksymalną ilość egzemplarzy - nakład "docelowy", który wcale nie musiał być osiągnięty. Za taką interpretacją przemawiać mogą: [1] zapis w pierwszej umowie brzmiący "do 100 tys. egzemplarzy", [2] rozbite na części zlecenie dla introligatorów, dające możliwość elastycznego manipulowania ilością i harmonogramem, a także [3] tajemniczy dodruk komiksu w grudniu 1974, niepotwierdzony żadną adnotacją w stopce. Czy zatem legendarne, astronomiczne nakłady komiksów KAW-u, sięgające 300.000 egzemplarzy, nie były tylko cenzorskim zapisem? Kiedyś postaram się rozwikłać tę zagadkę, a tymczasem jeszcze raz gratuluję Arkowi znakomitej śledczo-dziennikarskiej roboty.
Kapral
![]() |
Stemple cenzury na książeczkach "Tytus, Romek i A'Tomek" z zadekretowanymi nakładami. Źródło: "Komiks i satyra" (strona Wojtka Łowickiego). |
piątek, 5 lipca 2019
Błądzić jest rzeczą ludzką
Od premiery "Królewskiej Konnej" minął raptem miesiąc, a na facebooku zdążyliśmy już podlinkować 22 recenzje tego komiksu, z czego tylko dwie negatywne. Ponad 90% recenzentów dosłownie piała z zachwytu i domagała się kolejnych albumów tria Kur-Kiełbus-Bednarczyk. Jednym słowem: sukces! Tymczasem jeszcze kilkanaście lat temu przeciwnicy kontynuacji "Kajka i Kokosza" byli równie liczni, co zwolennicy, a może liczniejsi. Widać to choćby w ankiecie "Czy Kajko i Kokosz powinni być kontynuowani?", przeprowadzonej w 2003 r. na forum śp. Gildii.

Opcja nr 2 wcale nie była taka absurdalna, działo się to bowiem w czasach, gdy Janusz Christa jeszcze żył, choć od lat nie rysował. Szanse na to, że kiedykolwiek sięgnie po piórko i brystol były bliskie zeru, ale jak widać, w fanach wciąż tliła się nadzieja. Po śmierci Christy (2008) wcale nie przybyło zwolenników kontynuacji, szczególnie że wyniki konkursu Egmontu nie napawały optymizmem. Wątek na Gildii co jakiś czas odżywał na krótko i po kilku apatycznych komentarzach zapadał w kolejny sen. Sprawcą jednego z takich przebudzeń był niejaki Spik, zdeklarowany przeciwnik wszelkich następców Mistrza. I tu ciekawostka - otóż nasz informator twierdzi, że pod tym pseudonimem kryje się nie kto inny, jak... No nie, nie możemy Wam tego jeszcze zdradzić, bo i tak byście nie uwierzyli. Przeczytajcie najpierw komentarz, a może sami rozwikłacie tę zagadkę.
Końcowy postulat Spika w jakiejś mierze okazał się proroczy - pół roku później faktycznie uruchomiliśmy blog "Na plasterki" i zaczęliśmy analizować twórczość Janusza Christy pod każdym możliwym kątem. Jedną z naszych pierwszych akcji był pamiętny plebiscyt "KiK c.d.", w którym próbowaliśmy demokratycznie wyłonić nowego rysownika "Kajka i Kokosza". Jednak także i w tej kwestii Spik pozostał nieprzejednany.
Czy domyślacie się kim jest ów tajemniczy malkontent? Możemy Wam przyrzec, że gdy wreszcie zdradzimy jego tożsamość, śmiechu będzie co niemiara. Na Wasze typy czekamy jak zwykle w komentarzach pod postem. Na razie nie będziemy pokazywać odpowiedzi, żeby następnym zgadującym nie psuć zabawy.

Opcja nr 2 wcale nie była taka absurdalna, działo się to bowiem w czasach, gdy Janusz Christa jeszcze żył, choć od lat nie rysował. Szanse na to, że kiedykolwiek sięgnie po piórko i brystol były bliskie zeru, ale jak widać, w fanach wciąż tliła się nadzieja. Po śmierci Christy (2008) wcale nie przybyło zwolenników kontynuacji, szczególnie że wyniki konkursu Egmontu nie napawały optymizmem. Wątek na Gildii co jakiś czas odżywał na krótko i po kilku apatycznych komentarzach zapadał w kolejny sen. Sprawcą jednego z takich przebudzeń był niejaki Spik, zdeklarowany przeciwnik wszelkich następców Mistrza. I tu ciekawostka - otóż nasz informator twierdzi, że pod tym pseudonimem kryje się nie kto inny, jak... No nie, nie możemy Wam tego jeszcze zdradzić, bo i tak byście nie uwierzyli. Przeczytajcie najpierw komentarz, a może sami rozwikłacie tę zagadkę.
Końcowy postulat Spika w jakiejś mierze okazał się proroczy - pół roku później faktycznie uruchomiliśmy blog "Na plasterki" i zaczęliśmy analizować twórczość Janusza Christy pod każdym możliwym kątem. Jedną z naszych pierwszych akcji był pamiętny plebiscyt "KiK c.d.", w którym próbowaliśmy demokratycznie wyłonić nowego rysownika "Kajka i Kokosza". Jednak także i w tej kwestii Spik pozostał nieprzejednany.
Czy domyślacie się kim jest ów tajemniczy malkontent? Możemy Wam przyrzec, że gdy wreszcie zdradzimy jego tożsamość, śmiechu będzie co niemiara. Na Wasze typy czekamy jak zwykle w komentarzach pod postem. Na razie nie będziemy pokazywać odpowiedzi, żeby następnym zgadującym nie psuć zabawy.
