Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fAnalizy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fAnalizy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Gagi, komiksy i gagomiksy

W Prima Aprilis oddałem Egmontowi posłowie do albumu "Pan Paparura i inne historie". Czeka mnie jeszcze korekta, uzupełnienia, ale najważniejsza część już za mną. "Pan Paparura" będzie antologią krótkich komiksów Janusza Christy spoza trzech głównych serii, a to oznacza, że nie pojawią się w nim ani Kajtek i Koko, ani Kajko i Kokosz, ani Gucek i Roch. Mimo to będzie co oglądać, bo materiał jest dość obszerny, obejmuje ponad 30 lat i 10 tytułów prasowych. A ja cieszę się, że mogłem jeszcze raz przyjrzeć się rozmaitym poboczom sopockiego artysty, to i owo podsumować, a przy okazji wyłapać rzeczy, które wcześniej mi umknęły.

Paski - nie paski

Na przykład: przez całą moją kolekcjonersko-detektywistyczną "karierę" starałem się wyraźnie oddzielać komiksy Christy od żartów rysunkowych. Kłopot zawsze pojawiał się w przypadku żartów złożonych z kilku kadrów, bo formalnie należałoby je uznać za nieme mini-komiksy (albo krótkie prakomiksy, jeśli miały podpisy), ale ponieważ ukazywały się w rubryce z kawałami, traktowałem je zgodnie z ich przeznaczeniem i kontekstem. Cały ten misterny podział posypał mi się po odkryciu dwóch wersji tego samego gagu, najpierw narysowanego jako kawał dla "Nowej Wsi", a po chwili jako odcinek z serii "Przygody Kajtka-Majtka".

"Nowa Wieś" i "Wieczór Wybrzeża" 1961.

Teraz już nie jestem pewien, czy podobne historyjki z "Jazzu" i "Tygodnika Morskiego", ewidentnie wymyślone jako dowcipy (zwykle z podpisem "bez słów"), również nie należą do kategorii stripów. Jak to odróżnić? Czy liczy się intencja autora, czy techniczna systematyka? Bo jeśli ta ostatnia, to wszystko, co ma dwa kadry lub więcej oraz nawet minimalną sekwencję zdarzeń, jest komiksem.

Historyjki z "Tygodnika Morskiego" (1960-1961) składające się kolejno z: 2, 3, 4 i 5 kadrów. W którym miejscu przebiega granica między dowcipem rysunkowym i komiksem?

Multikawały

Idźmy dalej - a co, jeśli zamiast pojedynczego kawału, dostaniemy całą serię żartów na jeden temat, narysowaną przez jednego autora, umieszczoną w jednym miejscu i do tego pod wspólnym tytułem? To nie jest abstrakcyjne ćwiczenie myślowe, przykładów jest mnóstwo. Sam Christa stworzył osiem takich pakietów, w tym trzy dla magazynu "Relax". Część z nich wygląda jak zwykłe kawały ("Palacze", "Ludzie i statki", "Wiosenne porady", "Rodzaje śniegowych płatków"), jeden jak opowiadanie z obrazkami ("Marynarskie brody"), a reszta bezczelnie udaje komiksowe plansze ("Dżdżownica", "Coś z ryb", "Przyśmiewki o nałogach"). Ale nie dajmy się nabrać, z komiksem ma to niewiele wspólnego. To raczej odrębny gatunek, pozbawiony sekwencyjności. Każdy element, tj. pojedynczy dowcip lub mikro-historyjkę, można oglądać osobno, w dowolnej kolejności, natomiast efekt komiczny spotęgowany jest przez ilość elementów, pewną powtarzalność i nawarstwienie skojarzeń na zadany temat. Zamiast opowieści, czytelnik dostaje rysunkowy kabaret, pseudo-komiksowy miks gagów. Krótko mówiąc: gag-o-mix, czyli GAGOMIKS. Tak sobie go nazwałem i tego będę się trzymał.

2x "Tygodnik Morski" 1961, "Wieczór Wybrzeża" 1964, 2x "Relax" 1977 (fragment "Palaczy" i "Dżdżownica")

Gagomiks może mieć dymki, ale nie musi; może mieć ramki, ale też niekoniecznie. Ramki z kolei mogą przybierać najbardziej wymyślne kształty, co często ma podkreślić płynność takiej mozaiki i brak określonego kierunku poruszania się między jej elementami. Oczywiście nie piszę tego na podstawie ośmiu próbek Janusza Christy, tylko na podstawie researchu do mojego niedawnego projektu "Dawno i nieprawda".

