piątek, 4 stycznia 2019

Kryptonim "Walizka"

Tytuł dzisiejszego posta możecie potraktować jak zwykły clickbait. Mam nadzieję, że skuteczny, bo nic tak Polaków nie kręci jak zaglądanie innym Polakom do walizek, a jeszcze lepiej do portfeli. A właśnie tym chciałbym się dzisiaj zająć. Podczas niedawnej dyskusji na temat zarobków komiksiarzy w PRL-u, która wywiązała się na "jednym z portali społecznościowych", okazało się, że w fandomie funkcjonuje romantyczna miejska legenda o tym, jak to nasi Starzy Mistrzowie dostawali grosze, klepali biedę, a komiksy rysowali dla idei, bo:
  1. poza komiksami świata nie widzieli,
  2. młodzież czekała na ich historyjki,
  3. chcieli dowalić komunie (niepotrzebne skreślić).
No to może sprawdźmy jak było naprawdę. Ale zanim zaczniemy, mam dwie uwagi. Po pierwsze trzeba wyraźnie oddzielić komiksy drukowane w prasie codziennej (Christa w "Wieczorze Wybrzeża", Wróblewski w "Dzienniku Wieczornym") od komiksów wydawanych przez partyjno-państwowe giganty, takie jak RSW "Prasa-Książka-Ruch" i jej agencje: MAW ("Świat Młodych") oraz KAW ("Relax"). Między tymi dwoma światami była przepaść, również jeśli chodzi o stawki. Generalnie zasada była następująca: im bliżej centrali, tym więcej pieniędzy (i cenzury).

Po drugie musimy pamiętać, że sposób rozliczeń wydawnictw z autorami był zupełnie oderwany od nakładów, które sięgały kilkuset tysięcy egzemplarzy. W PRL-u nie chodziło bowiem o to, żeby coś sprzedać, tylko żeby wytworzyć. Zamiast procentu od obrotu, twórcy dostawali urzędowe stawki za stronę. Doskonale podsumował to Papcio Chmiel:
Ilość sprzedanych egzemplarzy nie ma wpływu na wysokość honorariów. Dla mnie wystarczy jak wydrukują jeden egzemplarz. Ja mam płacone z umowy o dzieło. Oddzielnie za scenariusz i okładkę, według tabeli grafiki książkowej, wymyślonej przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Dalej płacone mam wszystko na raty. Pierwsza zaliczka przy podpisaniu umowy, druga po przyjęciu dzieła do druku, reszta po sprzedaży. [6]

POPOŁUDNIÓWKI

Najgorzej wiodło się komiksiarzom pracującym w zwykłych, codziennych gazetach. Nawet w prasie popołudniowej, mającej z założenia charakter sensacyjny, tematyka rozrywkowa stanowiła margines, a przeważały nudne artykuły o partii, bloku wschodnim, wykonanych planach i przejściowych trudnościach. Komiks traktowany był jak piąte koło u wozu, a jego twórcy jak wyrobnicy. Swój czas w gdańskim "Wieczorze Wybrzeża" Janusz Christa podsumował tak:
Normalnie moja obecność w redakcji polegała na tym, że przynosiłem paski. [...] Traktowali mnie jak listonosza, czy jakiegoś kuriera. [3]
"Wieczór" płacił niewiele, ale wystarczało. Żyłem skromnie, byłem chudy. [1]
A praca była katorżnicza. Christa tygodniowo dostarczał (wymyślał i rysował) 6 pasków po 4 rysunki każdy. Jeżeli chciał pojechać na urlop, musiał przygotować odcinki na zapas, bo seria musiała się ukazywać non-stop. Rocznie wychodziło jakieś 300 pasków, czyli mniej więcej trzy albumy (!) - tyle tylko, że bez koloru. I tak przez 17 lat (1958-1975). A kiedy przeszedł do "Świata Młodych" wystarczał mu na życie jeden 35-planszowy album rocznie. Trzeba przyznać, że różnica jest kolosalna, ale to był już późny, kolorowy "Świat Młodych", wydawany przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą (MAW). Wcześniej, za czasów Wydawnictwa "Prasa Młodzieżowa i Sportowa" ŚM płacił swoim pracownikom tyle, co zwykła gazeta codzienna.