* * *
Nie będziemy Was dłużej trzymać w niepewności - tym bardziej, że dostaliśmy już dwie prawidłowe odpowiedzi. Bohaterem dzisiejszej zagadki jest... orkiestra tusz... MACIEK KUR, scenarzysta serii "Kajko i Kokosz: Nowe przygody" i oficjalny następca Janusza Christy. Zwycięzcy naszej zabawy, Radkowi Kochowi z Kaczej Agencji Informacyjnej, gratulujemy refleksu i znajomości tematu (oto tradycyjny uścisk dłoni), a Maćkowi Kurowi odwagi, która pozwoliła mu w porę wycofać się z błędu. Tak trzymać!
Etykiety:
KiK c.d.,
Konkurs,
Nowe przygody
środa, 3 lipca 2019
Najciemniej pod latarnią
Nasz ukochany Hegemon, na wpół legendarny założyciel "Na plasterków", dawno przestał udzielać się na blogu, ale wciąż ma w zanadrzu nieliche niespodzianki. Na przykład w ostatnią niedzielę przysłał mi takiego oto MMS-a.
Jest to kompletnie nieznana kalkomania z końca lat 80. lub początku 90. Jakością bije na głowę zestaw odkryty niegdyś przez Wojtka Jamę. Kolory odwzorowane są znakomicie, a przesunięcia dosłownie minimalne. Wymiary obrazka wynoszą ok. 45 x 40 mm. Zapewne na oryginalnym karneciku było więcej postaci, ale tylko Miluś przetrwał do dziś.
A teraz najlepsze: ów cudowny eksponat przez cały czas należał do... Hegemona, a ten po latach odnalazł go u swoich rodziców. Kalkomania przyklejona była do starego klasera ze znaczkami (na zdjęciu poniżej). Niestety, na tym kończy się wiedza na temat znaleziska. Hegemon nijak nie może sobie przypomnieć ani kiedy, ani gdzie kupił kalkomanię. Pamięta tylko, że zawsze wolał zbierać kajkoszki od znaczków i tak mu już zostało.
A może ktoś z Was jest w stanie dorzucić jakieś szczegóły do tego zagadkowego odkrycia? Czekamy na Wasze maile i komentarze.
Jest to kompletnie nieznana kalkomania z końca lat 80. lub początku 90. Jakością bije na głowę zestaw odkryty niegdyś przez Wojtka Jamę. Kolory odwzorowane są znakomicie, a przesunięcia dosłownie minimalne. Wymiary obrazka wynoszą ok. 45 x 40 mm. Zapewne na oryginalnym karneciku było więcej postaci, ale tylko Miluś przetrwał do dziś.
A teraz najlepsze: ów cudowny eksponat przez cały czas należał do... Hegemona, a ten po latach odnalazł go u swoich rodziców. Kalkomania przyklejona była do starego klasera ze znaczkami (na zdjęciu poniżej). Niestety, na tym kończy się wiedza na temat znaleziska. Hegemon nijak nie może sobie przypomnieć ani kiedy, ani gdzie kupił kalkomanię. Pamięta tylko, że zawsze wolał zbierać kajkoszki od znaczków i tak mu już zostało.
A może ktoś z Was jest w stanie dorzucić jakieś szczegóły do tego zagadkowego odkrycia? Czekamy na Wasze maile i komentarze.
Etykiety:
Gadżety
wtorek, 25 czerwca 2019
Komiks - literatura dla leniwych?
Drodzy zbieracze komiksów, czy zastanawialiście się kiedyś jak odróżnić komiksy od nie-komiksów? Pytam całkiem serio, bo - jak zapewne wiecie - komiks nie doczekał się dotąd porządnej definicji. Większość badaczy próbuje go zdefiniować poprzez atrybuty, takie jak ramki, dymki, następstwo kadrów, formy publikacji, a nawet tematykę. Tymczasem twórcy już dawno prześcignęli teorię i serwują nam coraz więcej komiksów bez ramek, bez dymków, bez papieru albo z nieliniową narracją.
Jakby tego było mało, na poboczach naszego ukochanego medium nieustannie wyrastają nowe hybrydy: picturebooki, komikso-powieści, komiksowe paragrafówki. Ostatnio na forum KomikSpec dyskutowano nawet czy do komiksowej rodziny nie włączyć starodawnych bajek na przeźroczach (Wojtek Birek pisał o nich w książce "Henryk Sienkiewicz w obrazkach"). Można dostać kręćka...
Myślicie, że to tylko czcze, akademickie dywagacje? Nic podobnego. Nie wiem jak Wy, ale mnie zwyczajnie zaczyna brakować półek na wszystkie te komiksowe pobocza (założę się, że większość komiksiarzy ma ten problem). Choćby z tego powodu warto sobie wyznaczyć jakieś granice, na zasadzie: "TO jeszcze zbieram, a TEGO już nie".
KOMIKS A LITERATURA
Sześć lat temu ucięliśmy sobie z Adamem Ruskiem mailową pogaduchę na ten temat. Zaproponowałem wtedy, żeby podejść do sprawy po inżyniersku. Zamiast ciągle męczyć się z odpowiedzią na pytanie "czym jest komiks?" (i aktualizować definicję co parę lat, w ślad za ewolucją medium), może warto dla odmiany spytać jak działa? No i wyszło mi, że komiks działa w ten sposób, iż pewne fragmenty opowieści zastępuje ilustracjami - zazwyczaj opisy, ale nie tylko, a w ekstremalnych przypadkach zastępuje ilustracjami 100% tekstu (komiks niemy).
No i super, ale w bardzo podobny sposób działają obrazkowe czytanki dla najmłodszych (poniżej po lewej stronie), które komiksami z całą pewnością nie są, choć posługują się ilustracjami, a nawet opowiadają historie. Komiksami nie są też instrukcje obsługi i infografiki (poniżej po prawej stronie) - oczywiście co do zasady, bo pewnie można sobie wyobrazić komiks udający instrukcję obsługi, ale niosący inne treści niż tylko techniczne.
