Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demoludy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demoludy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

Chłopaki z baraków

Wielka biała plama

Niedawno w tekście pt. "Tu i ówdzie" pisałem jak to Asteriks i Obeliks objechali pół świata, a Kajko i Kokosz tylko pół Polski. Tak mnie zeźliła ta rażąca dysproporcja, że postanowiłem zrobić mapkę z podróżami panów "-ix" (poniżej), jako ściągę do przyszłych podróży naszych polskich zuchów. No i co na niej zobaczyłem? Ano, zobaczyłem Niemcy, Belgię, Wielką Brytanię, Hiszpanię, Włochy itd., czyli niemal całe NATO z czasów zimnej wojny. Jest nawet odkupiona od Włochów Korsyka i arcynudna Szwajcaria. Natomiast na wschód od Renu, Łaby i cieśniny Skagerrak rozciąga się gigantyczna biała plama, w której i my mieszkamy. Za czasów Goscinnego i Uderzo biała plama była jeszcze większa, ale potem powstał francusko-duński film animowany „Asteriks i wikingowie” (2006) oraz „Asteriks i Gryf” - feralny komiks, gdzie Jean-Yves Ferri wysłał w końcu Galów na wschód (2021).

Astrix, Obelix, Voyage, Travel, Europe

Back in the USSR

O "Asteriksie i Gryfie" niewiele dobrego da się powiedzieć. Nie dość, że komiks w ogóle nie był śmieszny (za co prawdopodobnie scenarzysta wyleciał z ekipy), to jeszcze ukazał się w najgorszym możliwym momencie - tuż przed inwazją Rosji na Ukrainę. Wyobraźcie sobie, że w czasie gdy ruskie czołgi stały już na granicy, a zielone ludziki przejmowały kolejne kawałki Donbasu, Ferri jakby nigdy nic pisał romantyczną opowieść o pięknej wojowniczce Kałasznikovnej (!), Didier Conrad rysował trojkę sunącą przez ośnieżony step, a na okładce pokazał Konika Garbuska z bajki Piotra Pawłowicza Jerszowa. Ot, taka typowa dla Francuzów, naiwna fascynacja krajem, który rzucił Napoleona na kolana.

Na premierze albumu, w październiku 2021, wydawnictwo już chyba wiedziało, że popełniło faux pas i zaczęło ściemniać o jakichś Amazonkach, o parytetach płci, o tym, że Sarmaci "mówili językiem indoirańskim" i mieszkali "pomiędzy Rosją, Mongolią i Kazachstanem" (patrz: materiały prasowe). Dobra, dobra... bujać to my, ale nie nas. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to nie żadna Mongolia, tylko Matuszka Rassija. Co więcej, w poprzednim albumie pt. "Asteriks w Italii" Sarmaci pokazani zostali jako rosyjsko-ukraińscy komuniści (kadr poniżej), a kiedyś w wywiadzie Ferri mówił o Sarmacji: "Można powiedzieć, że ten kraj dziś już nie istnieje" ("Le Journal du Dimanche", styczeń 2021). Z tego co wiem, jedyny rosyjskojęzyczny, komunistyczny kraj na wschodzie, który już nie istnieje, to... Związek Radziecki. No i jesteśmy w domu.

Wyznawcy Karola Marksa + trojka + madame Kałasznikovna = Związek Radziecki, c.b.d.o.

Za żelazną kurtyną

W sumie trudno winić Ferriego, że nie odróżniał Rosjan od Ukraińców i pewnych "subtelności" nie wyczuł. Już przed II wojną światową stara Europa miała mętne pojęcie o naszej części kontynentu (wyjątkiem byli Niemcy, ale to osobny temat), a po wojnie żelazna kurtyna przez 45 lat blokowała przepływ informacji między Wschodem i Zachodem. Dla przeciętnego Belga czy Francuza dzisiejsza postkomuna to odległe peryferia, tak samo niezrozumiałe i mało interesujące, jak dla nas Uzbekistan. A propos, znacie jakieś stereotypy czy ciekawostki o Uzbekistanie, które dałoby się ograć w "Kajku i Kokoszu"? Nie? No to już wiecie dlaczego Kajko i Kokosz raczej tam nie pojadą. Analogicznie Asteriks, który jest produktem zachodnim, skrojonym pod zachodniego czytelnika, nie będzie jechał do "przezroczystej" Polski, tylko do pięknej Portugalii, intrygującej Turcji albo do niezbyt intrygującej, za to swojskiej Holandii.

