Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asterix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Asterix. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2025

Chłopaki z baraków

Wielka biała plama

Niedawno w tekście pt. "Tu i ówdzie" pisałem jak to Asteriks i Obeliks objechali pół świata, a Kajko i Kokosz tylko pół Polski. Tak mnie zeźliła ta rażąca dysproporcja, że postanowiłem zrobić mapkę z podróżami panów "-ix" (poniżej), jako ściągę do przyszłych podróży naszych polskich zuchów. No i co na niej zobaczyłem? Ano, zobaczyłem Niemcy, Belgię, Wielką Brytanię, Hiszpanię, Włochy itd., czyli niemal całe NATO z czasów zimnej wojny. Jest nawet odkupiona od Włochów Korsyka i arcynudna Szwajcaria. Natomiast na wschód od Renu, Łaby i cieśniny Skagerrak rozciąga się gigantyczna biała plama, w której i my mieszkamy. Za czasów Goscinnego i Uderzo biała plama była jeszcze większa, ale potem powstał francusko-duński film animowany „Asteriks i wikingowie” (2006) oraz „Asteriks i Gryf” - feralny komiks, gdzie Jean-Yves Ferri wysłał w końcu Galów na wschód (2021).

Astrix, Obelix, Voyage, Travel, Europe

Back in the USSR

O "Asteriksie i Gryfie" niewiele dobrego da się powiedzieć. Nie dość, że komiks w ogóle nie był śmieszny (za co prawdopodobnie scenarzysta wyleciał z ekipy), to jeszcze ukazał się w najgorszym możliwym momencie - tuż przed inwazją Rosji na Ukrainę. Wyobraźcie sobie, że w czasie gdy ruskie czołgi stały już na granicy, a zielone ludziki przejmowały kolejne kawałki Donbasu, Ferri jakby nigdy nic pisał romantyczną opowieść o pięknej wojowniczce Kałasznikovnej (!), Didier Conrad rysował trojkę sunącą przez ośnieżony step, a na okładce pokazał Konika Garbuska z bajki Piotra Pawłowicza Jerszowa. Ot, taka typowa dla Francuzów, naiwna fascynacja krajem, który rzucił Napoleona na kolana.

Na premierze albumu, w październiku 2021, wydawnictwo już chyba wiedziało, że popełniło faux pas i zaczęło ściemniać o jakichś Amazonkach, o parytetach płci, o tym, że Sarmaci "mówili językiem indoirańskim" i mieszkali "pomiędzy Rosją, Mongolią i Kazachstanem" (patrz: materiały prasowe). Dobra, dobra... bujać to my, ale nie nas. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to nie żadna Mongolia, tylko Matuszka Rassija. Co więcej, w poprzednim albumie pt. "Asteriks w Italii" Sarmaci pokazani zostali jako rosyjsko-ukraińscy komuniści (kadr poniżej), a kiedyś w wywiadzie Ferri mówił o Sarmacji: "Można powiedzieć, że ten kraj dziś już nie istnieje" ("Le Journal du Dimanche", styczeń 2021). Z tego co wiem, jedyny rosyjskojęzyczny, komunistyczny kraj na wschodzie, który już nie istnieje, to... Związek Radziecki. No i jesteśmy w domu.

Wyznawcy Karola Marksa + trojka + madame Kałasznikovna = Związek Radziecki, c.b.d.o.

Za żelazną kurtyną

W sumie trudno winić Ferriego, że nie odróżniał Rosjan od Ukraińców i pewnych "subtelności" nie wyczuł. Już przed II wojną światową stara Europa miała mętne pojęcie o naszej części kontynentu (wyjątkiem byli Niemcy, ale to osobny temat), a po wojnie żelazna kurtyna przez 45 lat blokowała przepływ informacji między Wschodem i Zachodem. Dla przeciętnego Belga czy Francuza dzisiejsza postkomuna to odległe peryferia, tak samo niezrozumiałe i mało interesujące, jak dla nas Uzbekistan. A propos, znacie jakieś stereotypy czy ciekawostki o Uzbekistanie, które dałoby się ograć w "Kajku i Kokoszu"? Nie? No to już wiecie dlaczego Kajko i Kokosz raczej tam nie pojadą. Analogicznie Asteriks, który jest produktem zachodnim, skrojonym pod zachodniego czytelnika, nie będzie jechał do "przezroczystej" Polski, tylko do pięknej Portugalii, intrygującej Turcji albo do niezbyt intrygującej, za to swojskiej Holandii.

Jeśli teraz naniesiemy asteriksowe podróże na mapę z czasów zimnej wojny, znacznie łatwiej będzie zrozumieć linię między aktywnymi i nieaktywnymi destynacjami. W tym miejscu muszę wyjaśnić pewne zawiłości w "Asteriksie i Gotach" (1961-62). Zdaniem ChatGPT akcja tego albumu rozgrywa się m.in. w Turyngii, która po wojnie znalazła się po stronie NRD-owskiej. Jednak w komiksie nie znajdziemy żadnej zmianki o tym, że Galowie przekraczali granicę między dwoma państwami germańskimi, ani że w jednym z nich panuje dyktatura (ten wątek pojawił się dopiero w kontrowersyjnej przeróbce Rolfa Kauki z 1965 r.). Można więc uznać, że Asteriks i Obeliks nie dotarli do NRD, a z tą Turyngią to albo nadinterpretacja AI, albo uproszczenie Goscinnego.