Żeby odciąć opisane wyżej wyjątki, a jednocześnie nie pozbywać się "poboczy", można doprecyzować, że komiks porusza się w tym samym obszarze co literatura piękna, a nie techniczna, natomiast komiksowe ilustracje (rysunki lub zdjęcia, bo fotokomiks to też komiks) są odpowiednikami całych fraz (zdań, akapitów), a nie pojedynczych wyrazów. I już z chaosu zaczyna się wyłaniać pierwsza przymiarka do definicji:
Teza ta może nie spodobać się wielu komiksiarzom, sugeruje bowiem, że nie obraz, a tekst literacki jest w tym układzie nadrzędny. Przytoczę w tym miejscu fragment felietonu jednego z czołowych polskich scenarzystów, Rafała Skarżyckiego pt. "Kilka banałów o scenariuszu komiksowym" z magazynu "KKK":

Widoczny na zdjęciu scenariusz do "Koncertu Kaprala" Janusza Christy powstał "z głowy, czyli znikąd" (jak mawiał rysownik), choć równie dobrze mógł powstać jako adaptacja tekstu literackiego. Różnica byłaby jedynie w materiale źródłowym, natomiast podejmowane przez scenarzystę wybory pozostałyby podobne, może tylko ograniczeń miałby on więcej. Jednak nawet w przypadku cudzego materiału scenarzysta ma wybór pomiędzy adaptacją wierną i swobodną. Przykładem niech będą fragmenty komiksów na podstawie prozy Henryka Sienkiewicza. Po kliknięciu zobaczycie całe plansze wraz z odpowiadającymi im fragmentami powieści. Przy okazji porównajcie ile czasu zajmie Wam lektura tekstu Sienkiewicza, a ile lektura komiksu na jego podstawie.
OD ILUSTRACJI DO NARRACJI
Zagadnienie tempa lektury będę tu jeszcze wałkował, a na razie wróćmy do tematu granic komiksu. W reakcji na moje amatorskie pomysły Adam Rusek bardzo słusznie zauważył, że obraz niekoniecznie musi zastępować tekst. Może go również dopełniać, albo tylko uatrakcyjniać. Teoretycznie z dopełnianiem tekstu mamy do czynienia w przypadku prakomiksów, czyli historyjek obrazkowych (z podpisami), a z uatrakcyjnianiem w przypadku ilustracji książkowych. Jednak w praktyce granice między tymi funkcjami są bardzo płynne, co postaram się pokazać na przykładzie prac Janusza Christy.
U dołu z lewej strony widzimy kartkę z powieści "Przygoda w Gibraltarze" (1959), z prawej zaś odcinek prakomiksu "Opowieść o Armstrongu" (1957). W powieści obrazki umieszczone są co kilka lub kilkanaście stron. W prakomiksie jest ich znacznie więcej, po kilka na każdej stronie, a fabuła podzielona jest na krótkie segmenty odpowiadające "kadrom". Mimo ewidentnych różnic, zasada działania pozostaje taka sama: liczy się tekst, a obrazki są do niego jedynie ładnym dodatkiem. Ale oczywiście nam, komiksiarzom, wydaje się, że w prakomiksie jest odwrotnie, że to tekst jest dodatkiem do obrazków. Błąd.
A teraz skomplikujmy nieco sprawę - otóż zdarzają się prakomiksy, które udają, że są komiksami. Takim przebierańcem jest np. "Korak syn Tarzana" (1958). Christa przeniósł w nim tekst opowiadania do wnętrza "kadrów", a kadry ułożył w planszę, zamiast w pasek. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to jak komiks, tyle że bez dymków. Jednak po bliższych oględzinach okazuje się, że tekst spokojnie da się czytać w oderwaniu od ilustracji, te zaś niczego nowego do opowieści nie wnoszą.
W "Wieczorze Wybrzeża" Christa jeszcze przez wiele lat mieszał komiks z prakomiksem. Niektóre paski "Kajtka i Koka" były tak przeładowane podpisami, że obrazki stanowiły tylko ładny dodatek do literatury. Rysownik porzucił tę archaiczną technikę mniej więcej w połowie historyjki "Na tropach pitekantropa" (1964-1965) i od tej pory stosował podpisy tylko wtedy, gdy były naprawdę konieczne.
Warto w tym miejscu zauważyć, że po angielsku komiksowe podpisy zawsze nazywają się "captions", niezależnie od tego, czy znajdują się pod kadrami czy wewnątrz kadrów. Tylko u nas funkcjonuje sztuczny podział na podpisy (prakomiks) i komentarze (komiks), przy czym te drugie przypisuje się narratorowi jako "dymki bez ogonków". Błąd. Nie zawsze, ale zwykle błąd.
U Christy prawdziwy narrator pojawiał się niezwykle rzadko. Pamiętacie zapewne "Opowieści Koka", w których gruby marynarz w zabawny sposób komentował wydarzenia widoczne na obrazkach. W pierwszej części ("Arktyczna wyprawa" 1962-1963) teksty Koka zazwyczaj podkreślały absurdalny komizm rysunków.
Natomiast w części drugiej ("Przemytniczy szlak" 1965-1966) podpisy wyraźnie kontrastowały z ilustracjami, przedstawiając odmienną wersję wydarzeń. Żeby podkreślić narracyjną funkcję podpisów, Christa zaczął je wydzielać z kadrów za pomocą charakterystycznych falbankowatych ramek, które później stały się jego znakiem rozpoznawczym. "Przemytniczemu szlakowi" znacznie bliżej było do serii dowcipów rysunkowych, niż do typowego komiksu, a jednak (paradoksalnie) ze wszystkich prac Christy to właśnie do tej historyjki najlepiej pasuje określenie "jedność ikono-lingwistyczna", użyte kiedyś przez KTT do zdefiniowania komiksu.