Trop hiszpański

Setki (dosłownie) takich "multikawałów" znalazłem np. w hiszpańskim tygodniku komiksowym "Jaimito", wydawanym przez Valencianę. Już w pierwszym numerze (1945) pojawia się gagomiks o myśliwych z layoutem w stylu "Przyśmiewek o nałogach". Podobne formy obecne są potem w każdym kolejnym zeszycie, a w 1947 roku magazyn umieszcza gagomiks na okładce.

"Jaimito" 1945 (gagomiks karteczkowy, rys. Alfonso Alamar) i 1947 (z lewej gagomiks ramkowy, z prawej bezramkowy, rys. José Soriano Izquierdo)

Końcówka lat 40. i całe lata 50. to czas gagomiksowych eksperymentów, głównie w wykonaniu rewelacyjego rysownika Licerasa. Po ten sam format sięgali też inni: Palop, Karpa, Alamar, Rojas, Nin i Sanchis, choć trudno powiedzieć, czy wszyscy z własnej woli, czy na polecenie redakcji. Obiło mi się o uszy (raczej o oczy), że w "Jaimito" obowiązywały normy, tzn. w każdym numerze pisemka rysownik dostawał określoną ilość stron. Jeśli ktoś miał pomysł na historyjkę - rysował komiks, a jeśli nie - rysował kawały. "Jaimito" miał ściśle określony profil humorystyczny, więc obie te formy w równym stopniu spełniały swoje zadanie, choć oczywiście komiks, zwłaszcza odcinkowy, miał większy potencjał, by utrzymać czytelników.

Jesús Liceras López w "Jaimito" 1948 (gagomiks panoramiczny) i w "Selecciones de Jaimito" 1959 (gagomiks w stylu dzisiejszych infografik)

W latach 60. następuje dalsza ekspansja, tym razem wszerz, tzn. gagomiksy zamiast pojedynczych stron, dostają całe rozkładówki. Dopiero teraz rysownicy mogli sobie poszaleć! Jednak paradoksalnie większość autorów przyjęła postawę zachowawczą, starając się za wszelką cenę upodobnić plansze do normalnych komiksów. Być może taki był wymóg redakcji, żeby na pierwszy rzut oka cała gazeta wyglądała jednolicie.

Od góry: "Selecciones de Jaimito" 1965 (Grema), "Jaimito" 1967 (Enrique Cerdán), "Jaimito" 1969 (Luis Cerezo)

Na początku lat 70. niekwestionowaną gwiazdą "Jaimito" stał się mój ulubiony rysownik Arturo Rojas de la Cámara. Rojas wypracował własny styl, bardzo podobny do "Dżdżownicy" i trzymał się go aż do upadku magazynu w roku 1984. Bliźniaczą rubrykę, ale o tematyce rycerskiej, prowadził w tygodniku "El Guerrero del Antifaz", również należącym do Valenciany.

U góry: Rojas w "Selecciones de Jaimito" i "El Guerrero del Antifaz" 1972. W środku: Karpa w "Jaimito" 1971. U dołu: Sanchis w "Jaimito Extra Primavera" 1971.

Trop brytyjski

Przeglądając dziesiątki hiszpańskich zeszytów komiksowych, miałem niodparte wrażenie, że layout rubryk z dowcipami jest mi skądś znany. Chodzi o powtarzający się schemat trzech kolumn, z których środkowa przeznaczona była na gagomiks, dwie boczne na pionowe paski komiksowe, zaś dodatkowy dolny wiersz zawierał zazwyczaj krótką historyjkę obrazkową. Dokładnie taki sam układ posiadały niemal wszystkie rozkładówki w brytyjskich tabloidach komiksowych z wydawnictwa Amalgamated Press i tylko proporcje poszczególnych sekcji czasem się zmieniały. Tradycja ta sięgała czasów przedwojennych i najwyraźniej została zaadoptowana przez Hiszpanów. Warto w tym miejscu przypomnieć, że oba te kraje miały bardzo podobne rynki komiksowe, oparte na mnóstwie tanich tygodników.

Typowo brytyjski layout rozkładówki w komiksowym tabloidzie ("Jester" 1936), dostosowany do hiszpańskiego formatu zeszytowego ("Jaimito" 1949).