Asterix, Obelix, Voyage, Travel, Europe, Eastern Bloc, Iron Courtain

Między nami demoludami

Żeby Galowie znów mogli pojechać na wschód, autorzy musieliby znaleźć jakieś punkty zaczepienia: ciekawostki, stereotypy, ogólnie znane fakty. Zapytałem DeepSeeka i ChatGPT z czym Europejczykom kojarzą się byłe demoludy. Odpowiedzi są niezbyt miłe, więc jeśli ktoś nie chce się denerwować, lepiej niech nie czyta.

A jeśli ktoś koniecznie musi, niech tu kliknie:

  1. Polska - hydraulik, Auschwitz, wódka;
  2. Czechosłowacja - piwo, Praga, dobry humor;
  3. NRD - Stasi, mur, trabanty;
  4. Węgry - Orbán, gulasz, baseny termalne;
  5. Jugosławia - wojna, nacjonalizm, Adriatyk;
  6. Rumunia - Drakula, Cyganie;
  7. Bułgaria - tania imprezownia nad morzem;
  8. Albania - bunkry, mafia.

Z całego tego galimatiasu uprzedzeń, polityki, turystyki i przeszłości, większość tematów kompletnie nie nadaje się na scenariusze do "Asteriksa". Stosunkowo najmniej jest tu historii, a historii komunizmu prawie wcale. Szkoda, bo komuna to niewyczerpane źródło absurdów i czarnego humoru. Z samych tylko kawałów o kolejkach, partii i milicji możnaby ukręcić z dziesięć albumów. Do tego czyny społeczne, spekulanci, papier toaletowy, cenzura, bratnia przyjaźń itd. itp. Szkoda, że poza demoludami nikt by tego nie zrozumiał.

Na moje oko nie ma co czekać na wizytę Asteriksa. Temat musimy załatwić we własnym zakresie (patrz: końcówka poprzedniego posta). Wyobraźmy sobie np. wielki objazd Kajka i Kokosza po obozie socjalistycznym. Tytuł roboczy: "Dookoła bratoludów". Jeden album, w którym cała Słowiańszczyzna i kawałek Germanii pokazane byłyby przez pryzmat ustroju, w którym wszyscy musieliśmy funkcjonować. Byłoby kompleksowo, trochę strasznie, a trochę śmiesznie. No i moglibyśmy ostatecznie rozstrzygnąć odwieczny spór o to, który barak w obozie był najweselszy: Polska czy Węgry?

Pomysły! Pomysły!

Wariant pierwszy - sportowy. Organizujemy "Wyścig Pokoju", czyli socjalistyczną podróbę "Tour de France/Gaule". Sam Christa narysował kiedyś rowery w kajkoszowym kalendarzu, więc są kanoniczne. A jeśli nie rowery, to hulajnogi. Moglibyśmy zaprosić zawodników spoza bloku wschodniego (np. z Galii) i dać akredytację jakiemuś anonimowemu galijskiemu sprawozdawcy.

Wariant drugi - handlowy. Zamiast wyścigu jedziemy na tournée po bazarach. W gospodarce niedoboru wystarczyło wiedzieć czego gdzie brakuje i przy odrobinie sprytu można było nieźle zarobić. Największe lody kręciło się na handlu zagranicznym w skali mikro, tzn. z towarem w walizce. Na przykład: w Polsce zdobywamy zapasik szynki konserwowej, żelazek, kremu nivea, wódki, rajstop i biseptolu; jedziemy do NRD, tam sprzedajemy konserwy i za to kupujemy kalkulatory; następnie w Czechosłowacji zamieniamy żelazka na jablonex; na Węgrzech krem nivea na tokaj, a w Jugosławii wódkę na jeansy. Potem jedziemy z rajstopami do Bułgarii, z biseptolem do Rumunii (taka miejscowa antykoncepcja) i za utarg kupujemy złoto. Pozostały towar, zwłaszcza NRD-owskie kalkulatory oraz jeansy z Jugosławii, na pniu i z dużą przebitką opychamy w ZSRR, bierzemy jeszcze więcej złota i wracamy do kraju. Jablonex i tokaj wstawiamy do komisu. Aha, w wersji średniowiecznej towary zmieniamy na: kiełbasę, miód, węgrzyna, maglownice, zausznice, kadzidła, liczydła, gacie i zamorskie sukno.