Zaraz po zakończeniu "Opowieści Koka" autor - być może z powodu przesytu - drastycznie ograniczył ilość podpisów, a w "Kajtku i Koku w kosmosie" (1968-1972) posługiwał się już wyłącznie dialogami. A jednak nawet wtedy jego komiksy wydawały się przegadane. Zwróćcie uwagę, że u Christy prawie w ogóle nie ma kadrów bez tekstu. Poza tym niektóre kwestie wypowiadane przez bohaterów wydają się zbędne, bo ich jedynym zadaniem jest wyjaśnienie akcji widocznej na obrazku. A zatem podpisy wcale nie zniknęły, tylko zostały ukryte pod postacią tych "zbędnych" dymków. Czyżby rysownik nie do końca wierzył w spostrzegawczość czytelników?
DOŚMIESZACZE I POPYCHACZE
Christa aż do końca współpracy z "Wieczorem Wybrzeża", czyli do "Wojów Mirmiła" był bardzo konsekwentny w tym swoim unikaniu podpisów. Powrócił do nich dopiero w "Świecie Młodych" (1975), a na masową skalę zaczął je stosować w "Relaksie" (1976). Rekordowe pod tym względem są "Bajki dla dorosłych" (92% kadrów ma podpisy, niektóre po dwa), oraz "Dżdżownice" i "Coś z ryb" (100% z podpisami), z tym że te dwa ostatnie tytuły są raczej z pogranicza komiksu.
W post-relaxowych "Kajkach i Kokoszach" Christa używał podpisów często i to na dwa sposoby: jako "dośmieszaczy" albo "popychaczy". Podpisy z pierwszej kategorii, podobne do tych z "Przemytniczego szlaku" czy "Dżdżownic", w zabawny sposób komentowały rysunki, zazwyczaj na zasadzie przekory (co innego w tekście, co innego na obrazku) albo gry słów. Oto kilka typowych "dośmieszaczy" ze "Skarbów Mirmiła" (1980).
W odróżnieniu od "dośmieszaczy", podpisy z kategorii "popychaczy" mają na celu popychanie akcji do przodu. Nie tylko dopowiadają to, czego nie widać na obrazkach, ale przede wszystkim sklejają ciąg kadrów w czytelną całość. "Popychacze" zazwyczaj pojawiają się tam, gdzie trudno zrozumieć fabułę śledząc same rysunki i dialogi, np. w momentach raptownej zmiany miejsca albo czasu akcji. Dobrze to widać w poniższym fragmencie "Dnia Śmiechały" (1983).
We współczesnym komiksie "popychaczy" unika się jak ognia. Uważane są za archaizm i niezręczność warsztatową, z czego Christa zdał sobie sprawę już pod koniec lat 60. Dlaczego więc dekadę później powrócił do ich stosowania? Prawdopodobnie z konieczności. Rysując paski dla "Wieczoru Wybrzeża" nie miał w zasadzie żadnych ograniczeń co do długości swoich komiksów. Mógł dowolnie rozciągać fabułę i dzielić ją na kadry tak gęsto, by nie było przeskoków czasowych. Zmiany miejsca akcji załatwiał zaś w ten sposób, że nową lokalizację wprowadzał w kolejnym pasku. Koniec paska to naturalne miejsce podziału w komiksie prasowym. Czytelnik czeka cały dzień, otwiera gazetę, a tam akcja rozpoczyna się już zupełnie gdzie indziej, jak w nowym rozdziale powieści albo po przewróceniu kartki w albumie komiksowym. Tu już nie wypada niczego wyjaśniać, nawet w tak karkołomnych sytuacjach jak przejście bohatera ze świata realnego do wirtualnego (odc. 26/27 "Kajtka i Koka w kosmosie").
W "Świecie Młodych" Christa nie miał takiej swobody. Zamiast nieokreślonej liczby 4-kadrowych pasków, dostał do dyspozycji 35 plansz (później 40) po ok. 10 kadrów każda. Fabuła musiała się zatem zamknąć w 350 kadrach, podczas gdy w "Wieczorze Wybrzeża" mogło to być nawet 1000 lub więcej. Christa, jako urodzony gawędziarz, nie lubił krótkich fabuł i trudno mu się było zmieścić w 350 kadrach. Przypuszczam, że właśnie stąd wzięła się duża ilość podpisów, pozwalających ograniczyć liczbę rysunków (np. zamiast kilku kadrów, Christa rysował tylko dwa skrajne, a na początku drugiego wstawiał "popychacz", żeby wyjaśnić co się działo pomiędzy).
Ciągły brak miejsca nie zawsze pozwalał na zamykanie scen wraz z końcem planszy. W takim reżimie Christa wytrzymał tylko przez kilka pierwszych odcinków "Szkoły latania", gdzie odc. 1 rozgrywał się w chatce Jagi, odc. 2 w warowni Zbójcerzy, odc. 3 pod Mirmiłowem, odc. 4-5 w lesie, odc. 6 w grodzie itd. W okolicy odc. 15 wszystko się posypało i później autor nie był już taki pryncypialny. Skoro i tak musiał stosować podpisy (żeby nie przekroczyć 35 stron), to równie dobrze mógł zmieniać lokalizacje albo wątki w dowolnym miejscu planszy, zamiast czekać z tym do nowego odcinka.