Jeśli teraz naniesiemy asteriksowe podróże na mapę z czasów zimnej wojny, znacznie łatwiej będzie zrozumieć linię między aktywnymi i nieaktywnymi destynacjami. W tym miejscu muszę wyjaśnić pewne zawiłości w "Asteriksie i Gotach" (1961-62). Zdaniem ChatGPT akcja tego albumu rozgrywa się m.in. w Turyngii, która po wojnie znalazła się po stronie NRD-owskiej. Jednak w komiksie nie znajdziemy żadnej zmianki o tym, że Galowie przekraczali granicę między dwoma państwami germańskimi, ani że w jednym z nich panuje dyktatura (ten wątek pojawił się dopiero w kontrowersyjnej przeróbce Rolfa Kauki z 1965 r.). Można więc uznać, że Asteriks i Obeliks nie dotarli do NRD, a z tą Turyngią to albo nadinterpretacja AI, albo uproszczenie Goscinnego.

Asterix, Obelix, Voyage, Travel, Europe, Eastern Bloc, Iron Courtain

Między nami demoludami

Żeby Galowie znów mogli pojechać na wschód, autorzy musieliby znaleźć jakieś punkty zaczepienia: ciekawostki, stereotypy, ogólnie znane fakty. Zapytałem DeepSeeka i ChatGPT z czym Europejczykom kojarzą się byłe demoludy. Odpowiedzi są niezbyt miłe, więc jeśli ktoś nie chce się denerwować, lepiej niech nie czyta.

A jeśli ktoś koniecznie musi, niech tu kliknie:

  1. Polska - hydraulik, Auschwitz, wódka;
  2. Czechosłowacja - piwo, Praga, dobry humor;
  3. NRD - Stasi, mur, trabanty;
  4. Węgry - Orbán, gulasz, baseny termalne;
  5. Jugosławia - wojna, nacjonalizm, Adriatyk;
  6. Rumunia - Drakula, Cyganie;
  7. Bułgaria - tania imprezownia nad morzem;
  8. Albania - bunkry, mafia.

Z całego tego galimatiasu uprzedzeń, polityki, turystyki i przeszłości, większość tematów kompletnie nie nadaje się na scenariusze do "Asteriksa". Stosunkowo najmniej jest tu historii, a historii komunizmu prawie wcale. Szkoda, bo komuna to niewyczerpane źródło absurdów i czarnego humoru. Z samych tylko kawałów o kolejkach, partii i milicji możnaby ukręcić z dziesięć albumów. Do tego czyny społeczne, spekulanci, papier toaletowy, cenzura, bratnia przyjaźń itd. itp. Szkoda, że poza demoludami nikt by tego nie zrozumiał.

Na moje oko nie ma co czekać na wizytę Asteriksa. Temat musimy załatwić we własnym zakresie (patrz: końcówka poprzedniego posta). Wyobraźmy sobie np. wielki objazd Kajka i Kokosza po obozie socjalistycznym. Tytuł roboczy: "Dookoła bratoludów". Jeden album, w którym cała Słowiańszczyzna i kawałek Germanii pokazane byłyby przez pryzmat ustroju, w którym wszyscy musieliśmy funkcjonować. Byłoby kompleksowo, trochę strasznie, a trochę śmiesznie. No i moglibyśmy ostatecznie rozstrzygnąć odwieczny spór o to, który barak w obozie był najweselszy: Polska czy Węgry?

Pomysły! Pomysły!

Wariant pierwszy - sportowy. Organizujemy "Wyścig Pokoju", czyli socjalistyczną podróbę "Tour de France/Gaule". Sam Christa narysował kiedyś rowery w kajkoszowym kalendarzu, więc są kanoniczne. A jeśli nie rowery, to hulajnogi. Moglibyśmy zaprosić zawodników spoza bloku wschodniego (np. z Galii) i dać akredytację jakiemuś anonimowemu galijskiemu sprawozdawcy.

Wariant drugi - handlowy. Zamiast wyścigu jedziemy na tournée po bazarach. W gospodarce niedoboru wystarczyło wiedzieć czego gdzie brakuje i przy odrobinie sprytu można było nieźle zarobić. Największe lody kręciło się na handlu zagranicznym w skali mikro, tzn. z towarem w walizce. Na przykład: w Polsce zdobywamy zapasik szynki konserwowej, żelazek, kremu nivea, wódki, rajstop i biseptolu; jedziemy do NRD, tam sprzedajemy konserwy i za to kupujemy kalkulatory; następnie w Czechosłowacji zamieniamy żelazka na jablonex; na Węgrzech krem nivea na tokaj, a w Jugosławii wódkę na jeansy. Potem jedziemy z rajstopami do Bułgarii, z biseptolem do Rumunii (taka miejscowa antykoncepcja) i za utarg kupujemy złoto. Pozostały towar, zwłaszcza NRD-owskie kalkulatory oraz jeansy z Jugosławii, na pniu i z dużą przebitką opychamy w ZSRR, bierzemy jeszcze więcej złota i wracamy do kraju. Jablonex i tokaj wstawiamy do komisu. Aha, w wersji średniowiecznej towary zmieniamy na: kiełbasę, miód, węgrzyna, maglownice, zausznice, kadzidła, liczydła, gacie i zamorskie sukno.