Turystyczne ABC

Dla tych, którzy nie załapali wszystkich kontekstów i zawiłości, przygotowałem praktyczny poradnik jak poruszać się po demoludach, żeby podczas urlopu wyjść na swoje:

  1. Żeby wyjechać na Zachód trzeba mieć zaproszenie, paszport i wizę. Znajomości w urzędzie dają +10 do sukcesu.
  2. Łatwiej jest jechać do demoludów. Wystarczy stempel w dowodzie albo tzw. wkładka paszportowa.
  3. Do Związku Radzieckiego można się dostać tylko z wycieczką albo na zaproszenie.
  4. Do Albanii w ogóle nie da się wjechać i w sumie nie wiadomo co tam się dzieje.
  5. Jugosławia raz jest traktowana jak kraj kapitalistyczny (paszport), a raz jak socjalistyczny (wkładka). Przepisy trzeba sprawdzać na bieżąco.
  6. Jechać można indywidalnie lub w zorganizowanej grupie. Kumaty kierowca autokaru od razu podjedzie pod bazar.
  7. Dla ludzi "na poziomie" handel jest rzeczą wstydliwą. Należy uważać na rodaków.
  8. Z cudzoziemcami rozmawia się na migi. W teorii wszyscy powinny znać rosyjski, ale np. Węgrzy udają, że go nie rozumieją.
  9. Największymi wrogami handlarza są celnicy, zwłaszcza służbiści z Czechosłowacji i NRD. Celnicy z Kraju Rad po prostu biorą łapówki.

Na plasterki z Asteriksem!

Na koniec miałem napisać jakąś patetyczną odezwę o "duchu Janusza Christy", swojskości i prawdzie historycznej, ale uratowali mnie przed tym... Galowie. Otóż na Zachodzie od paru dni dostępny jest "Asteriks w Luzytanii" (w naszym baraku będzie w poniedziałek) i w sieci właśnie pojawiły się pierwsze reakcje. Niestety nie wygląda to dobrze. Komiks został podobno wyczyszczony z wszelkich "drażliwych" treści. Autorom nie wolno było np. pokazać Portugalczyków w sposób stereotypowy, tzn. z obfitym owłosieniem, bo zostałoby to odebrane jako bodyshaming. Znany z większości poprzednich albumów czarny pirat Baba nagle stracił swoje wydatne wargi i "murzyński" akcent, żeby nie narazić wydawnictwa na zarzuty o rasizm. Nowy scenarzysta, Fabcaro mówi wprost: "Oczekiwano od nas, że tak zrobimy". Słychać też głosy czytelników, że fabuła składa się z klisz, banałów i jest nudnawa. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to zaskoczyło. Ostatnio w dodatkach do "Asteriksa i Gotów" wyczytałem, że już w połowie lat 60. Goscinny miał kierować się zasadą "karykatury odpowiedzialnej", tzn. z Francuzów mógł się nabijać bezlitośnie, a z obcokrajowców ostrożnie. Teraz po prostu bardzo zawęził się "bezpieczny" obszar, ale zasada pozostaje dokładnie taka sama.

Metamorfoza Baby: przed i po.

Mam wielką nadzieję, że "Kajka i Kokosza" nie spotka taki koniec. Po prostu róbmy swoje, nie kalkulujmy i nie oglądajmy się na Francuzów. A Wam, drodzy czytelnicy życzę, żeby Wam kapcie pospadały przy następnym tomie "Nowych przygód".

wtorek, 14 października 2025

Tu i ówdzie

Już za kilka dni, a konkretnie 23 października, ukaże się kolejny tom przygód wąsatego cwaniaka z Galii. Tytuł brzmi "Asteriks w Luzytanii" (czyli w Portugalii), za rysunki odpowiada Didier Conrad, a za scenariusz Fabcaro, dla którego będzie to drugi album z tej serii. Oczekiwania są wielkie, czego najlepszym probierzem jest wyjątkowe wzmożenie na asteriksowych grupach i fanpejdżach. A kiedy wczoraj wydawnictwo rozesłano oficjalny newsletter z zajawką i kilkoma kadrami, fani dostali małpiego rozumu i zaczęli wrzucać co popadnie.

Jedną z najfajniejszych fanowskich wrzutek okazał się spis albumów w podziale na "wioskę" i "wyprawę". Wszyscy wiemy, że Goscinny i Uderzo niemal od początku trzymali się zasady, że co druga historia ma się rozgrywać w osadzie Galów albo w jej okolicy, a co druga w odległej krainie. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć. Proszę bardzo, oto rozpiska:

Mam zresztą własną teorię na temat tych asteriksowych wypraw po Europie. Otóż wydaje mi się, że były one nie tyle pretekstem do żartów z rozmaitych narodowych stereotypów, co raczej sprytnym chwytem marketingowym, mającym na celu zdobywanie nowych rynków. Gdy Asteriks i Obeliks wpadali gdzieś z wizytą, seria od razu stawała się bardziej popularna wśród ludności tubylczej. Tak było w Niemczech po "Asteriksie i Gotach", w UK po "Asteriksie u Brytów", we Włoszech po "Asteriksie gladiatorze", w Szwajcarii po "Asteriksie u Helwetów" i oczywiście w Hiszpanii po... "Asteriksie w Hiszpanii".

