Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuzyni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuzyni. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 sierpnia 2023

Kto z kogo? I czy w ogóle?

"Złota Kolekcja" dopiero się skończyła, a mnie już chodzą po głowie nowe tematy do zgłębienia. Rozglądam się, robię wstępny research... i nagle wpada mi w oko zabawna scenka, trochę jakby znajoma (patrz obrazki poniżej). Jak sądzicie - który kadr powstał wcześniej? Czy ktoś z Was zna ów hiszpański komiks, albo jego francuski pierwowzór? A może widzieliście podobny gag gdzie indziej? Bardzo jestem ciekaw co sądzicie o tym znalezisku.

EDIT: Szczegóły zagadkowego komiksu poznacie tutaj.

wtorek, 24 marca 2020

Ślad Alberta Uderzo

Dziś rano przeglądałem archiwa Christy i zupełnie przypadkowo wpadł mi w ręce autograf Alberta Uderzo, który dostałem od Tomka z Tczewa. Kilka godzin później media poinformowały, że Albert Uderzo nie żyje.

Jakbym to już kiedyś przerabiał... Moim pierwszym prawdziwym "Asteriksem" był "Pilote" nr 43/1977, wydany tuż po śmierci René Goscinnego. Kupiła mi go chrzestna u bukinisty w pawilonach między Marszałkowską i Zielną (dziś już nieistniejących). Dopiero w domu, przy pomocy słownika, zrozumiałem co oznaczał smutny obrazek na okładce.


Wydaje mi się, że wtedy byłem już świadomy istnienia "francuskiego Kajka i Kokosza", zapewne z artykułów w "Relaksie" (1977) i "Świecie Młodych" (1978). Ale tak naprawdę "Asteriksa" poznałem dopiero w 1979 roku... w Czechosłowacji. Z letniego wypadu do Pragi, jaki odbyliśmy z tatą, przywiozłem stertę odcinków "Wróżbity" z gazetki "Sedmička pionýrů" - mam je do dziś. Kilka miesięcy później na ekrany polskich kin wszedł film "12 prac Asterixa" i nareszcie mogłem zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.


Dzisiaj oczywiście wiem, że to Kajko i Kokosz był "polskim Asteriksem", a nie odwrotnie. I tym bardziej jestem wdzięczny Albertowi Uderzo i René Goscinnemu za inspiracje, jakich dostarczyli Januszowi Chriście, a także wielu innym twórcom z obu stron żelaznej kurtyny. Choćby tym:

poniedziałek, 30 października 2017

Szukajcie a znajdziecie

Przepraszam, że ostatnio tak tu cicho, ale pracuję nad czymś dużym. Zanim skończę - a jeszcze trochę to potrwa - podzielę się z Wami refleksjami o moich niedawnych lekturach. Okazja jest niezła, bo Egmont wydał aż dwa komiksy o "kuzynach" Kajka i Kokosza: "Oskar i Fabrycy: Straszne smoczysko" oraz "Asteriks w Italii".


Zacznę od "Strasznego smoczyska", czyli pełnometrażowego debiutu Mieczysława Fijała. Czekałem na ten komiks niecierpliwie, jako że od wielu lat kibicuję Mietkowi i z ogromną przyjemnością przyglądam się jak jego styl ewoluuje od Szarloty Pawel ku Januszowi Chriście. Siedem lat temu w plebiscycie "KiK c.d." rysownik zajął 9. miejsce, ale jestem pewien, że dziś stanąłby na podium. Podczas panelu na MFKIG Mietek przyznał zresztą publicznie, że starał się maksymalnie zbliżyć klimatem do "Kajka i Kokosza", dlatego zrezygnował z pierwotnego pomysłu z Bumcykorianami i wysłał bohaterów do średniowiecza. Zabieg zakończył się pełnym sukcesem. Dzisiejsza kreska Fijała, coraz bardziej słowiańsko-disnejowska, jest chyba bliższa Chriście niż styl Kiełbusa, a dobroduszny humor i oldskulowa narracja świetnie oddają ducha komiksów Mistrza. Muszę przyznać, że przez 38 stron bawiłem się prawie jak przy starych albumach KAW-u, a scenka, w której Oskar i Fabrycy znajdują w smoczej jamie hełm woja Wita, wywołała u mnie większy dreszczyk, niż obie części "Nowych przygód" razem wzięte.