Turystyczne ABC

Dla tych, którzy nie załapali wszystkich kontekstów i zawiłości, przygotowałem praktyczny poradnik jak poruszać się po demoludach, żeby podczas urlopu wyjść na swoje:

  1. Żeby wyjechać na Zachód trzeba mieć zaproszenie, paszport i wizę. Znajomości w urzędzie dają +10 do sukcesu.
  2. Łatwiej jest jechać do demoludów. Wystarczy stempel w dowodzie albo tzw. wkładka paszportowa.
  3. Do Związku Radzieckiego można się dostać tylko z wycieczką albo na zaproszenie.
  4. Do Albanii w ogóle nie da się wjechać i w sumie nie wiadomo co tam się dzieje.
  5. Jugosławia raz jest traktowana jak kraj kapitalistyczny (paszport), a raz jak socjalistyczny (wkładka). Przepisy trzeba sprawdzać na bieżąco.
  6. Jechać można indywidalnie lub w zorganizowanej grupie. Kumaty kierowca autokaru od razu podjedzie pod bazar.
  7. Dla ludzi "na poziomie" handel jest rzeczą wstydliwą. Należy uważać na rodaków.
  8. Z cudzoziemcami rozmawia się na migi. W teorii wszyscy powinny znać rosyjski, ale np. Węgrzy udają, że go nie rozumieją.
  9. Największymi wrogami handlarza są celnicy, zwłaszcza służbiści z Czechosłowacji i NRD. Celnicy z Kraju Rad po prostu biorą łapówki.

Na plasterki z Asteriksem!

Na koniec miałem napisać jakąś patetyczną odezwę o "duchu Janusza Christy", swojskości i prawdzie historycznej, ale uratowali mnie przed tym... Galowie. Otóż na Zachodzie od paru dni dostępny jest "Asteriks w Luzytanii" (w naszym baraku będzie w poniedziałek) i w sieci właśnie pojawiły się pierwsze reakcje. Niestety nie wygląda to dobrze. Komiks został podobno wyczyszczony z wszelkich "drażliwych" treści. Autorom nie wolno było np. pokazać Portugalczyków w sposób stereotypowy, tzn. z obfitym owłosieniem, bo zostałoby to odebrane jako bodyshaming. Znany z większości poprzednich albumów czarny pirat Baba nagle stracił swoje wydatne wargi i "murzyński" akcent, żeby nie narazić wydawnictwa na zarzuty o rasizm. Nowy scenarzysta, Fabcaro mówi wprost: "Oczekiwano od nas, że tak zrobimy". Słychać też głosy czytelników, że fabuła składa się z klisz, banałów i jest nudnawa. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to zaskoczyło. Ostatnio w dodatkach do "Asteriksa i Gotów" wyczytałem, że już w połowie lat 60. Goscinny miał kierować się zasadą "karykatury odpowiedzialnej", tzn. z Francuzów mógł się nabijać bezlitośnie, a z obcokrajowców ostrożnie. Teraz po prostu bardzo zawęził się "bezpieczny" obszar, ale zasada pozostaje dokładnie taka sama.

Metamorfoza Baby: przed i po.

Mam wielką nadzieję, że "Kajka i Kokosza" nie spotka taki koniec. Po prostu róbmy swoje, nie kalkulujmy i nie oglądajmy się na Francuzów. A Wam, drodzy czytelnicy życzę, żeby Wam kapcie pospadały przy następnym tomie "Nowych przygód".

sobota, 9 sierpnia 2025

Blok wschodni 1967-1979

«« ODCINEK 22 »»

Motto dzisiejszego odcinka brzmi: "Nie mamy się czego wstydzić". Po naszej stronie Żelaznej Kurtyny też kwitło komiksowe życie, też mieliśmy świetnych rysowników, a tematyka "Dawno i nieprawda" miała tu nieco inny, głównie słowiański koloryt. No i mieliśmy, a właściwie wciąż mamy, kultową serię Janusza Christy, którą angielscy wikipedyści, nie wiedzieć czemu, wrzucili jako jedyną do hasła "Asterix".

Polska

W naszym kraju król D&N może być tylko jeden - "Kajko i Kokosz". Zanim jednak do niego dojdziemy, musimy cofnąć się o dwa lata, do "Kajtka i Koka w kosmosie", czyli ostatniego rozdziału sagi Janusza Christy z gdańskiej gazety "Wieczór Wybrzeża" (1958-1972). Otóż w lipcu 1970 roku bohaterowie tego tasiemcowego stripa w stylu "mydło i powidło" wylądowali na średniowieczno-starożytnej planecie, przypominającej nieco świat Asteriksa. A właściwie bardzo przypominającej, nie tylko z racji podobnego settingu i kostiumów, ale też... niektórych gagów.