Tymczasem u nas ani Krajowa Agencja Wydawnicza, ani Janusz Christa nie mieli mocarstwowych ambicji. "Kajko i Kokosz" był serią lokalną, o Polakach i dla Polaków. Bohaterowie nie musieli jeździć na zagraniczne tournée, żeby zdobywać nowych czytelników. Wystarczyło podnieść nakład ze stu do trzystu tysięcy i po sprawie. A jeśli autorowi znudziło się Mirmiłowo, wysyłał Kajka i Kokosza do uzdrowiska, na prowincję albo na delegację do stolicy - jak to w PRL-u. Raz tylko trafił się lot do Szkocji i dwa razy rejs po Bałtyku, ale i tego nie wykorzystano eksportowo. Zamiast jakichś cudownych leków, szranków, konkurów czy innych wczasów, trzeba było pójść po bandzie i na okładkach napisać "Kajko i Kokosz w Szkocji" albo "Kajko i Kokosz w Danii", jak u Asteriksa. Może wtedy by się sprzedało? No i jeszcze trzeba było chcieć sprzedawać, bo nawet jak Duńczycy łopatologicznie napisali "Kajko og Kokosz: Vikingerne", to zapomnieli o promocji.

Wracając do ad remu - ponieważ nasi wojowie jakieś tam podróże jednak odbyli, pomyślałem żeby im też zrobić podział historyjek na "trochę bliżej Mirmiłowa" i "trochę dalej". W mojej tabelce nie znajdziecie światowego zadęcia i przesadnej egzotyki, ale efekt końcowy jest wcale nie gorszy od "Asteriksa", choć odrobinę krótszy.

Wygląda na to, że w odróżnieniu od Goscinnego i Uderzo, Christa nie miał żadnego planu. Może tylko na początku, w "Wieczorze Wybrzeża", starał się przeplatać setting opowiastek, ale np. w pierwszym etapie "Świata Młodych" serwował młodym czytelnikom jedną bajkową podróż za drugą, a po powrocie z "Relaxu" kręcił się już głównie wokół Mirmiłowa i stałego zestawu postaci.

Maciej Kur, jako następca Christy, obrał nieco bardziej konsekwentną strategię. Każdy z jego długich scenariuszy (podseria "Nowe przygody") prędzej czy później - raczej prędzej - przenosi akcję daleko poza Mirmiłowo. Z kolei komiksowe shorty (podseria "Opowieści z Mirmiłowa") najpierw rozgrywały się w samym tylko grodzie, a od trzeciego tomu stanowią miks: gród/nie gród, z przewagą grodu. Być może autor uważa, że garstka "grodzian" i zbójcerzy już się trochę wyeksploatowała, że ma potencjał na krótkie historyjki, a w dłuższych fabułach trzeba im dodać nowych bohaterów, nowe lokacje i nowe problemy. Nie twierdzę, że tak jest na pewno, nie pytałem o to Maćka, po prostu tak mi podpowiada mój kolekcjonerski nos.

Nos podpowiada mi też, że w nowych "Kajkach i Kokoszach" Egmont unika odniesień do prawdziwej historii, pawdziwych władców i naszych prawdziwych sąsiadów. Rozumiem, że jest to w duchu Janusza Christy itd., ale dzisiaj nie ma już cenzury, która kazała twórcom chować się za bajkową rzeczywistością. Nie wiem jak wy, ale ja chętnie bym się pośmiał z Lecha, Czecha, Rusa i Prusa, ze starej Europy, a już najbardziej z Galla Anonima i ciągłego gadania o "polskiej podróbie Asteriksa". Myślę, że taka odmiana dobrze by serii zrobiła, zwłaszcza że jej adresatami od dawna nie są dzieci, tylko zdziecinniali boomerzy (w tym ja).

__________
EDIT: Pozwoliłem sobie pociągnąć ten temat w poście pt. "Chłopaki z baraków". Zapraszam do lektury.

środa, 2 lipca 2025

Frankofonia 1952-1959

«« ODCINEK 11 »»

Tak oto dobrnęliśmy do premiery "Asteriksa". Najpierw jednak sprawdzimy co takiego działo się na rynku franko-belgijskim tuż przed tym wiekopomnym wydarzeniem. Okazuje się, że dużego ruchu nie było, przynajmniej w komiksach historyczno-komediowych. Pojawiły się za to dwie ważne serie, które ustanowiły pewien standard graficzny dla opowieści typu "dawno i nieprawda". Jedną z nich był "Johan et Pirlouit", czyli stary dobry "Johan" po liftingu i przejściu do magazynu "Spirou". Komiks ten coraz bardziej ewoluował od kreski quasi-realistycznej ku grotesce w stylu atome, czego kulminacją było wprowadzenie w 9. tomie postaci Smerfów (1958) i utworzenie im własnego spin-offu (1959).

Peyo - Johan et Pirlouit

"Johan et Pirlouit" szybko znalazł naśladowców. Przypadek "Tibaud le Troubadour" jest oczywisty, natomiast "Le Coupe d'or" (czyli... "Złoty puchar") nie do końca. Musimy jednak zaufać autorowi "Encyclopédies Thomassian", który twierdzi, że i tu podobieństwa są czytelne. Przypominam, że nawet w Hiszpanii pojawiły się klony Johana i aż trudno uwierzyć, że w Polsce "Johan et Pirlouit" jest zupełnie nieznany. Na świecie seria ukazuje ta się do dziś, w latach 80. powstał na jej podstawie serial animowany, a wkrótce ma pojawić się kolejny. Czy wydawcy mnie słyszą?