Podążyłem tym tropem z nadzieją, że w praojczyżnie prasy komiksowej trafię na jeszcze starsze gagomiksy. Owszem, znalazłem jakieś luźne zestawy żartów rysunkowych z XIX wieku, ale strasznie archaiczne i w niczym nie przypominające produkcji hiszpańskich (być może źle szukałem). Dopiero w powojennych numerach natknąłem się na nowocześnie wyglądające eksponaty, i to w kilku różnych odmianach.

Wielka Brytania, rok 1949: "Knockout" (chmurki zamiast zwyczajowych karteczek), "Sun" (panorama), poniżej "Wonder" (infografika)

Wielkie nazwiska

Niezależnie od tego, czy nazwa "gagomiks" jest trafiona czy nie, samo zjawisko jest jak najbardziej realne, tylko słabo rozpoznane. Funkcjonowało przez kilkadziesiąt lat na marginesie prasy komiksowej, po czym wraz z nią przeminęło. W tym czasie przeszło długą drogę - od zapychacza pustych stron w czasopismach, przez proste karteczkowe mozaiki, aż do przemyślanych parakomiksowych form (zwróćcie uwagę, że dokładnie taką samą drogę przebył Christa - od "Ludzi i statków", przez "Przyśmiewki" po "Dżdżownicę"). Gagomiks miał swoich artystów, wyrobników, eksperymentatorów, a nawet rekordzistów.

Najobszerniejszą (prawdopodobnie) gagomiksową serią była "13, Rue de Percebe". Rysował ją zmarły niedawno Francisco Ibáñez, prawdziwy król Midas hiszpańskiej branży komiksowej, dobrze nam znany jako twórca "Mortadella i Filemona" (222 albumy, własny tygodnik, dwa seriale TV i sześć filmów). "13, Rue de Percebe" składała się z jednoplanszówek opartych na jednym layoucie, i to w sensie dosłownym, ponieważ rysownik korzystał z gotowego szablonu, z przekrojem budynku przy ul. Wąsonoga 13. Ibáñezowi i jego zastępcy udało się w ten chytry sposób ukręcić ponad 400 odcinków (1961-1970), trzeba więc przyznać, że pomysł był genialny... choć nie do końca oryginalny. Otóż dwa lata przed startem serii, na łamach almanachu tygodnika "Pulgarcito" (wyd. Bruguera) ukazała się identyczna plansza Manuela Vázqueza pt. "Un día en Villa Pulgarcito". Ibáñez, który nota bene również pracował w "Pulgarcito", odwrócił rysunek Vázqueza na lewą stronę, dorysował własne postacie i z gotowym projektem przeszedł do nowego tygodnika Bruguery "Tio Vivo".

Z lewej Francisco Ibáñez w "Tio Vivo" 1961 (pierwszy odcinek), z prawej Manuel Vázquez w "Pulgarcito Almanaque" 1959 (odcinek "zerowy")

Żeby trochę zrehabilitować Ibáñeza, mam tu jego dwie rozkładówki z tego samego okresu. Widać, że rysownik konsekwentnie szedł w "niesamowite przekroje" i wycisnął z tej formuły wszystkie soki.

Francisco Ibáñez w "Pulgarcito Almanaque" 1960 i 1961

Ostatnim rysownikiem, o którym chciałbym tu wspomnieć, jest Benito Jacovitti, włoski gigant komiksu, a zarazem arcymistrz gagomiksowych panoramiche. Poniżej dwie jego rozkładówki, również z lat 1960-1961. Niczego gęstszego, dziwniejszego i bardziej skomplikowanego już Wam dziś nie pokażę, dlatego w tym miejscu kończę mój przydługi post, a do gagomiksów pewnie jeszcze kiedyś wrócę. Dobranoc.

Benito Jacovitti w "Il Giorno" 1960 i 1961

PS. I pomyśleć, że zacząłem ten wpis od niewinnych pasków Janusza Christy. Hi hi...

sobota, 25 października 2025

Chłopaki z baraków

Wielka biała plama

Niedawno w tekście pt. "Tu i ówdzie" pisałem jak to Asteriks i Obeliks objechali pół świata, a Kajko i Kokosz tylko pół Polski. Tak mnie zeźliła ta rażąca dysproporcja, że postanowiłem zrobić mapkę z podróżami panów "-ix" (poniżej), jako ściągę do przyszłych podróży naszych polskich zuchów. No i co na niej zobaczyłem? Ano, zobaczyłem Niemcy, Belgię, Wielką Brytanię, Hiszpanię, Włochy itd., czyli niemal całe NATO z czasów zimnej wojny. Jest nawet odkupiona od Włochów Korsyka i arcynudna Szwajcaria. Natomiast na wschód od Renu, Łaby i cieśniny Skagerrak rozciąga się gigantyczna biała plama, w której i my mieszkamy. Za czasów Goscinnego i Uderzo biała plama była jeszcze większa, ale potem powstał francusko-duński film animowany „Asteriks i wikingowie” (2006) oraz „Asteriks i Gryf” - feralny komiks, gdzie Jean-Yves Ferri wysłał w końcu Galów na wschód (2021).