Jausz Christa - Kajtek i Koko w kosmosie

Przechodzimy do dania głównego. "Kajko i Kokosz" to najpopularniejszy i najlepiej sprzedający się polski komiks. Akcja rozgrywa się na północy naszego kraju, mniej więcej na początku X wieku. Głównymi bohaterami są dwaj wojowie, poddani dobrego kasztelana Mirmiła, broniący słowiańszczyznę przed najazdami krzyżaków i wikingów. Kajko i Kokosz to praprzodkowie Kajtka i Koka, a więc technicznie komiks jest spin-offem poprzedniej historyjki, zresztą przez pierwsze trzy lata ukazywał się w takiej samej formie. Później przybrał postać kolorowych plansz, co wizualnie upodobniło go do "Asteriksa", ale wbrew krzywdzącym opiniom, ma on niewiele wspólnego w serią Goscinnego i Uderzo. Kreska jest disneyowska, epizody kameralne, podróże nieliczne, a tzw. running jokes w ogóle nie występują. Christa zrealizował pierwszych 20 albumów, następne są już tworzone przez jego następców. Na podstawie komiksu powstało kilka gier komputerowych i planszowych, spektakle teatralne, a także serial animowany Netflixa.

Janusz Christa - Kajko i Kokosz

Jeśli "Kajko i Kokosz" był polską odpowiedzią na "Asteriksa", to "Kuśmider i Filo" był odpowiedzią Tadeusza Raczkiewicza na "Kajka i Kokosza" i "Asteriksa" jednocześnie. Komiks ukazał się rok po przejściu Janusza Christy do "Świata Mlodych", w tej samej gazecie, tylko rysunki bardziej przypominały kreskę Uderzo. Tematyka średniowieczna musiała się redakcji bardzo podobać, o czym świadczy kolejna fiszka. Tym razem jest to historyczny epizod "Tytusa, Romka i A'Tomka", drugiego najpopularniejszego komiksu w Polsce (typ: "mydło i powidło").

Jerzy Dąbrowski, Tadeusz Raczkiewicz - Kuśmider i Filo
Henryk Jerzy Chmielewski - Tytus, Romek i A'Tomek, księga XI

Jugosławia

Skoro "lokalny Asteriks" mógł powstać w komunistycznej Polsce, do której komiksy zachodnie nie docierały (poza "Lucky Lukiem"), to czy w otwartej na Europę Jugosławii mogło być inaczej? Oczywiście, że nie mogło. Ich wersja była nawet o kilka lat starsza od "Kajka i Kokosza". Tytułowy Dikan był Staroslovenem (starocerkiewny Słowianin), mieszkał na Bałkanach w VI w.n.e., w czasach Bizancjum, czyli dokładnie w połowie między settingami Goscinnego i Christy.

Nikola Lekić, Lazo Sredanović - Dikan

Pod koniec 1977 roku największe jugosłowiańskie wydawnictwo komiksowe Dečje novine wypuściło na rynek magazyn "YU strip", zawierający wyłącznie prace krajowych twórców. Na jego łamach ukazał się m.in. 10-planszowy "Rič i Ard", stuprocentowy D&N, podobno powiązany z serią "Kiki Rot" o piratach. Jestem pewien, że w przedziale 1967-1979 można znaleźć więcej bałkańskich znalezisk, ale pewnie źle szukałem.

Nikola Mitrović - Rič i Ard

Rumunia

Zaraz po Jugosławii największym komiksowym zagłębiem w krajach tzw. demokracji ludowej była Rumunia. Wynikało to z dwóch czynników: po pierwsze komiks funkcjonował tam od lat 20., również w czasie wojny, a po drugie Rumuni nie mają bariery językowej z Francuzami, "Vaillant/Pif" był tam stale dostępny, zaś redakcja tygodnika aktywnie rekrutowała rumuńskich grafików (np. Mircea Arapu został następcą Arnala). A jednak najciekawsza chyba na tamtejszej scenie rysowniczka komiksów dziecięcych - Livia Rusz, z pochodzenia Węgierka, wielbicielka Jeana Cézarda, nie zrobiła kariery na Zachodzie, a zamiast tego w 1987 roku wyemigrowała do... Budapesztu.

Lucia Olteanu, Livia Rusz - Aventurile lui Mac
Mircea Possa - Titilică, băiat făra frică

Czechosłowacja

"Potulný Hugo a spol.", czyli "Wędrowny Hugo i inni" to prawdziwy ewenement wśród czeskich historyjek D&N. Na ich tle wygląda jak przybysz z kosmosu, a tak naprawdę ukazał się w Ostrawie, jako kolorowa wkładka (24 str. A5) do miesięcznika kulturalnego "Cicero". W odróżnieniu od innych komiksów Šplíchala (np. "Trzej muszkieterowie"), nigdy nie został wznowiony i dziś jest białym krukiem.