Rahault - Tibaud le Troubadour
Lucien Carton, Yves Mondet - La Coupe d’or

Drugą z serii, które w kategorii "historia na wesoło" graficznie bardzo podniosły poprzeczkę, był "Arthur, le fantôme justicier". Stworzył ją Jean Cézard, wszechstronny artysta doskonale poruszający się zarówno w konwencji realistycznej, jak i groteskowej. Jego postacie miały oszczędną, obłą kreskę, trochę w stylu Erika, za to w scenografii panował barokowy przepych. Z czasem Cézard zaczął skłaniać się ku szkole Marcinelle, podobnie jak Peyo i Uderzo. Zmarł w 1977 roku, parę miesięcy przed Goscinnym, ale jego seria przetrwała jeszcze kilkanaście lat.

Jean Cézard - Arthur le fantôme justicier: Pistoles en stock

Kolejny kajkopodobny komiks z "Vaillanta" to parodia Robin Hooda. Plansze nie przypominały typowych produkcji frankofońskich, zapewne dlatego, że ich autorem był Hiszpan Ramon Monzon, jeden z mistrzów Janusza Christy.

Ramon Monzon - Jehan des Bois

I wreszcie 29 października 1959 r. ukazuje się premierowy numer francuskiego tygodnika "Pilote", a w nim pierwszy odcinek "Asteriksa". Gazeta i komiks stanowiły w zasadzie jeden projekt, jako że założycielami "Pilote" byli... René Goscinny i Albert Uderzo, do spółki ze scenarzystą Jean-Michelem Charlierem. Na potrzeby "Asteriksa" Uderzo zupełnie zrezygnował z typowych dla siebie półrealistycznie wyglądających herosów (książę Rollin, Janko Pistolet, Umpa-Pa) i wszystkie postacie narysował groteskowo, żeby nie powiedzieć pokracznie. Do wyjątków należeli: Cezar, Kleopatra, Falbala i Tragikomiks. Trudno powiedzieć co wpłynęło na tę zmianę - może inspiracje komiksami Peyo i Cézarda, a może coraz modniejszy style atome. Najważniejsze, że był to strzał w dziesiątkę.

René Goscinny, Albert Uderzo - Astérix

Przejdźmy teraz do galerii odrzuconych. Trafiły do niej komiksy z rozmaitych magazynów: krótki one-shot z "Tintina", bajkowo-dziecięca seria z "La Libre junior" (tworzyli tam również Goscinny i Uderzo), kolejny epizod "Placid et Muzo" z "Vaillanta" i cudownie narysowana seria ze "Spirou", osadzona gdzieś pomiędzy neolitem i epoką brązu. Ta ostatnia pozycja została potem podpatrzona przez Czechów, ale to już temat na inną pogadankę.

Jean-Louis Rochelle - L'anneau d'Athanase 1er
Jean-Michel Charlier, René Goscinny, Michel Greg, Martial - Alain et Christine
José Cabrero Arnal - Placid et Muzo au 14e siècle
Yvan Delporte, René Hausman - Saki et Zunie

Kolejnym tygodnikiem w naszym zestawieniu jest katolicki "Cœurs vaillants" - ten sam, w którym przed wojną debiutowały przygody Tintina. W piśmie tym udało mi się znaleźć trzy kilkuplanszowe historyjki (ostatnią znajdziecie w innym rozdziale), niestety zbyt krótkie do kategorii "dawno i nieprawda".

Guy Ferrant - Le brochet d'argent
Guy Ferrant - Geoffroy le troubadour

Na sam koniec zostawiłem mały suplement. Otóż w latach 50. Francuzi stworzyli dla magazynu "Le journal de Mickey" serię, która ciągnęła się potem przez ponad świerć wieku i ostatecznie zmieściła się w 15 albumach. Pięć z nich mogłoby pasować do kategorii D&N (1-4 i 10), gdyby nie fakt, że wszystko kręci się wokół podróży w czasie. Nie jest to komiks całkowicie w Polsce nieznany. Kilka lat temu ukazał się jego mocno skrócony remake, autorstwa Dab'sa (scen.) i Fabrizio Petrossiego (rys.).

Pierre Fallot, Jean-Michel Le Corfec, Pierre Nicolas, Ténas - Mickey à travers les siècles

Następnym razem przyjrzymy się jak rynek frankofoński zareagował na pojawienie się "Asteriksa". Oj, będzie się działo!

C.D.N.

poniedziałek, 19 maja 2025

Portret rodzinny

«« ODCINEK 1 »»

Dzisiejszym postem otwieram nowy cykl artykułów o komiksach podobnych do "Kajka i Kokosza". Temat ten pojawił się już kilka razy na blogu, ale był to zaledwie czubek góry lodowej. Omawiane przez mnie historyjki będą pochodziły głównie z zagranicy - nie dlatego, że polskie tytuły doskonale znacie, tylko dlatego, że w tej kategorii mamy jakieś dwa, może trzy procent światowego dorobku. Tak, wiem, że nie napisałem konkretnie jaka to kategoria i właśnie tej sprawie poświęcę dwa pierwsze artykuły. Nie spodziewajcie się samej tylko słowiańszczyzny i disneyowskiej kreski, w końcu mają to być komiksy podobne, a nie identyczne. Będzie różnorodnie, często zaskakująco, a momentami niecenzuralnie.