RYTM KADROWANIA
W tym miejscu proponuję raz jeszcze prześledzić wszystkie powyższe prace Christy, zwracając uwagę na czas, jaki dzieli sceny przedstawione na sąsiednich kadrach danej opowiastki. Na przykład: ile czasu mogło upłynąć w "Pitekantropie" między nadmuchaniem pontonu, zwodowaniem go i dotarciem do pieczary? Kilka, kilkanaście minut? A w scenie lądowania z "Kajtka i Koka w kosmosie"? Zapewne nie więcej niż kilka sekund między kadrami, podobnie zresztą jak w "Szkole latania". Ten ciekawy parametr, charakterystyczny wyłącznie dla komiksu i jego poboczy, nazwać można częstotliwością lub gęstością kadrowania. Spróbujmy ustawić poszczególne rodzaje opowieści z obrazkami od najwolniejszych do najszybszych:
Wydaje się, że ewolucja komiksu w naturalny sposób zmierza do osiągnięcia filmowej dynamiki. W prakomiksie Toondera to się nie udało, bowiem króciutkiej rysowanej scence odpowiada ogrom tekstu, spowalniający lekturę. Natomiast w niemej "Krainie Mikołajka" działa znakomicie, bo czytelnik w ogóle nie traci czasu na czytanie, tylko przelatuje wzrokiem po rysunkach.
Stare chińskie przysłowie "jeden obraz wart jest tysiąca słów" oznacza dla scenarzysty komiksowego, że obraz jest znacznie szybszym w odbiorze niż tekst (choć niekoniecznie lepszym) nośnikiem informacji. Zapewne dlatego komiksy są dziś bardziej rysowane niż pisane, a niektórzy badacze wskazują, iż ilustracje przejęły funkcję narracyjną. Nie wydaje mi się jednak, by "opowiadanie obrazem" było immanentną cechą komiksu od samego zarania - jest to raczej wynik dążenia do uzyskania efektu "czasu rzeczywistego" przez wizjonerów gatunku.
Zapewne dałoby się wyprowadzić matematyczną zależność między ilością tekstu, rytmem kadrów i czasem lektury (w stylu K=a/T, tzn. ilość kadrów K jest odwrotnie proporcjonalna do długości tekstu T), a nawet zrobić jakiś wykres. Może kiedyś... W tym miejscu miałem jeszcze napisać coś o wysiłku wkładanym w lekturę komiksu (w stosunku np. do wysiłku włożonego w lekturę książki), ale Adam Rusek bardzo nalegał, żebym "nie mieszał w jednej definicji teleologii z elementem opisowym". No dobrze, poprzestanę więc na zaktualizowaniu definicji:
Bardzo proszę, nie traktujcie tego jak prawdy objawionej, tylko kolejny głos w dyskusji o komiksie i próbę zrozumienia tego skomplikowanego medium. Jeśli uważacie, że błądzę, czekam na kontrargumenty. Ale jeśli udało mi się Was choćby zaintrygować, uważam zadanie za wykonane.
![]() | ![]() |
Benjamin Renner "Wielki zły lis" | Alexandre Reverend, Thierry Robin "Kraina Mikołajka" |
Jakby tego było mało, na poboczach naszego ukochanego medium nieustannie wyrastają nowe hybrydy: picturebooki, komikso-powieści, komiksowe paragrafówki. Ostatnio na forum KomikSpec dyskutowano nawet czy do komiksowej rodziny nie włączyć starodawnych bajek na przeźroczach (Wojtek Birek pisał o nich w książce "Henryk Sienkiewicz w obrazkach"). Można dostać kręćka...
Myślicie, że to tylko czcze, akademickie dywagacje? Nic podobnego. Nie wiem jak Wy, ale mnie zwyczajnie zaczyna brakować półek na wszystkie te komiksowe pobocza (założę się, że większość komiksiarzy ma ten problem). Choćby z tego powodu warto sobie wyznaczyć jakieś granice, na zasadzie: "TO jeszcze zbieram, a TEGO już nie".
KOMIKS A LITERATURA
Sześć lat temu ucięliśmy sobie z Adamem Ruskiem mailową pogaduchę na ten temat. Zaproponowałem wtedy, żeby podejść do sprawy po inżyniersku. Zamiast ciągle męczyć się z odpowiedzią na pytanie "czym jest komiks?" (i aktualizować definicję co parę lat, w ślad za ewolucją medium), może warto dla odmiany spytać jak działa? No i wyszło mi, że komiks działa w ten sposób, iż pewne fragmenty opowieści zastępuje ilustracjami - zazwyczaj opisy, ale nie tylko, a w ekstremalnych przypadkach zastępuje ilustracjami 100% tekstu (komiks niemy).
No i super, ale w bardzo podobny sposób działają obrazkowe czytanki dla najmłodszych (poniżej po lewej stronie), które komiksami z całą pewnością nie są, choć posługują się ilustracjami, a nawet opowiadają historie. Komiksami nie są też instrukcje obsługi i infografiki (poniżej po prawej stronie) - oczywiście co do zasady, bo pewnie można sobie wyobrazić komiks udający instrukcję obsługi, ale niosący inne treści niż tylko techniczne.
![]() | ![]() |
Żeby odciąć opisane wyżej wyjątki, a jednocześnie nie pozbywać się "poboczy", można doprecyzować, że komiks porusza się w tym samym obszarze co literatura piękna, a nie techniczna, natomiast komiksowe ilustracje (rysunki lub zdjęcia, bo fotokomiks to też komiks) są odpowiednikami całych fraz (zdań, akapitów), a nie pojedynczych wyrazów. I już z chaosu zaczyna się wyłaniać pierwsza przymiarka do definicji:
Komiks to opowieść, w której część zdań zastąpiono ilustracjami.