W nieco spokojniejszym niż Christa tempie pracował Jerzy Wróblewski w bydgoskim "Dzienniku Wieczornym". Rocznie rysował ok. 250 pasków, często korzystał z cudzych scenariuszy. W odróżnieniu od Christy (wolny strzelec wg stawki za rysunek, bo komiksów tabela nie przewidziała), Wróblewski zatrudniony był na etacie. W ten sposób wytrzymał aż 20 lat (1959-1978), ale musiał chałturzyć gdzie się tylko dało.

EDIT. Nie w każdej popołudniówce było tak słabo. Przeczytajcie komentarz z 4 stycznia 2019 20:35. Źródło jest bardzo wiarygodne, ale skoro się nie podpisało, to ja też go nie zdradzę :)

SPORT I TURYSTYKA

Większe pieniądze pojawiły się w komiksie na przełomie Gomułki i Gierka, razem z "kolorowymi zeszytami" Sportu i Turystyki. Wróblewski sam się zgłosił do wydawnictwa w roku 1971 i od razu dostał zlecenie na "Podziemny front" oraz "Kapitana Żbika". Maciej Jasiński przytacza treść listu od redakcji:
Warunki finansowe przedstawiają się następująco: opracowanie graficzne w kolorach 32 stron komiksu wynosi zł 650 za jedną planszę tzn. zł 20.800 + okładka zł 600. [2]
Jasiński komentuje to następująco:
Za jeden zeszyt, który był w stanie narysować w miesiąc, miał otrzymać tyle, ile zarobiłby w redakcji "Dziennika Wieczornego" w ponad rok - za narysowanie 305 pasków. [2]
Średnia miesięczna płaca w 1971 roku wynosiła 2.358 zł, tymczasem Wróblewskiemu udało się przez miesiąc zarobić 21.400 zł, czyli aż 9 pensji przeciętnego Kowalskiego. Możemy też łatwo obliczyć, że za jeden pasek w prowincjonalnym "Dzienniku" Wróblewski dostawał 70 zł, a więc ok. 1.400 zł miesięcznie, tj. znacznie poniżej średniej krajowej. Tu zamieszczam tabelkę z dokładnymi danymi GUS-owskimi, bo jeszcze nie raz nam się przydadzą.

Przeciętne wynagrodzenie miesięczne netto w PRL-u. Źródło: GUS

Nie wszyscy artyści uważali, że w Sporcie i Turystyce zarabiało się kokosy. Mieczysław Wiśniewski, rysownik "Kapitana Klossa" i pierwszych "Podziemnych frontów" żalił się:
Musiałem oddawać jeden numer co miesiąc. [...] Rysowałem do trzeciej, czwartej w nocy. Dobrze, że syn mi pomagał i wpisywał teksty w dymkach. I to wszystko za psie pieniądze. Wydawnictwo zarobiło na "Klossach" około 65 tysięcy dolarów, co w tamtych czasach było sumą ogromną. Ja dostawałem za stronę kilkaset złotych, jako za ilustrację. Za kolejne wydania płacono mi o 20 procent mniej. [1]
Co ciekawe, Wiśniewski prawdopodobnie zarabiał więcej od Wróblewskiego, bo miał formalne wykształcenie plastyczne i przysługiwały mu wyższe stawki. Ale i na tę jawną dyskryminację samouków były sposoby. W 1979 r. Wróblewski wystąpił do Ministerstwa Kultury i Sztuki o urzędowe zaświadczenie, że wykonuje zawód "artysty plastyka w dyscyplinie grafiki, w zakresie rysunku komiksowego". Potwierdzenie takie otrzymał, dzięki czemu mógł korzystać ze stawek dla zawodowców. Odpowiednikiem tej fikcji w muzyce rozrywkowej, również zdominowanej przez amatorów, były tzw. komisje weryfikacyjne.