B. Vémola, Antonín Šplíchal - Potulný Hugo a spol.

Tymczasem w pisemkach dla dzieci wciąż obowiązywała estetyka z telewizyjnych dobranocek. Od tej reguły nie było wyjątków - tak rysowano komiksy edukacyjne ("Obrázková kronika" Kalouska), komedie oparte na gagach ("Sek a Zula" Neprakty), a nawet długie przygodowe fabuły ("Bivoj" Průškovej wyewoluował z serii żarcików).

Eva Průšková - Bivojova rytířská dobrodružství
Jiří Kalousek - Obrázková kronika českých dějin
Miloslav Švandrlík, Jiří Winter-Neprakta - Sek a Zula

Nieco inaczej prezentowała się seria Perglera o rycerzu Vitku, będąca reklamą Huty Vítkovice. Dziś trudno uwierzyć, że ktoś chciał reklamować stal w młodzieżowym czasopiśmie, którego główną atrakcją były... papierowe modele do samodzielnego sklejania. Sam w to nie wierzę, mimo że na studiach miałem ekonomię socjalizmu.

Jiří Bartoš, Vladimír Pergler - Příhody rytíře Vítka

C.D.N.

piątek, 5 sierpnia 2022

Łamignat z Czechosłowacji

Czesi są absolutnymi mistrzami świata w promowaniu własnego dorobku komiksowego. W ciągu ostatniej dekady wydali kilka encyklopedii i monografii na ten temat (co jedna to grubsza, niektóre dwutomowe), a ostatnio wznawiają w integralach wszystko, co powstało u nich w czasach socjalizmu. Są to w większości opowiastki rysowane realistycznie, paskudne jak nieszczęście, ale z jakichś powodów wciąż kultowe.

Na szczęście stary komiks czechosłowacki na tym się nie kończył. Na przeciwległym jego biegunie znajdowały się urocze historyjki humorystyczne dla dzieci, nierzadko rysowane przez prawdziwych mistrzów cartoonu, jak np. Eva Průšková, Jiří Winter-Neprakta, Antonín Šplíchal czy Karel Franta. W tej kategorii nieco trudniej o wydania zbiorcze, ale jeśli wpadnie Wam w ręce album kogoś z powyższej listy, bierzcie w ciemno. Mnie podczas tegorocznej zamorskiej (czy raczej zagórskiej) wyprawy udało się powiększyć kolekcję o kapitalną publikację pt. "Karel Franta: Kniha komiksů". Tom ukazał się w 2013 roku w podobnym standardzie jak nasza "Złota kolekcja" - ma ponad 200 stron w twardej oprawie, zawiera cztery serie gazetowe z lat 1965-1976* (w kolorze) oraz obszerne posłowie Tomáša Prokůpka.

Album zaczyna się od 50-odcinkowego komiksu "Malý Vinnetou" z czasopisma "Ohníček" (1965-1969). Są to pojedyncze epizody o przygodach małego indianina i jego niezbyt rozgarniętego przeciwnika imieniem... Kid Lomihnát. W wielu odcinkach tytułowy Vinnetou w ogóle się nie pojawia, a głównym bohaterem staje się ów zabawny szwarccharakter.

W tym miejscu każdy fan "Kajka i Kokosza" zadaje sobie zapewne pytanie, czy aby nasz zbój Łamignat nie otrzymał imienia po czechosłowackim kowboju? Wykluczyć tego nie można, ale bardziej prawdopodobne, że Christa pożyczył je od walecznego zakonnika Jana Łomignata (o dziwo, także przez "o") z "Gargantui i Pantagruela" w przekładzie Boya-Żeleńskiego.

A oto kilka archiwalnych okładek "Ohníčka" z małym Vinnetou, które udało mi się znaleźć w internecie.

Co ciekawe, komiks ukazał się w wersji albumowej już w roku 1970, jako trzeci tomik z serii "Knihovnička Ohníčku". Zeszyciki te w latach 1968-1970 wydawała oficyna Mladá Fronta w podobnym formacie jak nasze "Tytusy".

Chyba trzeba będzie zweryfikować obiegową opinię o komiksie made in Czechoslovakia, zgodnie z którą tylko Kája Saudek rysował na światowym poziomie. Postaram się jeszcze nie raz wracać do tego tematu, bo podejrzewam, że dla większości z nas jest to biała plama na mapie komiksu europejskiego. A tymczasem polecam stronę Daildeca.cz, gdzie można całkiem miło spędzić kilka godzin na przeglądaniu setek ilustracji i komiksów z czasów słusznie minionych.