Astrix, Obelix, Voyage, Travel, Europe

Back in the USSR

O "Asteriksie i Gryfie" niewiele dobrego da się powiedzieć. Nie dość, że komiks w ogóle nie był śmieszny (za co prawdopodobnie scenarzysta wyleciał z ekipy), to jeszcze ukazał się w najgorszym możliwym momencie - tuż przed inwazją Rosji na Ukrainę. Wyobraźcie sobie, że w czasie gdy ruskie czołgi stały już na granicy, a zielone ludziki przejmowały kolejne kawałki Donbasu, Ferri jakby nigdy nic pisał romantyczną opowieść o pięknej wojowniczce Kałasznikovnej (!), Didier Conrad rysował trojkę sunącą przez ośnieżony step, a na okładce pokazał Konika Garbuska z bajki Piotra Pawłowicza Jerszowa. Ot, taka typowa dla Francuzów, naiwna fascynacja krajem, który rzucił Napoleona na kolana.

Na premierze albumu, w październiku 2021, wydawnictwo już chyba wiedziało, że popełniło faux pas i zaczęło ściemniać o jakichś Amazonkach, o parytetach płci, o tym, że Sarmaci "mówili językiem indoirańskim" i mieszkali "pomiędzy Rosją, Mongolią i Kazachstanem" (patrz: materiały prasowe). Dobra, dobra... bujać to my, ale nie nas. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to nie żadna Mongolia, tylko Matuszka Rassija. Co więcej, w poprzednim albumie pt. "Asteriks w Italii" Sarmaci pokazani zostali jako rosyjsko-ukraińscy komuniści (kadr poniżej), a kiedyś w wywiadzie Ferri mówił o Sarmacji: "Można powiedzieć, że ten kraj dziś już nie istnieje" ("Le Journal du Dimanche", styczeń 2021). Z tego co wiem, jedyny rosyjskojęzyczny, komunistyczny kraj na wschodzie, który już nie istnieje, to... Związek Radziecki. No i jesteśmy w domu.

Wyznawcy Karola Marksa + trojka + madame Kałasznikovna = Związek Radziecki, c.b.d.o.

Za żelazną kurtyną

W sumie trudno winić Ferriego, że nie odróżniał Rosjan od Ukraińców i pewnych "subtelności" nie wyczuł. Już przed II wojną światową stara Europa miała mętne pojęcie o naszej części kontynentu (wyjątkiem byli Niemcy, ale to osobny temat), a po wojnie żelazna kurtyna przez 45 lat blokowała przepływ informacji między Wschodem i Zachodem. Dla przeciętnego Belga czy Francuza dzisiejsza postkomuna to odległe peryferia, tak samo niezrozumiałe i mało interesujące, jak dla nas Uzbekistan. A propos, znacie jakieś stereotypy czy ciekawostki o Uzbekistanie, które dałoby się ograć w "Kajku i Kokoszu"? Nie? No to już wiecie dlaczego Kajko i Kokosz raczej tam nie pojadą. Analogicznie Asteriks, który jest produktem zachodnim, skrojonym pod zachodniego czytelnika, nie będzie jechał do "przezroczystej" Polski, tylko do pięknej Portugalii, intrygującej Turcji albo do niezbyt intrygującej, za to swojskiej Holandii.

Jeśli teraz naniesiemy asteriksowe podróże na mapę z czasów zimnej wojny, znacznie łatwiej będzie zrozumieć linię między aktywnymi i nieaktywnymi destynacjami. W tym miejscu muszę wyjaśnić pewne zawiłości w "Asteriksie i Gotach" (1961-62). Zdaniem ChatGPT akcja tego albumu rozgrywa się m.in. w Turyngii, która po wojnie znalazła się po stronie NRD-owskiej. Jednak w komiksie nie znajdziemy żadnej zmianki o tym, że Galowie przekraczali granicę między dwoma państwami germańskimi, ani że w jednym z nich panuje dyktatura (ten wątek pojawił się dopiero w kontrowersyjnej przeróbce Rolfa Kauki z 1965 r.). Można więc uznać, że Asteriks i Obeliks nie dotarli do NRD, a z tą Turyngią to albo nadinterpretacja AI, albo uproszczenie Goscinnego.