Od Papcia Chmiela znamy też stawki SiT-u za scenariusze (stan na marzec 1970, średnia pensja prawie taka sama - 2.235 zł):
Za komiks kryminalny, połowę mniejszy od Tytusa, Wydawnictwo Sport i Turystyka, wg informacji red. Lange, płaci za zezwoleniem Min. Kultury - 10.000 zł. [6]
Papciowi chodziło zapewne o 32-stronicowego "Kapitana Żbika". Po zsumowaniu honorariów za rysunki (21.400) i scenariusz (10.000) wychodzi prawie 1.000 zł, tj. 40% miesięcznej pensji za jedną planszę, i to przy niższych stawkach dla samouków. Całkiem nieźle...

RELAX

Honoraria w Sporcie i Turystyce to jednak pikuś w porównaniu z KAW-em. W kwietniu 1976 sekretarz redakcji "Relaxu" zaproponował Wróblewskiemu następujące warunki:
Za całostronicową planszę płacimy ok. 3.000 zł (ok. 7 rysunków). Za scenariusz do 3.000 zł przy 6-kolumnowej seryjce. [...] Mogą być opowieści dwu, ale i nawet 8 kolumnowe (tu stosujemy mnożnik 8, a więc 8x3.000 - za grafikę oraz oddzielnie za scenariusz i tekst). [1]
Szybko zerkamy do tabeli i okazuje się, że przeciętna płaca wynosiła wtedy 4.281 zł, a więc honorarium za jedną (!) planszę ze scenariuszem (3.500 zł) przekraczało 80% miesięcznej pensji. Przy takich stawkach za cały album można było zgarnąć jakieś 150.000 zł, czyli trzyletnią wypłatę zwykłego zjadacza chleba. Christa też nie miał powodów do narzekań:
Kiedy pracowałem w KAW-ie (nigdy na etacie, zawsze jako wolny strzelec), zarabiałem nieźle, przyznaję. Chociaż nie tyle, co komiksiarze na Zachodzie. Kumpel mi powiedział, że na Zachodzie ci dobrzy rysownicy komiksów jeżdżą pozłacanymi samochodami. Ja jeździłem maluchem. [3]

PRZYGODA

Podobnie abstrakcyjne stawki obowiązywały już 20 lat wcześniej, za gomułkowskiej odwilży, w ogólnopolskim tygodniku komiksowym "Przygoda" (1957-1958). Janusz Christa tak wspominał swoje "negocjacje" z redakcją pisemka:
Zapytali jakie stawiam warunki pracy. Byłem zaskoczony, nie wiedziałem co powiedzieć. Zaproponowałem tysiąc złotych za stronę i ku mojemu zdziwieniu od razu się zgodzili. Później się dowiedziałem, że była to wcale niewygórowana suma, zważywszy, że podałem się za szwedzkiego wyżeracza komiksów. [4]
Był to rok 1957, kiedy średnia płaca wynosiła 1.279 zł. A więc tu także za jedną planszę można było wyciągnąć 80% normalnej miesięcznej wypłaty. Być może to był powód, dla którego redakcja w pewnym momencie została zdominowana przez rozmaitych zaprzyjaźnionych z władzą dyletantów, co musiało się skończyć katastrofalnym spadkiem jakości.

ŚWIAT MŁODYCH (1)