___________
* Pozostałe komiksy Karela Franty z tego tomu to: "SOS" (marynistyczny, "Pionýr" 1967), "Strašidýlko Kuk" ("Sluníčko" 1969-1974) i "Návštěva z pralesa aneb Tarzan, synek divočiny" ("Pionýr" 1975-1976)

środa, 12 lipca 2017

Za trzy dni w Sopocie

Zastanawiacie się czy jechać na Urodziny Janusza Christy? Jasne, że jechać! Może zachęcą Was atrakcje, przygotowane przez Fundację "Kreska"...
15 lipca, już po raz trzeci, zapraszamy Was na sopockie Grodzisko do wspólnego świętowania Urodzin Janusza Christy. W tym roku bawić się będziemy pod hasłem 45 lat Kajka i Kokosza, gdyż dokładnie 10 sierpnia 1972 r. w "Wieczorze Wybrzeża" ukazał się pierwszy odcinek komiksu pt. "Złote prosię". Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was zabawę plenerową "Tropami Kajka i Kokosza", podczas której starsi i młodsi będą musieli wykonać kilka prostych zadań i wykazać się wiedzą o Kajku i Kokoszu. Wszyscy, którym uda się poprawnie wykonać komplet zadań otrzymają oficjalny certyfikat Przyjaciela Kajka i Kokosza, wystawiony przez Fundację "Kreska" im. Janusza Christy. Zabawie towarzyszyć będzie wystawa okolicznościowa "Kajko i Kokosz - 45 lat", a na zakończenie Kapral i Łamignat z bloga "Na plasterki!!!" wygłoszą prelekcję multimedialną "Kajko i Kokosz - Na tropach legendy".

... albo szczegółowy program imprezy?
11:00-16:00 Zabawa plenerowa "Tropami Kajka i Kokosza", ognisko;
14.00-14.30 Wspólne odśpiewanie "100 lat" dla Kajka i Kokosza oraz oficjalne otwarcie wystawy "Kajko i Kokosz - 45 lat";
14.30-16.00 Prelekcja multimedialna "Kajko i Kokosz - Na tropach legendy".
UWAGA! W przypadku złej pogody bawimy się pod dachem w pawilonie skansenu.

A może kilka slajdów z naszej prelekcji? Tym razem nakreślimy naprawdę szerokie tło i opowiemy o rzeczach, o których jeszcze na blogu nie pisaliśmy:


Jeżeli to Was nie przekonało, to może skusicie się na kajkoszowe gadżety, przygotowane przez Fundację? Gdzie indziej ich nie zdobędziecie i potem będziecie żałować...


No to do zobaczenia w sobotę!

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wesołe przygody ubogich kuzynów

Wyruszamy na kolejną wyprawę w poszukiwaniu zagranicznych kuzynów Kajka i Kokosza. Zgodnie z obietnicą odwiedzimy teraz Niemiecką Republikę Demokratyczną, zwaną "najsmutniejszym barakiem w obozie" (wschodnim). Był to jedyny kraj germański wśród demoludów, a zarazem jedyny kraj socjalistyczny, do którego nie docierał komiksowy tygodnik Francuskiej Partii Komunistycznej "Vaillant". Nie znaczy to oczywiście, że w NRD nie było historyjek obrazkowych. Owszem - były, ale przez wiele lat powstawały w niemal kompletnej izolacji od reszty świata, bo w 1955 r. wyszedł ustawowy zakaz sprowadzania, a nawet posiadania komiksów i innych szmatławców ze zgniłego Zachodu. Na zdjęciu widzimy uczniów i pionierów (stalinowscy harcerze) z podstawówki w Berlinie, którzy z okazji Dnia Dziecka palą na stosie literaturę "brukową i obsceniczną". Fotografia wygląda jak z czasów Trzeciej Rzeszy, tylko że wykonano ją 10 lat po wojnie.

Źródło: Deutsch sein ist kein Verbrechen!

Przez następnych 10 lat w NRD-owskiej prasie można było co prawda znaleźć jakieś rodzime historyjki obrazkowe, ale wyłącznie o zwierzątkach, pionierach albo dzielnych niemieckich antyfaszystach. Miały one wielkie, numerowane ilustracje z podpisami i były drętwe jak dobranocki o Piaskowym Dziadku. Nie będziemy się tu nimi zajmować.