Asterix, Obelix, Voyage, Travel, Europe, Eastern Bloc, Iron Courtain

Między nami demoludami

Żeby Galowie znów mogli pojechać na wschód, autorzy musieliby znaleźć jakieś punkty zaczepienia: ciekawostki, stereotypy, ogólnie znane fakty. Zapytałem DeepSeeka i ChatGPT z czym Europejczykom kojarzą się byłe demoludy. Odpowiedzi są niezbyt miłe, więc jeśli ktoś nie chce się denerwować, lepiej niech nie czyta.

A jeśli ktoś koniecznie musi, niech tu kliknie:

  1. Polska - hydraulik, Auschwitz, wódka;
  2. Czechosłowacja - piwo, Praga, dobry humor;
  3. NRD - Stasi, mur, trabanty;
  4. Węgry - Orbán, gulasz, baseny termalne;
  5. Jugosławia - wojna, nacjonalizm, Adriatyk;
  6. Rumunia - Drakula, Cyganie;
  7. Bułgaria - tania imprezownia nad morzem;
  8. Albania - bunkry, mafia.

Z całego tego galimatiasu uprzedzeń, polityki, turystyki i przeszłości, większość tematów kompletnie nie nadaje się na scenariusze do "Asteriksa". Stosunkowo najmniej jest tu historii, a historii komunizmu prawie wcale. Szkoda, bo komuna to niewyczerpane źródło absurdów i czarnego humoru. Z samych tylko kawałów o kolejkach, partii i milicji możnaby ukręcić z dziesięć albumów. Do tego czyny społeczne, spekulanci, papier toaletowy, cenzura, bratnia przyjaźń itd. itp. Szkoda, że poza demoludami nikt by tego nie zrozumiał.

Na moje oko nie ma co czekać na wizytę Asteriksa. Temat musimy załatwić we własnym zakresie (patrz: końcówka poprzedniego posta). Wyobraźmy sobie np. wielki objazd Kajka i Kokosza po obozie socjalistycznym. Tytuł roboczy: "Dookoła bratoludów". Jeden album, w którym cała Słowiańszczyzna i kawałek Germanii pokazane byłyby przez pryzmat ustroju, w którym wszyscy musieliśmy funkcjonować. Byłoby kompleksowo, trochę strasznie, a trochę śmiesznie. No i moglibyśmy ostatecznie rozstrzygnąć odwieczny spór o to, który barak w obozie był najweselszy: Polska czy Węgry?

Pomysły! Pomysły!

Wariant pierwszy - sportowy. Organizujemy "Wyścig Pokoju", czyli socjalistyczną podróbę "Tour de France/Gaule". Sam Christa narysował kiedyś rowery w kajkoszowym kalendarzu, więc są kanoniczne. A jeśli nie rowery, to hulajnogi. Moglibyśmy zaprosić zawodników spoza bloku wschodniego (np. z Galii) i dać akredytację jakiemuś anonimowemu galijskiemu sprawozdawcy.

Wariant drugi - handlowy. Zamiast wyścigu jedziemy na tournée po bazarach. W gospodarce niedoboru wystarczyło wiedzieć czego gdzie brakuje i przy odrobinie sprytu można było nieźle zarobić. Największe lody kręciło się na handlu zagranicznym w skali mikro, tzn. z towarem w walizce. Na przykład: w Polsce zdobywamy zapasik szynki konserwowej, żelazek, kremu nivea, wódki, rajstop i biseptolu; jedziemy do NRD, tam sprzedajemy konserwy i za to kupujemy kalkulatory; następnie w Czechosłowacji zamieniamy żelazka na jablonex; na Węgrzech krem nivea na tokaj, a w Jugosławii wódkę na jeansy. Potem jedziemy z rajstopami do Bułgarii, z biseptolem do Rumunii (taka miejscowa antykoncepcja) i za utarg kupujemy złoto. Pozostały towar, zwłaszcza NRD-owskie kalkulatory oraz jeansy z Jugosławii, na pniu i z dużą przebitką opychamy w ZSRR, bierzemy jeszcze więcej złota i wracamy do kraju. Jablonex i tokaj wstawiamy do komisu. Aha, w wersji średniowiecznej towary zmieniamy na: kiełbasę, miód, węgrzyna, maglownice, zausznice, kadzidła, liczydła, gacie i zamorskie sukno.