Najbardziej skomplikowanym przypadkiem jest "Świat Młodych", bo ukazywał się 40 lat i przeszedł przez wszystkie fazy PRL-u: Bieruta, Gomułkę, Gierka i Jaruzelskiego. W każdej z tych epok priorytety władzy były nieco inne, co przekładało się na jej stosunek do popkultury. W okresie czarno-białym (1949-1974) kokosów w harcerskiej gazecie raczej się nie robiło. Papcio Chmiel, czyli główny dostawca komiksów dla ŚM, pracował w redakcji na etacie. W roku 1964 jego sytuacja materialna wyglądała następująco:
[...] Na samochód nie było mnie stać. Zarabiałem 2.000 zł miesięcznie, a "Warszawa" kosztowała 120.000 zł. [6]
Zerkamy w tabelkę. Średnia pensja w 1964 r. wynosiła 1.816 zł, więc takie zarobki rzeczywiście nie powalały. W 1973 r. Papcio ujawnił dalsze szczegóły:
W "świecie Młodych" mam miesięczne stałe pobory i w tym określoną normę rysunków. Ponadnormowe mam wyceniane przez sekretarza redakcji "Pi razy oko". Mały rysuneczek 30 zł, większy 45-60 zł. Za twórczość tekstową mam wycenę pozanormową. [6]
Zwróćmy uwagę, że Papcio za "duży rysunek" dostawał maksymalnie 60 zł, tymczasem już trzy lata wcześniej Sport i Turystyka płacił za planszę złożoną średnio z 4 rysunków 650 zł, a więc po ok. 160 zł za rysunek. A zatem dowcip polegał na tym, żeby się do tych centralnie dzielonych wiktuałów dobrać i można było żyć jak pączek w maśle.

HORYZONTY

Okazja na dodatkowy zarobek pojawiła się w 1966 r., wtedy bowiem Wydawnictwo Harcerskie "Horyzonty" zaczęło publikować książeczkowe wersje "Tytusa". Jednak z nieznanych przyczyn Chmielewskiemu zaproponowano warunki znacznie odbiegające od stawek innych autorów. Papcio się wściekł i w marcu 1970 r. wystosował do wydawcy list, który jest istną kopalnią wiedzy o ówczesnych honorariach:
W sytuacji wałkowania scenariusza przez pół roku pisanie przestaje być zabawą, a staje się pracą. Za pracę wypada płacić. Jak się płaci "gdzie indziej" za scenariusze, proszę czytać poniżej:
[...] 2. Red. "Nasza Ojczyzna" za 24 obrazki, dwie strony, płaci dwóm autorom za scenariusz 20.000 zł. [...] Wg tej proporcji, za scenariusz do Tytusa powinienem otrzymać 20.000 zł.
3. Wyd. Harcerskie za "Czterech pancernych i psa" płaciło łącznie za scenariusz i rysunki - 80.000 zł. Informacja od kol. Sz. Kobylińskiego.
Przy tym zestawieniu śmiesznie wygląda suma 2.000 zł "za teksty", jaką mam otrzymać wg umowy na Księgę VI i VII.
[6]
Przypomnę, że w 1970 r. średnia płaca wynosiła 2.235 zł. Kwota, jaką Horyzonty zapłaciły Kobylińskiemu i Przymanowskiemu za 76-stronicowych "Pancernych" (ok. 1.000 zł za planszę) zbliżona była do stawek Sportu i Turystyki z tego samego okresu.

ŚWIAT MŁODYCH (2)