Rys. Richard Hambach, "Trommel" nr 48/1958

Zajmiemy się natomiast magazynem "Mosaik", założonym w tym samym, 1955 roku, jako wentyl bezpieczeństwa i krajowy ersatz dla demoralizujących zachodnich produktów. "Mosaik" był w 100% poświęcony komiksom - co prawda rodzimym, ale całkiem niezłym, dzięki talentowi rysownika Hannesa Hegena (wł. Johannes Hegenbarth). Pisemko było tak popularne, że z kwartalnika szybko przeistoczyło się w miesięcznik, a Hegen musiał utworzyć własne studio, jak Hergé czy Vandersteen. Była to prawdopodobnie pierwsza prawdziwa zeszytówka w demoludach (16,5 x 23,5 cm). Doczekała się ok. 20 przekładów, a co ciekawsze ukazuje się do dziś, i to w niemal niezmienionej formie.

"Mosaik" zawsze publikował tylko jedną serię komiksową. W pierwszych latach była to historyjka pt. "Digedags", o przygodach trzech chłopców, a właściwie wyglądających jak chłopcy gnomów o imionach Dig, Dag i Digedag (od 1959 r. już tylko dwóch: Dig i Dag). Akcja rozgrywała się na przemian w przeszłości, w kosmosie, na morzu, albo na dalekich lądach - zupełnie tak samo, jak we wczesnych "Tytusach" albo "Kajtkach i Kokach".


W swojej długiej karierze Digedags podróżowali też po starożytności i średniowieczu. W latach 1957-1958 odwiedzili Cesarstwo Rzymskie ("Mosaik" nr 13-24), a w latach 1964-1969 Europę, Afrykę i Azję AD 1248 ("Mosaik" nr 90-151, seria "Ritter Runkel"). Pierwszych 25 zeszytów "Runkela" niemal natychmiast ukazało się także w formie twardookładkowych albumów (1965-1966). Pozostałe odcinki wznowiono w podobnej formie już po zjednoczeniu Niemiec. Myślę, że nie tylko rozmiary, ale i kultowość tych dwóch serii (zwłaszcza drugiej) pozwala wpisać NRD-owskich urwisów do szerokiego kręgu kuzynów Kajka, Kokosza i Asteriksa.


Był jednak pewien drobiazg, którym "Digedags" i cały komiks NRD-owski różnił się od swoich polskich i francuskich odpowiedników: otóż ewoluował on od komiksu z dymkami, do prakomiksu z podpisami, czyli dokładnie odwrotnie niż komiks światowy. Regres ten nie wynikał z przyczyn estetycznych (jak we francuskim "Vaillancie" 10 lat wcześniej), ale z czysto ideologicznych, a konkretnie z "dokręcania śruby" przez władze centralne. Przełomowym momentem był rok 1961, ten sam, w którym zbudowano Mur Berliński. Wtedy to właśnie Hannes Hegen najpierw usunął z dymków ogonki, które komuś ważnemu musiały się kojarzyć ze zgniłą, imperialistyczną kulturą, a następnie w ogóle wyrzucił podpisy poza kadry. Proces całkowitego "oddymkowienia" komiksu odbył się w iście ekspresowym tempie, na przestrzeni zaledwie kilku numerów "Mosaika" (58-62).


Jak już wspomniałem, wschodni Niemcy nie importowali komiksów z francuskiego "Vaillanta", korzystali natomiast z zasobów włoskich towarzyszy. W 1964 roku miesięcznik "Frösi" zaczął publikować komiks "Atomino", pochodzący z dziennika Włoskiej Partii Komunistycznej "l'Unità". Przedruk był oczywiście podrasowany na NRD-owską modłę: miał wymazane dymki i obowiązkowo ponumerowane kadry, żeby czytelnik się nie pogubił.

"Atomino", wersja włoska"Atomino", wersja niemiecka

Szlaban na dymki skończył się dopiero na początku lat 1970., wraz z objęciem władzy przez Ericha Honeckera, który według PRL-owskich standardów był zamordystą, ale w NRD uchodził za liberała (w każdym razie na tle swoich poprzedników). W pismach dla młodzieży zaczęły pojawiać się komiksy węgierskie - już "dymkowe", ale umiarkowanie komiksowe, a przez to bardziej odpowiednie dla socjalistycznego czytelnika ("Frösi", "Trommel"). NRD-owscy twórcy też w końcu poszli tym tropem, chociaż szło to strasznie opornie. Jednym z pierwszych odważnych był Dietrich Pansch ("Aëlita", 1973).

Dziwnym zrządzeniem losu, w tym właśnie przełomowym momencie "poluzowania śruby" Hannes Hegen oznajmił, że opuszcza "Mosaika" i zabiera z sobą prawa do postaci (podobno poszło o pieniądze). Redakcja miała dwa lata na przygotowanie nowego komiksu. Bohaterom zmieniono imiona na Abrax, Brabax i Califax, czyli w skrócie "Die Abrafaxe", a zadanie zaprojektowania ich wyglądu otrzymała Lona Rietschel. Oficjalne przekazanie pałeczki nastąpiło na przełomie 1975 i 1976 r., po 229 numerze starego "Mosaika". Począwszy od następnego zeszytu (1/1976) pisemko zresetowało numerację.