Historyjka ma tylko dwie wady. Po pierwsze kilka plansz nosi ślady pośpiechu (deadline). Po drugie nie bardzo wiadomo który z dwóch urwisów jest Oskarem, a który Fabrycym. Dokładnie tak samo było z Kukiem i Rykiem Janusza Christy, co wyłapał jeden z uczestników łódzkiego Festiwalu, stwierdziwszy, iż komiks Mietka spokojnie mógłby być kontynuacją serii z "Przygody". Mam nadzieję, że w drugim tomie autor popracuje nad głównymi postaciami, a tymczasem zobaczcie z jaką łatwością przychodzi mu rysowanie w kajkoszowym stylu (gdyby film nie chciał się odpalić, klikajcie tutaj).



Przejdźmy teraz do "Asteriksa w Italii" - trzeciego albumu zrealizowanego przez duet Jean-Yves Ferri (scen.) & Didier Conrad (rys.). Graficznie komiks ten to absolutny majstersztyk. Kadrowanie jest ultradynamiczne, postacie doskonale zaprojektowane, a drugi plan nareszcie obfituje w detale. Conrad wykonał tym razem 300% normy, ale niestety zawiódł Ferri. Szczerze mówiąc, to w ogóle nie jest komiks o Asteriksie i Obeliksie, tylko o jakimś wyścigu (jak "Michel Vaillant"), z powklejanymi co kilka stron pocztówkami z Włoch. Zawiązanie akcji nie istnieje, bohaterowie służą za "paprotki", a aluzje do mijanych prowincji są tak powierzchowne i stereotypowe, jakby ktoś dostarczył scenarzyście listę od sponsora i kazał odhaczać kolejne punkty. Ale najgorsze, że trudno tu znaleźć coś śmiesznego, chociaż nie wiem czy to wina autora, czy przekładu. Podczas lektury zastrzygłem uszami tylko raz - na widok Sarmatów, przedstawionych jako "lud z Europy Wschodniej". Już myślałem, że chodzi o pra-Polaków, ale zaraz okazało się, że słowiańscy woje mówią pseudocyrylicą (R=Я) i czczą Marxa, więc to raczej pra-Rosjanie. No trudno, może w następnym tomie...


Na koniec prośba - nie bierzcie sobie tych moich opinii zbytnio do serca, bo nie jestem żadnym recenzentem, tylko fanem Christy, który szukał w obu tych komiksach czegoś, co polubił w dzieciństwie. No i w jednym albumie to coś znalazłem, a w drugim nie. Ale jeśli Wy szukacie czegoś innego (np. tzw. profeski), być może znajdziecie to i w najnowszym "Asteriksie", czego serdecznie Wam życzę.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wesołe przygody ubogich kuzynów

Wyruszamy na kolejną wyprawę w poszukiwaniu zagranicznych kuzynów Kajka i Kokosza. Zgodnie z obietnicą odwiedzimy teraz Niemiecką Republikę Demokratyczną, zwaną "najsmutniejszym barakiem w obozie" (wschodnim). Był to jedyny kraj germański wśród demoludów, a zarazem jedyny kraj socjalistyczny, do którego nie docierał komiksowy tygodnik Francuskiej Partii Komunistycznej "Vaillant". Nie znaczy to oczywiście, że w NRD nie było historyjek obrazkowych. Owszem - były, ale przez wiele lat powstawały w niemal kompletnej izolacji od reszty świata, bo w 1955 r. wyszedł ustawowy zakaz sprowadzania, a nawet posiadania komiksów i innych szmatławców ze zgniłego Zachodu. Na zdjęciu widzimy uczniów i pionierów (stalinowscy harcerze) z podstawówki w Berlinie, którzy z okazji Dnia Dziecka palą na stosie literaturę "brukową i obsceniczną". Fotografia wygląda jak z czasów Trzeciej Rzeszy, tylko że wykonano ją 10 lat po wojnie.

Źródło: Deutsch sein ist kein Verbrechen!

Przez następnych 10 lat w NRD-owskiej prasie można było co prawda znaleźć jakieś rodzime historyjki obrazkowe, ale wyłącznie o zwierzątkach, pionierach albo dzielnych niemieckich antyfaszystach. Miały one wielkie, numerowane ilustracje z podpisami i były drętwe jak dobranocki o Piaskowym Dziadku. Nie będziemy się tu nimi zajmować.