Zagraniczni "kuzyni" Kajka i Kokosza interesują mnie już od kilkunastu lat, obecnie chyba bardziej niż sam "Kajko i Kokosz". Nie ukrywam, że jednym z powodów, dla których zająłem się tym tematem, była chęć obrony Janusza Christy przed zarzutami o plagiat z "Asteriksa". Miałem nadzieję, że wskazanie innych twórców, którzy również czerpali z dorobku Goscinnego i Uderzo, pozwoli wpisać polską serię w jakiś szerszy, np. europejski trend. Byłem pewien, że coś znajdę, jednak nie spodziewałem się, że będzie tego aż tyle. Skala tych międzynarodowych inspiracji i naśladownictw idzie w setki tytułów... tylko czy usprawiedliwia to grzeszki Mistrza z Sopotu? Nie do końca, za to ilu nowych rzeczy można się przy okazji dowiedzieć!

Po nitce do kłębka

Pierwsze komiksy o kuzynach Kajka i Kokosza namierzyłem w latach 2011-2016. Eksponaty pochodziły z Ukrainy, Holandii i Belgii, kolejne z Francji, Włoch, Niemiec Zachodnich oraz NRD. Rok później dostałem od mojego szwagra Santiego kilka starych, hiszpańskich tygodników komiksowych i tam również znalazłem historyjki idealnie pasujące do układanki. Sprawa robiła się coraz bardziej rozwojowa, zacząłem więc szukać w krajach mniej oczywistych i okazało się, że kuzynów można też znaleźć w Danii, Portugalii, Jugosławii, Bułgarii, na Węgrzech, a nawet w Grecji (znacie jakieś greckie komiksy?). W lipcu 2017 roku zrobiłem z tego prezentację i pokazałem ją na urodzinach Janusza Christy w Sopocie. Trochę na wyrost wygłosiłem wtedy tezę o fali "lokalnych Asteriksów", jaka w latach 60. i 70. przetoczyła się przez Europę.

Slajd z sopockiej prezentacji, 2017Fragment 5. tomu "Złotej kolekcji"

Teoria była dość karkołomna, bowiem w tamtym czasie dysponowałem mniej więcej dwudziestoma przykładami. Przełom nastąpił w 2023 roku, po konferencji naukowej "W świecie komiksów Janusza Christy", na którą wprosiłem się jako publiczność online, nie zabrawszy nawet głosu w dyskusji. O dziwo, prof. Marcin Lisiecki z UMK zaproponował mi miejsce w pokonferencyjnej książce. Miałem pisać o pozycji Christy w polskim światku komiksowym, jednak tekst wymknął mi się spod kontroli i zaczął dryfować w stronę... kuzynów. Rozpocząłem regularną kwerendę, do końca roku udało mi się namierzyć ponad 200 kuzynów, po czym musiałem przerwać research z powodu tzw. obiektywnych trudności. Kiedy znów byłem w stanie go podjąć, odjechał mi wydawniczy deadline. Postanowiłem jednak dokończyć robotę, z myślą o publikacji na blogu. Ostatecznie w mojej bazie danych znalazło się prawie 800 rekordów (one-shotów i całych serii o kuzynach), poddanych następnie selekcji i dalszej obróbce.

Plakat konferencji o Chriście oraz dwie poprzednie publikacje UMK z cyklu "Wokół fenomenu kulturowego"

Między nami kuzynami

Polowanie na kuzynów nie jest łatwą sprawą. Wejdźcie za granicą do sklepu komiksowego i spytajcie o coś w stylu "Kajka i Kokosza"... życzę powodzenia. To może coś podobnego do "Asteriksa"? Wtedy księgarz zaprowadzi Was do sterty "Donaldów", "Tintinów" i "Smerfów". Coś osadzonego w zamierzchłej przeszłości? Wylądujecie przed edukacyjno-encyklopedyczną drętwotą, w najlepszym razie przed "Thorgalem". Wszystko przez to, że komiksy asteriksopodobne nie mają jakiejś jednej, chwytliwej i rozpoznawalnej etykietki. Są komiksy płaszcza i szpady, pirackie, wojenne, samurajskie, westerny, są dziesiątki innych szufladek, ale akurat poszukiwany przez nas podgatunek nazwy nie ma, a więc zgodnie z bezwzględną logiką popkultury - nie istnieje.

Kuzyni Asteriksa według Alberta Uderzo

Chcąc określić ramy takiego hipotetycznego gatunku, zacząłem od pytania: co właściwie łączy „Kajka i Kokosza” oraz „Asteriksa”? Może setting, czyli miejsce i czas akcji? U Francuzów teoretycznie jest to Galia w roku 50 p.n.e., ale zdarzają się potężne anachronizmy, np. menhiry (2000 lat wcześniej) czy Normanowie (800 lat później). Żeby było trudniej, co drugi album rozgrywa się w innym zakątku świata: od Egiptu, przez Indie, po Amerykę. U Christy rozrzut jest mniejszy. Nasz autor nie precyzuje ani dat, ani lokalizacji, ale wiadomo, że chodzi o Pomorze około roku 1000 n.e. Jedynym odstępstwem są Czarne Trójkąty i Zbójcerze, czyli przebrani krzyżacy (300-400 lat później). Jak widać, kompatybilność polskiego settingu z francuskim jest niewielka, w zasadzie jedynym punktem wspólnym są wikingowie.