Od lewej: Digedag, Dig, Dag, Califax, Abrax i Brabax.

Paradoksalnie, zmiana wyszła "Mosaikowi" na dobre. Nowe postacie Lony Rietschel rysowane były znacznie nowocześniejszą, disneyowską kreską, a na dodatek w komiksie od razu pojawiły się dymki (początkowo prostokątne, ale zawsze), co niewątpliwie dodało mu pazura. Czytelnicy byli zachwyceni i tylko Hegen nie mógł zdzierżyć, że Abrafaxe okazali się kopią jego Digedagsów. Wytoczył "Mosaikowi" proces, ale jak łatwo się domyślić, NRD-owski sąd nie przyznał mu racji.

"Comics in der DDR"
I tu drobna uwaga na marginesie: otóż przełom ten nastąpił niemal dokładnie w tym samym momencie, co komiksowy boom Polsce (w 1975 r. "Świat Młodych" rozpoczął regularną publikację kolorowych komiksów, a w 1976 ukazał się pierwszy numer magazynu "Relax"). Jest to kolejny argument przeciw obiegowej opinii, że na tle bloku wschodniego PRL był jakąś niezwykłą, komiksową zieloną wyspą. A przecież nie pisałem jeszcze o komiksie rumuńskim, na tle którego wypadamy naprawdę blado!

Wróćmy jednak do "Mosaika". Chociaż Abrafaxe podróżowali po różnych epokach i kontynentach, aż do samego końca istnienia NRD udawało im się omijać średniowieczną albo starożytną Europę. Dopiero po zjednoczeniu Niemiec (pisemko przetrwało upadek Muru Berlińskiego), w styczniu 1992 r. autorzy wysłali ich na dwa lata do XII-wiecznych Niemiec, Włoch, a nawet do odkrytej przez Wikingów Ameryki (nr 193-217), a zaraz potem do starożytnej Grecji (nr 218–233, do maja 1995).


W latach 2005-2009 Abrafaxe wyruszyli na kolejną średniowieczną wyprawę. Tym razem autorzy wysłali ich tropem Templariuszy do Paryża i Jerozolimy AD 1118 (nr 358-381, "Im Labyrinth der Zeit"), a następnie do niemieckiego klasztoru AD 1280 (nr 382-405, "Der Stein der Weisen"). Oglądając okładki tej i poprzedniej serii średniowiecznej, wyraźnie widać, że twórcy "Die Abrafaxe" nie bali się tematów religijnych, w przeciwieństwie np. do Janusza Christy, który unikał ich jak ognia. Jest to o tyle zrozumiałe, że społeczeństwo Niemiec wschodnich uległo w czasach socjalizmu daleko idącej sekularyzacji.


Ostatnia seria, o jakiej musimy wspomnieć, rozpoczęła się w marcu 2014 i zakończyła w lutym bieżącego roku (nr 459-482). Jej tytuł brzmi "Die Abrafaxe erobern das Alte Rom", a akcja rozgrywa się za panowania cesarza Trajana (początek II w. n.e.), gdzieś pomiędzy Germanią, Rzymem i Libią. Historyjce tej naprawdę blisko do "Asteriksa", nawet różnica w czasie akcji jest raczej kosmetyczna.


W swoją najnowszą podróż Abrax, Brabax i Califax wyruszyli do XVI-wiecznej Saksoni, więc to nie do końca nasze klimaty. Ale będąc w Niemczech na pewno warto spytać w kiosku o najnowszy numer "Mosaik" (tylko 2,60 euro), a nuż traficie na przygody w miejscach i czasach bliższych Asteriksowi czy Kokoszowi. A jeśli nawet nie traficie, to i tak warto mieć w swoich zbiorach "postkomunistyczną" zeszytówkę, ukazującą się nieprzerwanie od ponad 60 lat, co już samo w sobie stanowi ewenement w historii europejskiego komiksu. Hardkorowym fanom polecam też imponującą, kolorową monografię "Comics in der DDR – Die Geschichte eines ungeliebten Mediums 1945/49-1990" Gerda Lettkermanna i Michaela F. Scholza (okładkę znajdziecie kilka akapitów wyżej). Szczerze mówiąc to wstyd, że PRL-owski komiks, o tyle przecież ciekawszy i bardziej różnorodny od NRD-owskiego, nie doczekał się dotąd podobnego opracowania.

____________
Lektura uzupełniająca: 1. Comics in der DDR, 2. Orlandos wörld, 3. Comic 3D, 4. Digedags,
5. Mosaik & Abrafaxe, 6. Tangentus, 7. Superhelden des Sozialismus