Turystyczne ABC

Dla tych, którzy nie załapali wszystkich kontekstów i zawiłości, przygotowałem praktyczny poradnik jak poruszać się po demoludach, żeby podczas urlopu wyjść na swoje:

  1. Żeby wyjechać na Zachód trzeba mieć zaproszenie, paszport i wizę. Znajomości w urzędzie dają +10 do sukcesu.
  2. Łatwiej jest jechać do demoludów. Wystarczy stempel w dowodzie albo tzw. wkładka paszportowa.
  3. Do Związku Radzieckiego można się dostać tylko z wycieczką albo na zaproszenie.
  4. Do Albanii w ogóle nie da się wjechać i w sumie nie wiadomo co tam się dzieje.
  5. Jugosławia raz jest traktowana jak kraj kapitalistyczny (paszport), a raz jak socjalistyczny (wkładka). Przepisy trzeba sprawdzać na bieżąco.
  6. Jechać można indywidalnie lub w zorganizowanej grupie. Kumaty kierowca autokaru od razu podjedzie pod bazar.
  7. Dla ludzi "na poziomie" handel jest rzeczą wstydliwą. Należy uważać na rodaków.
  8. Z cudzoziemcami rozmawia się na migi. W teorii wszyscy powinny znać rosyjski, ale np. Węgrzy udają, że go nie rozumieją.
  9. Największymi wrogami handlarza są celnicy, zwłaszcza służbiści z Czechosłowacji i NRD. Celnicy z Kraju Rad po prostu biorą łapówki.

Na plasterki z Asteriksem!

Na koniec miałem napisać jakąś patetyczną odezwę o "duchu Janusza Christy", swojskości i prawdzie historycznej, ale uratowali mnie przed tym... Galowie. Otóż na Zachodzie od paru dni dostępny jest "Asteriks w Luzytanii" (w naszym baraku będzie w poniedziałek) i w sieci właśnie pojawiły się pierwsze reakcje. Niestety nie wygląda to dobrze. Komiks został podobno wyczyszczony z wszelkich "drażliwych" treści. Autorom nie wolno było np. pokazać Portugalczyków w sposób stereotypowy, tzn. z obfitym owłosieniem, bo zostałoby to odebrane jako bodyshaming. Znany z większości poprzednich albumów czarny pirat Baba nagle stracił swoje wydatne wargi i "murzyński" akcent, żeby nie narazić wydawnictwa na zarzuty o rasizm. Nowy scenarzysta, Fabcaro mówi wprost: "Oczekiwano od nas, że tak zrobimy". Słychać też głosy czytelników, że fabuła składa się z klisz, banałów i jest nudnawa. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to zaskoczyło. Ostatnio w dodatkach do "Asteriksa i Gotów" wyczytałem, że już w połowie lat 60. Goscinny miał kierować się zasadą "karykatury odpowiedzialnej", tzn. z Francuzów mógł się nabijać bezlitośnie, a z obcokrajowców ostrożnie. Teraz po prostu bardzo zawęził się "bezpieczny" obszar, ale zasada pozostaje dokładnie taka sama.

Metamorfoza Baby: przed i po.

Mam wielką nadzieję, że "Kajka i Kokosza" nie spotka taki koniec. Po prostu róbmy swoje, nie kalkulujmy i nie oglądajmy się na Francuzów. A Wam, drodzy czytelnicy życzę, żeby Wam kapcie pospadały przy następnym tomie "Nowych przygód".

wtorek, 14 października 2025

Tu i ówdzie

Już za kilka dni, a konkretnie 23 października, ukaże się kolejny tom przygód wąsatego cwaniaka z Galii. Tytuł brzmi "Asteriks w Luzytanii" (czyli w Portugalii), za rysunki odpowiada Didier Conrad, a za scenariusz Fabcaro, dla którego będzie to drugi album z tej serii. Oczekiwania są wielkie, czego najlepszym probierzem jest wyjątkowe wzmożenie na asteriksowych grupach i fanpejdżach. A kiedy wczoraj wydawnictwo rozesłano oficjalny newsletter z zajawką i kilkoma kadrami, fani dostali małpiego rozumu i zaczęli wrzucać co popadnie.