Wikingowie z "Asteriksa" i z "Kajka i Kokosza"

Skoro już określiliśmy dwa odrębne zbiory, to zamiast iloczynu możemy wyznaczyć ich sumę. Taki zakres sięga od menhirów do krzyżaków, czyli od epoki brązu po średniowiecze. Jest to przedział kilku tysięcy lat, cywilizacyjnie i technologicznie dość podobny (miecze, miasta, brak broni strzeleckiej) i na tyle pojemny, że w niemal każdej kulturze znajdzie się jakiś na wpół albo całkowicie legendarny epizod, który aż prosi się o komiks. U Hiszpanów i Portugalczyków będzie to rekonkwista, u Brytyjczyków król Artur i Robin Hood, u Greków antyk i mitologia, u Arabów starożytny Egipt i wyprawy krzyżowe, a w Meksyku cywilizacje prekolumbijskie. Co istotne, łatwo taki setting zidentyfikować "na oko" - wystarczy okładka, parę plansz, ewentualnie krótki opis. I tego będę się trzymał.

Iloczyn zbiorówSuma zbiorów

Wielkie nosy

Przejdźmy teraz do warstwy graficznej. Jeśli zestawimy któryś album "Kajka i Kokosza" z dowolnym "Asteriksem", zauważymy ten sam format, zbliżoną kolorystykę, kompozycję plansz, kształt dymków i parę innych elementów komiksowego języka, natomiast kreska będzie zupełnie inna. Co ciekawe, wczesne komiksy Alberta Uderzo (rocznik 1927) i Janusza Christy (rocznik 1934) wyglądały niemal tak samo, obaj tórcy nieźle też radzili sobie ze stylistyką realistyczną. A jednak każdy z nich poszedł nieco inną drogą: Uderzo w stronę nowoczesnego i niezwykle efektownego "stylu atomowego" (style atome), Christa zaś śladem rysowników starszego pokolenia, znanych mu z magazynu "Vaillant".

Kadry z najwcześniejszych komiksów A. Uderzo ("Flamberge" 1945) i J. Christy ("Kuku Ryku" 1957)

Style atome, nazywany także szkołą Marcinelle albo gros nez (wielkie nosy), wykrystalizował się na łamach belgijskiego tygodnika "Spirou" w roku 1950. Za jego twórcę uchodzi wielki Jijé, ale ostateczne szlify nadali jego trzej asystenci: Franquin ("Sprycjan"), Morris ("Lucky Luke") i Will ("Tif et Tondu") po powrocie z wyprawy do USA w 1949 roku. Styl atomowy charakteryzował się przesadzoną kanciastą ekspresją, bogactwem detali i oczywiście... wielkimi nosami. Maniera ta określana jest czasem jako post-disneyowska, co jest raczej chybione, zwłaszcza w kontekście nosów. Otóż dawniej Disney przedstawiał ludzi z niemal anatomiczną wiernością, natomiast ogromne nochale i dziecięce proporcje rysował wyłącznie u zwierzątek albo krasnoludków.

Wizerunki ludzi u Disneya: "Przygoda w lesie Sherwood" (1936) i "Królewna Śnieżka" (1937)

Na moje amatorskie oko styl atomowy miał nawiązać do amerykańskich komiksów jeszcze starszych niż "Myszka Miki" - jeśli nie bezpośrednio do "Katzenjammer Kids" (1897), to z pewnością do "dorosłych" stripów takich jak "Polly and Her Pals" Sterretta (1912), "Barney Google" DeBecka (1919), "Salesman Sam" Swansona (1921) czy "Felix the Cat" Sullivana i Messmera (1923). Być może zamiarem belgijskich rysowników było odcięcie się za jednym zamachem od ugrzecznionej tradycji disneyowskiej (popularnej we Francji) i sztywnej ligne claire Hergégo ("Tintin"). Ta ostatnia stylistyka, uchodząca wówczas w Belgii za szczytowe osiągnięcie komiksu komediowego, była w zasadzie realistyczna, lekko tylko stylizowana na groteskę.

Od lewej: "Polly and Her Pals", "Salesman Sam", "Barney Google"

Kupą, mości panowie

Chociaż Franquin i jego koledzy chcieli uciec od jednej sztampy, to niechcący stworzyli kolejną. Na style atome rzuciły się całe rzesze franko-belgijskich twórców: Peyo ("Smerfy"), Tabary ("Iznogud"), Lambil ("Niebieskie mundury"), Derib ("Yakari"), Delporte ("Gaston Lagaffe") i wielu, wielu innych. Nowe, a czasem również stare serie komiksowe ("Lucky Luke", "Arthur le fantôme justicier") popadły w "atomowy" manieryzm do tego stopnia, że z czasem trudno było odróżnić rysowników. Największymi beneficjentami tej mody stały się tygodniki komiksowe, bardzo wówczas liczne, które teraz mogły zastępować jednego grafika innym (np. w przypadku choroby), a czytelnicy nawet tego nie zauważyli. Wystandaryzowany style atome dość szybko stał się "łaciną" komiksu komediowego, zaś ilustratorom z Jugosławii, Rumunii, Hiszpanii czy Egiptu otworzył rynki zachodnioeuropejskie.