Teza ta może nie spodobać się wielu komiksiarzom, sugeruje bowiem, że nie obraz, a tekst literacki jest w tym układzie nadrzędny. Przytoczę w tym miejscu fragment felietonu jednego z czołowych polskich scenarzystów, Rafała Skarżyckiego pt. "Kilka banałów o scenariuszu komiksowym" z magazynu "KKK":

Przede wszystkim trzeba wyraźnie powiedzieć, że scenariusz z konieczności poprzedza komiks jako gotowy produkt. Najpierw musi być wiadomo co i - mniej więcej - jak narysować, zanim się zacznie to robić. Już słyszę jak w tym momencie cała rzesza rysowników podnosi zgiełk, że to jakaś bzdura, bo oni przecież rysują swoje komiksy "na gorąco", nie wiedząc co będzie dalej, jakie będzie rozwiązanie komiksu, ani nawet nie planując jak będzie wyglądał następny kadr, czyli że scenariusz w ich wydaniu powstaje równocześnie z rysunkami. Na tego typu zarzut odpowiadam prosto - kochani, tworzone w ten sposób komiksy NIE MAJĄ SCENARIUSZA, za to MAJĄ HISTORIĘ.Skarżycki ma oczywiście rację, tylko niepotrzebnie umniejsza swoją rolę. Przecież on też na początku ma jedynie "historię", którą musi dopiero zaadaptować na komiks. Musi zdecydować które fragmenty historii zastąpić rysunkami, które przerobić na dymki, które pominąć, a które wyeksponować. Scenariusz jest zatem etapem pośrednim między opowieścią a komiksem. Nawet jeśli rysownik sam jest sobie scenarzystą, albo nie zapisuje scenariusza na kartce, to wcale nie oznacza, że etap adaptacji w magiczny sposób zostaje pominięty.
Widoczny na zdjęciu scenariusz do "Koncertu Kaprala" Janusza Christy powstał "z głowy, czyli znikąd" (jak mawiał rysownik), choć równie dobrze mógł powstać jako adaptacja tekstu literackiego. Różnica byłaby jedynie w materiale źródłowym, natomiast podejmowane przez scenarzystę wybory pozostałyby podobne, może tylko ograniczeń miałby on więcej. Jednak nawet w przypadku cudzego materiału scenarzysta ma wybór pomiędzy adaptacją wierną i swobodną. Przykładem niech będą fragmenty komiksów na podstawie prozy Henryka Sienkiewicza. Po kliknięciu zobaczycie całe plansze wraz z odpowiadającymi im fragmentami powieści. Przy okazji porównajcie ile czasu zajmie Wam lektura tekstu Sienkiewicza, a ile lektura komiksu na jego podstawie.
![]() |
Krystyna Wójcik "Potop" ("Express Ilustrowany" 1974) |
![]() |
Jarosław Miarka, Jerzy Ozga "Quo vadis" (2001) |
OD ILUSTRACJI DO NARRACJI
Zagadnienie tempa lektury będę tu jeszcze wałkował, a na razie wróćmy do tematu granic komiksu. W reakcji na moje amatorskie pomysły Adam Rusek bardzo słusznie zauważył, że obraz niekoniecznie musi zastępować tekst. Może go również dopełniać, albo tylko uatrakcyjniać. Teoretycznie z dopełnianiem tekstu mamy do czynienia w przypadku prakomiksów, czyli historyjek obrazkowych (z podpisami), a z uatrakcyjnianiem w przypadku ilustracji książkowych. Jednak w praktyce granice między tymi funkcjami są bardzo płynne, co postaram się pokazać na przykładzie prac Janusza Christy.
U dołu z lewej strony widzimy kartkę z powieści "Przygoda w Gibraltarze" (1959), z prawej zaś odcinek prakomiksu "Opowieść o Armstrongu" (1957). W powieści obrazki umieszczone są co kilka lub kilkanaście stron. W prakomiksie jest ich znacznie więcej, po kilka na każdej stronie, a fabuła podzielona jest na krótkie segmenty odpowiadające "kadrom". Mimo ewidentnych różnic, zasada działania pozostaje taka sama: liczy się tekst, a obrazki są do niego jedynie ładnym dodatkiem. Ale oczywiście nam, komiksiarzom, wydaje się, że w prakomiksie jest odwrotnie, że to tekst jest dodatkiem do obrazków. Błąd.
![]() | ![]() |
A teraz skomplikujmy nieco sprawę - otóż zdarzają się prakomiksy, które udają, że są komiksami. Takim przebierańcem jest np. "Korak syn Tarzana" (1958). Christa przeniósł w nim tekst opowiadania do wnętrza "kadrów", a kadry ułożył w planszę, zamiast w pasek. Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to jak komiks, tyle że bez dymków. Jednak po bliższych oględzinach okazuje się, że tekst spokojnie da się czytać w oderwaniu od ilustracji, te zaś niczego nowego do opowieści nie wnoszą.
![]() |
Taką właśnie dziwaczną manierą posługiwał się Hal Foster (poniżej) i jego europejscy naśladowcy z "Vaillanta". |
![]() |
W "Wieczorze Wybrzeża" Christa jeszcze przez wiele lat mieszał komiks z prakomiksem. Niektóre paski "Kajtka i Koka" były tak przeładowane podpisami, że obrazki stanowiły tylko ładny dodatek do literatury. Rysownik porzucił tę archaiczną technikę mniej więcej w połowie historyjki "Na tropach pitekantropa" (1964-1965) i od tej pory stosował podpisy tylko wtedy, gdy były naprawdę konieczne.
Warto w tym miejscu zauważyć, że po angielsku komiksowe podpisy zawsze nazywają się "captions", niezależnie od tego, czy znajdują się pod kadrami czy wewnątrz kadrów. Tylko u nas funkcjonuje sztuczny podział na podpisy (prakomiks) i komentarze (komiks), przy czym te drugie przypisuje się narratorowi jako "dymki bez ogonków". Błąd. Nie zawsze, ale zwykle błąd.