Rys. Richard Hambach, "Trommel" nr 48/1958

Zajmiemy się natomiast magazynem "Mosaik", założonym w tym samym, 1955 roku, jako wentyl bezpieczeństwa i krajowy ersatz dla demoralizujących zachodnich produktów. "Mosaik" był w 100% poświęcony komiksom - co prawda rodzimym, ale całkiem niezłym, dzięki talentowi rysownika Hannesa Hegena (wł. Johannes Hegenbarth). Pisemko było tak popularne, że z kwartalnika szybko przeistoczyło się w miesięcznik, a Hegen musiał utworzyć własne studio, jak Hergé czy Vandersteen. Była to prawdopodobnie pierwsza prawdziwa zeszytówka w demoludach (16,5 x 23,5 cm). Doczekała się ok. 20 przekładów, a co ciekawsze ukazuje się do dziś, i to w niemal niezmienionej formie.

"Mosaik" zawsze publikował tylko jedną serię komiksową. W pierwszych latach była to historyjka pt. "Digedags", o przygodach trzech chłopców, a właściwie wyglądających jak chłopcy gnomów o imionach Dig, Dag i Digedag (od 1959 r. już tylko dwóch: Dig i Dag). Akcja rozgrywała się na przemian w przeszłości, w kosmosie, na morzu, albo na dalekich lądach - zupełnie tak samo, jak we wczesnych "Tytusach" albo "Kajtkach i Kokach".


W swojej długiej karierze Digedags podróżowali też po starożytności i średniowieczu. W latach 1957-1958 odwiedzili Cesarstwo Rzymskie ("Mosaik" nr 13-24), a w latach 1964-1969 Europę, Afrykę i Azję AD 1248 ("Mosaik" nr 90-151, seria "Ritter Runkel"). Pierwszych 25 zeszytów "Runkela" niemal natychmiast ukazało się także w formie twardookładkowych albumów (1965-1966). Pozostałe odcinki wznowiono w podobnej formie już po zjednoczeniu Niemiec. Myślę, że nie tylko rozmiary, ale i kultowość tych dwóch serii (zwłaszcza drugiej) pozwala wpisać NRD-owskich urwisów do szerokiego kręgu kuzynów Kajka, Kokosza i Asteriksa.


Był jednak pewien drobiazg, którym "Digedags" i cały komiks NRD-owski różnił się od swoich polskich i francuskich odpowiedników: otóż ewoluował on od komiksu z dymkami, do prakomiksu z podpisami, czyli dokładnie odwrotnie niż komiks światowy. Regres ten nie wynikał z przyczyn estetycznych (jak we francuskim "Vaillancie" 10 lat wcześniej), ale z czysto ideologicznych, a konkretnie z "dokręcania śruby" przez władze centralne. Przełomowym momentem był rok 1961, ten sam, w którym zbudowano Mur Berliński. Wtedy to właśnie Hannes Hegen najpierw usunął z dymków ogonki, które komuś ważnemu musiały się kojarzyć ze zgniłą, imperialistyczną kulturą, a następnie w ogóle wyrzucił podpisy poza kadry. Proces całkowitego "oddymkowienia" komiksu odbył się w iście ekspresowym tempie, na przestrzeni zaledwie kilku numerów "Mosaika" (58-62).


Jak już wspomniałem, wschodni Niemcy nie importowali komiksów z francuskiego "Vaillanta", korzystali natomiast z zasobów włoskich towarzyszy. W 1964 roku miesięcznik "Frösi" zaczął publikować komiks "Atomino", pochodzący z dziennika Włoskiej Partii Komunistycznej "l'Unità". Przedruk był oczywiście podrasowany na NRD-owską modłę: miał wymazane dymki i obowiązkowo ponumerowane kadry, żeby czytelnik się nie pogubił.

"Atomino", wersja włoska"Atomino", wersja niemiecka

Szlaban na dymki skończył się dopiero na początku lat 1970., wraz z objęciem władzy przez Ericha Honeckera, który według PRL-owskich standardów był zamordystą, ale w NRD uchodził za liberała (w każdym razie na tle swoich poprzedników). W pismach dla młodzieży zaczęły pojawiać się komiksy węgierskie - już "dymkowe", ale umiarkowanie komiksowe, a przez to bardziej odpowiednie dla socjalistycznego czytelnika ("Frösi", "Trommel"). NRD-owscy twórcy też w końcu poszli tym tropem, chociaż szło to strasznie opornie. Jednym z pierwszych odważnych był Dietrich Pansch ("Aëlita", 1973).