Bohaterowie komiksów w manierze style atome. Ilustracja: Fabrice Tarrin

Do standaryzacji rysunków przyczynił się też "kolektywny" model pracy nad komiksem, bardzo zbliżony do amerykańskiego. Żeby wywiązać się z terminów, co bardziej wzięci graficy z Europy Zachodniej musieli wynajmować asystentów, których zadaniem było nakładanie tuszu, wpisywanie tekstów w dymki, dorabianie tła, projektowanie okładek, reklam itp. Podpisany w komiksie twórca często tylko szkicował, a dalsze etapy brali na siebie anonimowi współpracownicy. Tak działały tzw. studia Hergégo, Peyo i Willy Vandersteena (Belgia), Martena Toondera (Holandia) czy Rolfa Kauki (Niemcy). W rezultacie większość komiksiarzy zdobywała szlify jako asystenci wielkich mistrzów i siłą rzeczy kopiowała ich kreskę.

Studios Hergé, Studio Vandersteen, Toonder Studio's

Każdy sobie rzepkę skrobie

Opisane wyżej procesy rynkowe nigdy nie zaistniały na rachitycznej polskiej scenie. W PRL-u każdy komiksiarz (a było ich raptem kilku) rysował jak chciał, jak umiał, i głównie to, co udało mu się popdatrzeć w albumach przemyconych z Zachodu. Światowe mody mogły być co najwyżej wskazówką, inspiracją, ale nie obowiązującą linią. Miało to swoje minusy, jak w przypadku nieszczęsnej "Przygody", ale i niewątpliwe plusy. Wyobraźmy sobie, że Papcio Chmiel, Janusz Christa i Tadeusz Baranowski rysowaliby na jedno kopyto. Ileż to byłoby gadania, ile marudzenia! Na szczęście każdy z nich obrał inny kierunek.

W przypadku Christy kreska była wypadkową przedwojennego Disneya i rozmaitych wpływów frankofońskich (Gire, Monzon, Cézard, Tabary). Poszczególne składniki tego konglomeratu niespecjalnie do siebie pasowały, a jednak efekt okazał się zadziwiająco spójny. I właśnie ta złożoność stylu jest głównym powodem, dla którego prawie nikt nie potrafi wiarygodnie naśladować Christy. Żeby było zabawniej, sopocki twórca na swojego następcę wskazał Sławomira Kiełbusa, zapatrzonego w "Gastona" i biegle posługującego się... style atome. W rezultacie współczesne kontynuacje "Kajka i Kokosza", wydawane przez Egmont pod szyldem "Nowe przygody", są znacznie bliższe "Asteriksowi" od oryginalnej serii z lat 70. i 80.

Kadry z komiksów Janusza Christy, Alberta Uderzo i Sławomira Kiełbusa

Na zachodzie Europy dominacja stylu atomowego zakończyła się wraz z falą ambitnych magazynów komiksowych, takich jak "L'Écho des savanes" (1972), "Fluide Glacial" (1975) czy "À suivre" (1978). Nie oznacza to, że klasyczne serie nagle zniknęły z rynku, po prostu obok nich pojawiło się więcej miejsca na inne odmiany cartoonu. W międzyczasie nastała moda na minimalistyczne stripy (francuski "Cellulite", amerykański "Wizard of ID" czy "Hägar the Horrible"), potem na mangę, graphic novel, webkomiks itd. Obecnie trudno oczekiwać od komiksiarzy, żeby naśladowali oldskulową manierę Uderzo albo Christy - chyba że będzie to podyktowane konwencją, jak w serii "Sarkozix". Dlatego w przeciwieństwie do precyzyjnie zakreślonego settingu, styl graficzny "kuzynów" należałoby potraktować jak najszerzej, byle mieścił się w słownikowej definicji karykatury jako "obraz [...] uwydatniający i wyolbrzymiający charakterystyczne cechy postaci, przedmiotów, zjawisk itp. aż do śmieszności."

Ten sam temat, różna stylistyka: od Disneya przez frankofony i underground po mangę

Kończąc pierwszą odsłonę cyklu, muszę jeszcze wyjaśnić o co chodzi z tytułowym banerem. Otóż długo zastanawiałem się jaką nazwę nadać gatunkowi, którego nie ma, bo hasło "kuzyni" kompletnie się do tego nie nadaje. Najpierw wychodziły mi potworki w stylu "prehistoria na wesoło", "skecze i miecze" (na wzór "magii i miecza"), w końcu wymyśliłem "dawno i nieprawda", w skrócie D&N, po czym mój mózg wpadł w stupor. Ale jeśli Ty, drogi czytelniku lub droga czytelniczko, znajdziesz lepsze określenie na komiksy kajko/asteriksopodobne, koniecznie daj znać. Baner się podmieni, a Ty okryjesz się wieczną chwałą. Czekam na propozycje i do zobaczenia w następnym odcinku, w którym opowiem o liczbach, trendach i metodologii.