U Christy prawdziwy narrator pojawiał się niezwykle rzadko. Pamiętacie zapewne "Opowieści Koka", w których gruby marynarz w zabawny sposób komentował wydarzenia widoczne na obrazkach. W pierwszej części ("Arktyczna wyprawa" 1962-1963) teksty Koka zazwyczaj podkreślały absurdalny komizm rysunków.
Natomiast w części drugiej ("Przemytniczy szlak" 1965-1966) podpisy wyraźnie kontrastowały z ilustracjami, przedstawiając odmienną wersję wydarzeń. Żeby podkreślić narracyjną funkcję podpisów, Christa zaczął je wydzielać z kadrów za pomocą charakterystycznych falbankowatych ramek, które później stały się jego znakiem rozpoznawczym. "Przemytniczemu szlakowi" znacznie bliżej było do serii dowcipów rysunkowych, niż do typowego komiksu, a jednak (paradoksalnie) ze wszystkich prac Christy to właśnie do tej historyjki najlepiej pasuje określenie "jedność ikono-lingwistyczna", użyte kiedyś przez KTT do zdefiniowania komiksu.
Zaraz po zakończeniu "Opowieści Koka" autor - być może z powodu przesytu - drastycznie ograniczył ilość podpisów, a w "Kajtku i Koku w kosmosie" (1968-1972) posługiwał się już wyłącznie dialogami. A jednak nawet wtedy jego komiksy wydawały się przegadane. Zwróćcie uwagę, że u Christy prawie w ogóle nie ma kadrów bez tekstu. Poza tym niektóre kwestie wypowiadane przez bohaterów wydają się zbędne, bo ich jedynym zadaniem jest wyjaśnienie akcji widocznej na obrazku. A zatem podpisy wcale nie zniknęły, tylko zostały ukryte pod postacią tych "zbędnych" dymków. Czyżby rysownik nie do końca wierzył w spostrzegawczość czytelników?
DOŚMIESZACZE I POPYCHACZE
Christa aż do końca współpracy z "Wieczorem Wybrzeża", czyli do "Wojów Mirmiła" był bardzo konsekwentny w tym swoim unikaniu podpisów. Powrócił do nich dopiero w "Świecie Młodych" (1975), a na masową skalę zaczął je stosować w "Relaksie" (1976). Rekordowe pod tym względem są "Bajki dla dorosłych" (92% kadrów ma podpisy, niektóre po dwa), oraz "Dżdżownice" i "Coś z ryb" (100% z podpisami), z tym że te dwa ostatnie tytuły są raczej z pogranicza komiksu.
W post-relaxowych "Kajkach i Kokoszach" Christa używał podpisów często i to na dwa sposoby: jako "dośmieszaczy" albo "popychaczy". Podpisy z pierwszej kategorii, podobne do tych z "Przemytniczego szlaku" czy "Dżdżownic", w zabawny sposób komentowały rysunki, zazwyczaj na zasadzie przekory (co innego w tekście, co innego na obrazku) albo gry słów. Oto kilka typowych "dośmieszaczy" ze "Skarbów Mirmiła" (1980).
W odróżnieniu od "dośmieszaczy", podpisy z kategorii "popychaczy" mają na celu popychanie akcji do przodu. Nie tylko dopowiadają to, czego nie widać na obrazkach, ale przede wszystkim sklejają ciąg kadrów w czytelną całość. "Popychacze" zazwyczaj pojawiają się tam, gdzie trudno zrozumieć fabułę śledząc same rysunki i dialogi, np. w momentach raptownej zmiany miejsca albo czasu akcji. Dobrze to widać w poniższym fragmencie "Dnia Śmiechały" (1983).
We współczesnym komiksie "popychaczy" unika się jak ognia. Uważane są za archaizm i niezręczność warsztatową, z czego Christa zdał sobie sprawę już pod koniec lat 60. Dlaczego więc dekadę później powrócił do ich stosowania? Prawdopodobnie z konieczności. Rysując paski dla "Wieczoru Wybrzeża" nie miał w zasadzie żadnych ograniczeń co do długości swoich komiksów. Mógł dowolnie rozciągać fabułę i dzielić ją na kadry tak gęsto, by nie było przeskoków czasowych. Zmiany miejsca akcji załatwiał zaś w ten sposób, że nową lokalizację wprowadzał w kolejnym pasku. Koniec paska to naturalne miejsce podziału w komiksie prasowym. Czytelnik czeka cały dzień, otwiera gazetę, a tam akcja rozpoczyna się już zupełnie gdzie indziej, jak w nowym rozdziale powieści albo po przewróceniu kartki w albumie komiksowym. Tu już nie wypada niczego wyjaśniać, nawet w tak karkołomnych sytuacjach jak przejście bohatera ze świata realnego do wirtualnego (odc. 26/27 "Kajtka i Koka w kosmosie").
![]() | ![]() |
W "Świecie Młodych" Christa nie miał takiej swobody. Zamiast nieokreślonej liczby 4-kadrowych pasków, dostał do dyspozycji 35 plansz (później 40) po ok. 10 kadrów każda. Fabuła musiała się zatem zamknąć w 350 kadrach, podczas gdy w "Wieczorze Wybrzeża" mogło to być nawet 1000 lub więcej. Christa, jako urodzony gawędziarz, nie lubił krótkich fabuł i trudno mu się było zmieścić w 350 kadrach. Przypuszczam, że właśnie stąd wzięła się duża ilość podpisów, pozwalających ograniczyć liczbę rysunków (np. zamiast kilku kadrów, Christa rysował tylko dwa skrajne, a na początku drugiego wstawiał "popychacz", żeby wyjaśnić co się działo pomiędzy).