Sytuacja w "Świecie Młodych" diametralnie zmieniła się w 1974 r., kiedy to partia utworzyła największy koncern wydawniczy w demoludach, RSW "Prasa-Książka-Ruch". Harcerska gazetka przeszła wtedy pod skrzydła MAW-u i uzyskała dostęp do nowoczesnej kolorowej drukarni Dom Słowa Polskiego. Na ostatniej stronie pojawiła się stała rubryka komiksowa, a w niej nowi autorzy, skuszeni świetnymi warunkami finansowymi: Christa, Baranowski, Raczkiewicz i nieco wcześniej Szarlota Pawel. MAW oferował naprawdę godne zarobki, choć nie tak wysokie jak bliźniaczy KAW, o czym dowiadujemy się od Christy:
Do "Relaxu" podkupili mnie ze "Świata Młodych" [1976] - zaproponowali mi dwukrotnie większą stawkę. W "Świecie Młodych" powstało wielkie oburzenie. "Panie Christa, pan się dał tak podkupić". "Do cholery ciężkiej, przecież mi na kasie zależy. Ja nie rysuję tego społecznie". Potem, jak dowiedziałem się, że KAW to jest wydawnictwo KC partii, to mi szczęka opadła. Ale trudno, już się zahaczyłem. [3]
Czyli prawdopodobnie za jedną planszę w kolorze ŚM płacił Chriście ok. 1.750 zł, co i tak było nieźle, bo za cały komiks (35 odcinków) wychodziło 61.250 zł, na co zwykły Kowalski musiał pracować 14 miesięcy, a Christa kilka. W styczniu 1980 r. stawki ŚM były podobne (plus inflacja, oczywiście), o czym świadczy list redakcji do Wróblewskiego w sprawie "Binio Billa":
Jeśli zaś chodzi o honorarium, to płacimy 2500-3000 zł za każdy odcinek. Najchętniej płacimy na ZAiKS bądź na ZPAP i wtedy dajemy wyższą stawkę. [2]
Tuż przed stanem wojennym nasi Mistrzowie dostawali więc za jedną planszę ok. 50% średniej pensji. Po stanie wojennym było jeszcze lepiej. Najciekawsza jest relacja Tadeusza Raczkiewicza, który ze "Światem Młodych" współpracował na stałe od roku 1983.
Powiem Panu tylko jedno – za honoraria z "Tajfunów" postawiłem sobie dom. Ówczesna miesięczna pensja wynosiła jakieś 15 tys. zł. Ja za jeden odcinek dostawałem 20 tys. zł! Za jedną planszę! Nie było podatków, nie było żadnych zmartwień, listonosz co tydzień dostarczał pieniądze. W końcu już nie miałem co z tym robić, miałem to wszystko przepić? No to stwierdziłem, że postawię dom. [5]
Raczkiewicz ma niezłą pamięć - w 1983 r. średnia krajowa rzeczywiście wynosiła 14.475 zł. Nie wiadomo tylko o ilu planszach rysownik mówi, bo jego "Tajfuny" ukazywały się po dwie plansze w jednym odcinku. Tak czy siak, w połowie lat 80. "Świat Młodych" płacił mu 70% albo nawet 140% średniej krajowej za planszę, co byłoby już kwotą kompletnie księżycową. Ale kto wie jakie rezerwy była w stanie uruchomić znienawidzona po stanie wojennym władza, żeby się społeczeństwu podlizać, choćby za pomocą komiksów?

Raczkiewicz publikował wyłącznie w ŚM, więc zapewne nie wiedział ile zarabiało się na albumach w schyłkowym okresie PRL-u. Tutaj musimy się zdać na wspomnienia Szarloty Pawel, która zdecydowaną większość swoich albumów wydała przez MAW w latach 1985-1989. Okazuje się, że i w tym segmencie było wtedy eldorado:
W tamtych czasach autorzy komiksu byli niesłychanie rozpieszczeni. Nie musiałam za nikim chodzić ze swoimi komiksami, tylko do mnie dzwoniono. Nakłady szły w takich wysokościach, że głowa mała. Byliśmy rozpieszczeni, cokolwiek by panu mówiono. [1]

PODSUMOWANIE

Przyznam, że sam jestem zaskoczony wynikami tego researchu. Niby wiedziałem od Christy, że "Świat Młodych" dobrze mu płacił, a "Relax" jeszcze lepiej, ale nie spodziewałem się, że aż tak dobrze. I nie przyszło mi do głowy, że stawki rzędu 40-80% średniej krajowej za planszę (1.400-2.800 zł w przeliczeniu na dzisiejsze pensje) były w zasadzie standardem za Gierka i Jaruzelskiego. Trend był wręcz taki, że wydawnictwa płaciły coraz więcej, być może nawet konkurowały między sobą o rysowników. Świadczyłoby to o istnieniu prawdziwego rynku komiksowego, z tym, że nie był to rynek konsumenta, a rynek autora. Najlepszym na to dowodem były migracje twórców do tych wydawnictw, które oferowały bardziej korzystne warunki - najpierw do Sportu i Turystyki, następnie do "Świata Młodych", potem do "Relaxu", a po upadku "Relaxu" z powrotem do "Świata Młodych" albo do KAW-u. Natomiast w prasie codziennej zostali chyba tylko ci, którzy nie załapali się gdzie indziej, zresztą niekoniecznie z powodów merytorycznych.