Jedną z najfajniejszych fanowskich wrzutek okazał się spis albumów w podziale na "wioskę" i "wyprawę". Wszyscy wiemy, że Goscinny i Uderzo niemal od początku trzymali się zasady, że co druga historia ma się rozgrywać w osadzie Galów albo w jej okolicy, a co druga w odległej krainie. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć. Proszę bardzo, oto rozpiska:

Mam zresztą własną teorię na temat tych asteriksowych wypraw po Europie. Otóż wydaje mi się, że były one nie tyle pretekstem do żartów z rozmaitych narodowych stereotypów, co raczej sprytnym chwytem marketingowym, mającym na celu zdobywanie nowych rynków. Gdy Asteriks i Obeliks wpadali gdzieś z wizytą, seria od razu stawała się bardziej popularna wśród ludności tubylczej. Tak było w Niemczech po "Asteriksie i Gotach", w UK po "Asteriksie u Brytów", we Włoszech po "Asteriksie gladiatorze", w Szwajcarii po "Asteriksie u Helwetów" i oczywiście w Hiszpanii po... "Asteriksie w Hiszpanii".

Tymczasem u nas ani Krajowa Agencja Wydawnicza, ani Janusz Christa nie mieli mocarstwowych ambicji. "Kajko i Kokosz" był serią lokalną, o Polakach i dla Polaków. Bohaterowie nie musieli jeździć na zagraniczne tournée, żeby zdobywać nowych czytelników. Wystarczyło podnieść nakład ze stu do trzystu tysięcy i po sprawie. A jeśli autorowi znudziło się Mirmiłowo, wysyłał Kajka i Kokosza do uzdrowiska, na prowincję albo na delegację do stolicy - jak to w PRL-u. Raz tylko trafił się lot do Szkocji i dwa razy rejs po Bałtyku, ale i tego nie wykorzystano eksportowo. Zamiast jakichś cudownych leków, szranków, konkurów czy innych wczasów, trzeba było pójść po bandzie i na okładkach napisać "Kajko i Kokosz w Szkocji" albo "Kajko i Kokosz w Danii", jak u Asteriksa. Może wtedy by się sprzedało? No i jeszcze trzeba było chcieć sprzedawać, bo nawet jak Duńczycy łopatologicznie napisali "Kajko og Kokosz: Vikingerne", to zapomnieli o promocji.

Wracając do ad remu - ponieważ nasi wojowie jakieś tam podróże jednak odbyli, pomyślałem żeby im też zrobić podział historyjek na "trochę bliżej Mirmiłowa" i "trochę dalej". W mojej tabelce nie znajdziecie światowego zadęcia i przesadnej egzotyki, ale efekt końcowy jest wcale nie gorszy od "Asteriksa", choć odrobinę krótszy.

Wygląda na to, że w odróżnieniu od Goscinnego i Uderzo, Christa nie miał żadnego planu. Może tylko na początku, w "Wieczorze Wybrzeża", starał się przeplatać setting opowiastek, ale np. w pierwszym etapie "Świata Młodych" serwował młodym czytelnikom jedną bajkową podróż za drugą, a po powrocie z "Relaxu" kręcił się już głównie wokół Mirmiłowa i stałego zestawu postaci.

Maciej Kur, jako następca Christy, obrał nieco bardziej konsekwentną strategię. Każdy z jego długich scenariuszy (podseria "Nowe przygody") prędzej czy później - raczej prędzej - przenosi akcję daleko poza Mirmiłowo. Z kolei komiksowe shorty (podseria "Opowieści z Mirmiłowa") najpierw rozgrywały się w samym tylko grodzie, a od trzeciego tomu stanowią miks: gród/nie gród, z przewagą grodu. Być może autor uważa, że garstka "grodzian" i zbójcerzy już się trochę wyeksploatowała, że ma potencjał na krótkie historyjki, a w dłuższych fabułach trzeba im dodać nowych bohaterów, nowe lokacje i nowe problemy. Nie twierdzę, że tak jest na pewno, nie pytałem o to Maćka, po prostu tak mi podpowiada mój kolekcjonerski nos.