Ciągły brak miejsca nie zawsze pozwalał na zamykanie scen wraz z końcem planszy. W takim reżimie Christa wytrzymał tylko przez kilka pierwszych odcinków "Szkoły latania", gdzie odc. 1 rozgrywał się w chatce Jagi, odc. 2 w warowni Zbójcerzy, odc. 3 pod Mirmiłowem, odc. 4-5 w lesie, odc. 6 w grodzie itd. W okolicy odc. 15 wszystko się posypało i później autor nie był już taki pryncypialny. Skoro i tak musiał stosować podpisy (żeby nie przekroczyć 35 stron), to równie dobrze mógł zmieniać lokalizacje albo wątki w dowolnym miejscu planszy, zamiast czekać z tym do nowego odcinka.

RYTM KADROWANIA
W tym miejscu proponuję raz jeszcze prześledzić wszystkie powyższe prace Christy, zwracając uwagę na czas, jaki dzieli sceny przedstawione na sąsiednich kadrach danej opowiastki. Na przykład: ile czasu mogło upłynąć w "Pitekantropie" między nadmuchaniem pontonu, zwodowaniem go i dotarciem do pieczary? Kilka, kilkanaście minut? A w scenie lądowania z "Kajtka i Koka w kosmosie"? Zapewne nie więcej niż kilka sekund między kadrami, podobnie zresztą jak w "Szkole latania". Ten ciekawy parametr, charakterystyczny wyłącznie dla komiksu i jego poboczy, nazwać można częstotliwością lub gęstością kadrowania. Spróbujmy ustawić poszczególne rodzaje opowieści z obrazkami od najwolniejszych do najszybszych:
- Najrzadziej "kadry" rozmieszczone są w książkach z ilustracjami. Odstępy czasowe między kolejnymi zilustrowanymi scenami są zupełnie przypadkowe - mogą trwać kilka minut albo kilka lat, zależnie od kaprysu i pracowitości ilustratora. Nie ma to wpływu na lekturę.
- W prakomiksie częstotliwość kadrowania jest większa, zależna od długości segmentów tekstu (podpisów). Na podstawie samych rysunków trudno się tu zorientować o co chodzi, ale zdarzają się wyjątki, np. u Martena Toondera (strip poniżej).
- Archaiczne komiksy z dużą ilością podpisów są nieco gęściej kadrowane od prakomiksów, choćby dlatego, że wewnątrz kadru mieści się mniej tekstu niż pod kadrem. Akcja nadal posuwa się skokowo, choć zdarzają się gęstsze i bardziej płynne momenty.
- Komiksy współczesne (z minimalną ilością podpisów) kadrowane są tak gęsto, by można je było czytać "w czasie rzeczywistym", tzn. lektura trwa mniej więcej tak samo długo, co przedstawiona akcja. Daje to podczas czytania niemal filmowy efekt płynności.
- Najgęstsze bodaj kadrowanie pojawia się w superdynamicznych scenach w mandze. Tu lektura trwa dłużej niż faktyczna akcja, co symuluje filmowy efekt zwolnionego tempa (przykład poniżej). Technikę tę naśladują czasem twórcy spoza Azji.
![]() | ![]() |
Marten Toonder (właśc. Lo Hartog van Banda i Piet Wijn) "Koning Hollewijn: Het gewichtverlies" | Kohei Horikoshi "My Hero Academia - Akademia bohaterów" |
Wydaje się, że ewolucja komiksu w naturalny sposób zmierza do osiągnięcia filmowej dynamiki. W prakomiksie Toondera to się nie udało, bowiem króciutkiej rysowanej scence odpowiada ogrom tekstu, spowalniający lekturę. Natomiast w niemej "Krainie Mikołajka" działa znakomicie, bo czytelnik w ogóle nie traci czasu na czytanie, tylko przelatuje wzrokiem po rysunkach.
Stare chińskie przysłowie "jeden obraz wart jest tysiąca słów" oznacza dla scenarzysty komiksowego, że obraz jest znacznie szybszym w odbiorze niż tekst (choć niekoniecznie lepszym) nośnikiem informacji. Zapewne dlatego komiksy są dziś bardziej rysowane niż pisane, a niektórzy badacze wskazują, iż ilustracje przejęły funkcję narracyjną. Nie wydaje mi się jednak, by "opowiadanie obrazem" było immanentną cechą komiksu od samego zarania - jest to raczej wynik dążenia do uzyskania efektu "czasu rzeczywistego" przez wizjonerów gatunku.
![]() |
Floyd Gottfredson "Mickey Mouse in Death Valley" (1930) |
![]() |
Jack Kirby "The Blitzkrieg of Batroc!" (1967) |
Zapewne dałoby się wyprowadzić matematyczną zależność między ilością tekstu, rytmem kadrów i czasem lektury (w stylu K=a/T, tzn. ilość kadrów K jest odwrotnie proporcjonalna do długości tekstu T), a nawet zrobić jakiś wykres. Może kiedyś... W tym miejscu miałem jeszcze napisać coś o wysiłku wkładanym w lekturę komiksu (w stosunku np. do wysiłku włożonego w lekturę książki), ale Adam Rusek bardzo nalegał, żebym "nie mieszał w jednej definicji teleologii z elementem opisowym". No dobrze, poprzestanę więc na zaktualizowaniu definicji:
Komiks to opowieść, w której część zdań zastąpiono ilustracjami,
dążąc do nadania lekturze tempa zbliżonego do ujęć filmowych.
dążąc do nadania lekturze tempa zbliżonego do ujęć filmowych.
Bardzo proszę, nie traktujcie tego jak prawdy objawionej, tylko kolejny głos w dyskusji o komiksie i próbę zrozumienia tego skomplikowanego medium. Jeśli uważacie, że błądzę, czekam na kontrargumenty. Ale jeśli udało mi się Was choćby zaintrygować, uważam zadanie za wykonane.
Etykiety:
Christa,
fAnalizy,
Ilustracje,
Inni twórcy,
Komiksy,
Książki,
Scenariusze
Subskrybuj:
Posty (Atom)