Kończąc ten przydługi tekst, chciałbym w całości zadedykować go panom: Kurowi, Kiełbusowi, Bednarczykowi i Fijałowi. Urodziliście się za późno, chłopaki :)
_____________
[1] Bartosz Kurc "Trzask Prask"
[2] Maciej Jasiński "Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych"
[3] Krzysztof Janicz, Kamil Śmiałkowski "Janusz Christa - wyznania spisane"
[4] Teresa Dąbrowska-Łochoń "Z komiksem na ty", Czas #36/1978
[5] Michał Siromski "Coś trzeba po sobie w życiu pozostawić", KZET #74
[6] Henryk Jerzy Chmielewski "Tytus zlustrowany"

wtorek, 1 stycznia 2019

Eustachy Lech Karłowski

Witajcie, skowroneczki. Kacyk już wyleczony? W takim razie zapraszam na ciąg dalszy remanentu z GDAK-owej prelekcji. W poprzednim odcinku pokazałem Wam jedne z najstarszych kajtkowych "fanartów" (1959-1961) autorstwa Zdzisława Króla, dziś czas na prace nieco nowsze i... związane z tym odkrycie. Otóż pod koniec publikacji "Kajtka i Koka w kosmosie", 19 lutego 1972 na łamach "Wieczoru Wybrzeża" ukazał się taki oto dowcip rysunkowy Eustachego Lecha Karłowskiego, satyryka związanego z "Głosem Wybrzeża" i miesięcznikiem "Morze".


Przygotowując na GDAK-a prezentację z okazji 60-lecia Kajtka i Koka oraz 40-lecia Gucka i Rocha, musiałem dokładnie przetrząsnąć obie te serie w poszukiwaniu ciekawostek. Kiedy dotarłem do przedruków z prasy lokalnej, wpadły mi w oko dwa dorysowane przez kogoś paski z łódzkiego "Expressu Ilustrowanego", które ukazały się jako początek i koniec kosmicznego epizodu z Burblami (4 marca i 21 lipca 1983). Po bliższych oględzinach zauważyłem, że jest to ta sama kreska co w dowcipie z "Wieczoru" i że autorem stripów jest Eustachy Lech Karłowski.


Odkrycie to każe nam skorygować piękną teorię, jaką kilka lat temu przedstawiliśmy w artykule "Na tropie stripa". Wówczas sądziliśmy, że nieszczęsne paski dorysował na chybcika jakiś grafik z "Expressu" w 1983 roku. Tymczasem okazuje się, że historyjka o Burblach w takiej właśnie dziwacznej formie musiała nadejść z "Wieczoru Wybrzeża", i to znacznie wcześniej, bo Karłowski zmarł w 1975 r. Tylko dlaczego tych dwóch brakujących odcinków nie narysował sam Christa, skoro w latach 1974-1977 dorobił dla "Expressu" aż 10 innych (znajdziecie je w "Powrocie do gwiazdozbioru Oriona")? Może jego stosunki z redakcją "Wieczoru" nie były już wtedy najlepsze?

Oglądając powyższe rysunki można by odnieść wrażenie, że Karłowski nie był (mówiąc oględnie) wybitnym rysownikiem. Nic bardziej mylnego! W sieci znalazłem sporo jego grafik, w tym rewelacyjne ilustracje do książki Stanisława Bernatta "125 dykteryjek morskich" (1960), wykorzystane później na płycie z piosenkami Agnieszki Osieckiej pt. "Kochankowie z ulicy Kamiennej" (2013, rys. z prawej). Jak widać, Karłowski specjalizował się raczej w UPA style (United Productions of America) i disnejowski Kajtek po prostu mu "nie leżał".