Nos podpowiada mi też, że w nowych "Kajkach i Kokoszach" Egmont unika odniesień do prawdziwej historii, pawdziwych władców i naszych prawdziwych sąsiadów. Rozumiem, że jest to w duchu Janusza Christy itd., ale dzisiaj nie ma już cenzury, która kazała twórcom chować się za bajkową rzeczywistością. Nie wiem jak wy, ale ja chętnie bym się pośmiał z Lecha, Czecha, Rusa i Prusa, ze starej Europy, a już najbardziej z Galla Anonima i ciągłego gadania o "polskiej podróbie Asteriksa". Myślę, że taka odmiana dobrze by serii zrobiła, zwłaszcza że jej adresatami od dawna nie są dzieci, tylko zdziecinniali boomerzy (w tym ja).

__________
EDIT: Pozwoliłem sobie pociągnąć ten temat w poście pt. "Chłopaki z baraków". Zapraszam do lektury.

wtorek, 15 kwietnia 2025

Manga graphic novel

Temat niezrealizowanych scenariuszy Christy od lat rozpala wyobraźnię fanów, jednak efekty poszukiwań takiego komiksowego Graala są na razie mizerne. Wśród licznych szpargałów po rysowniku, przejętych przez Fundację "Kreska", udało się co prawda odnaleźć parę niedokończonych projektów, jednak są to rzeczy albo przerobione ze starszych historyjek ("Pojedynek ze Złoczynem"), albo "zużyte" w wyniku późniejszego recyklingu (short "Niespodzianka"), albo napisane z myślą o filmach (treatmenty seriali "Kajko i Kokosz" oraz "Kajtek i Koko w kosmosie"). Żadnego nowego materiału na komiks tam nie było. A właściwie był jeden, ale tak osobliwy, że nie zdecydowałem się go włączyć do "Złotej kolekcji". Nie jestem nawet pewien czy Christa maczał w nim palce.

Okładki narysował ChatGPT 4o

Scenariusz nosi tytuł "Porwanie Lubawy", ma formę 10-stronicowego maszynopisu, odbiega jednak od znanych maszynopisów Mistrza. Inna jest czcionka, inne formatowanie tekstu (dialogi razem z opisami), inny układ komiksowych plansz (mniej kadrów i splash-panele, jak w mandze), nietypowe dla "Kajka i Kokosza" powtarzalne ujęcia (jak w powieściach graficznych), a wreszcie niezręczne imiona w wołaczu ("Mirmile"). Zgadza się za to objętość albumu, identyczna jak w przypadku "Mirmiła w opałach". Czyżby tak wyglądał enigmatyczny projekt, którym Christa chwalił się w liście z 1993 roku? Bardzo w to wątpię.

W tym samym, 1993 roku na łamach "Super Expressu" rysownik z drwiną opowiadał o scenariuszu napisanym przez niewymienionego z nazwiska "znawcę komiksu". Zarys tej historyjki, z wyraźnym motywem podróży, wydaje się zaskakująco podobny do "Porwania Lubawy". Co prawda zamieniona jest liczba smoków i olbrzymów, ale być może Christa coś pokręcił, albo jak zwykle celowo podrasował anegdotę.

Ilona Szajkowska: "Mażę bo muszę". "Super Express" 18.02.1993

W wywiadzie dla "City Magazine" z 2001 roku temat wypłynął ponownie. Okazało się, że po ośmiu latach irytacja Christy wzrosła jeszcze bardziej, wprost proporcjonalnie do ilości i jakości podsuwanych mu scenariuszy. Nie wykluczam, że jednym z owych nieszczęsnych pomysłów, bezlitośnie wyśmianych przez sopockiego twórcę, był mój własny szkic pt. "Lutnia" z 1995 roku.

Rafał Radwański, Edyta Sobczyńska: "Kajko i Kokosz z Sopotu". "City Magazine" nr 4/2001

To tyle tytułem wstępu, a teraz już danie główne, czyli "Porwanie Lubawy". Scenariusz wrzucam w całości, bez żadnych ingerencji, poza kolorkami dla lepszego klimatu, bo skan był czarno-biały. Czytajcie, kombinujcie kto może być autorem (mam pewne podejrzenia, ale na razie je przemilczę), a przy okazji zwróćcie uwagę na kilka wątków ogranych w "Zaćmieniu o zmierzchu" (wizyta u mamy, atak na warownię) i "Powrocie Milusia" (motyw tutyłowy, walka z olbrzymem, porwanie) Maćka Kura. Great minds think alike?










PS. Swoją drogą ciekawe co Christa powiedziałby o "Nowych przygodach" i "Opowieściach z Mirmiłowa"? Mam nadzieję, że spojrzałby na nie przychylnym okiem.