Dziwnym zrządzeniem losu, w tym właśnie przełomowym momencie "poluzowania śruby" Hannes Hegen oznajmił, że opuszcza "Mosaika" i zabiera z sobą prawa do postaci (podobno poszło o pieniądze). Redakcja miała dwa lata na przygotowanie nowego komiksu. Bohaterom zmieniono imiona na Abrax, Brabax i Califax, czyli w skrócie "Die Abrafaxe", a zadanie zaprojektowania ich wyglądu otrzymała Lona Rietschel. Oficjalne przekazanie pałeczki nastąpiło na przełomie 1975 i 1976 r., po 229 numerze starego "Mosaika". Począwszy od następnego zeszytu (1/1976) pisemko zresetowało numerację.

Od lewej: Digedag, Dig, Dag, Califax, Abrax i Brabax.

Paradoksalnie, zmiana wyszła "Mosaikowi" na dobre. Nowe postacie Lony Rietschel rysowane były znacznie nowocześniejszą, disneyowską kreską, a na dodatek w komiksie od razu pojawiły się dymki (początkowo prostokątne, ale zawsze), co niewątpliwie dodało mu pazura. Czytelnicy byli zachwyceni i tylko Hegen nie mógł zdzierżyć, że Abrafaxe okazali się kopią jego Digedagsów. Wytoczył "Mosaikowi" proces, ale jak łatwo się domyślić, NRD-owski sąd nie przyznał mu racji.

"Comics in der DDR"
I tu drobna uwaga na marginesie: otóż przełom ten nastąpił niemal dokładnie w tym samym momencie, co komiksowy boom Polsce (w 1975 r. "Świat Młodych" rozpoczął regularną publikację kolorowych komiksów, a w 1976 ukazał się pierwszy numer magazynu "Relax"). Jest to kolejny argument przeciw obiegowej opinii, że na tle bloku wschodniego PRL był jakąś niezwykłą, komiksową zieloną wyspą. A przecież nie pisałem jeszcze o komiksie rumuńskim, na tle którego wypadamy naprawdę blado!

Wróćmy jednak do "Mosaika". Chociaż Abrafaxe podróżowali po różnych epokach i kontynentach, aż do samego końca istnienia NRD udawało im się omijać średniowieczną albo starożytną Europę. Dopiero po zjednoczeniu Niemiec (pisemko przetrwało upadek Muru Berlińskiego), w styczniu 1992 r. autorzy wysłali ich na dwa lata do XII-wiecznych Niemiec, Włoch, a nawet do odkrytej przez Wikingów Ameryki (nr 193-217), a zaraz potem do starożytnej Grecji (nr 218–233, do maja 1995).


W latach 2005-2009 Abrafaxe wyruszyli na kolejną średniowieczną wyprawę. Tym razem autorzy wysłali ich tropem Templariuszy do Paryża i Jerozolimy AD 1118 (nr 358-381, "Im Labyrinth der Zeit"), a następnie do niemieckiego klasztoru AD 1280 (nr 382-405, "Der Stein der Weisen"). Oglądając okładki tej i poprzedniej serii średniowiecznej, wyraźnie widać, że twórcy "Die Abrafaxe" nie bali się tematów religijnych, w przeciwieństwie np. do Janusza Christy, który unikał ich jak ognia. Jest to o tyle zrozumiałe, że społeczeństwo Niemiec wschodnich uległo w czasach socjalizmu daleko idącej sekularyzacji.


Ostatnia seria, o jakiej musimy wspomnieć, rozpoczęła się w marcu 2014 i zakończyła w lutym bieżącego roku (nr 459-482). Jej tytuł brzmi "Die Abrafaxe erobern das Alte Rom", a akcja rozgrywa się za panowania cesarza Trajana (początek II w. n.e.), gdzieś pomiędzy Germanią, Rzymem i Libią. Historyjce tej naprawdę blisko do "Asteriksa", nawet różnica w czasie akcji jest raczej kosmetyczna.


W swoją najnowszą podróż Abrax, Brabax i Califax wyruszyli do XVI-wiecznej Saksoni, więc to nie do końca nasze klimaty. Ale będąc w Niemczech na pewno warto spytać w kiosku o najnowszy numer "Mosaik" (tylko 2,60 euro), a nuż traficie na przygody w miejscach i czasach bliższych Asteriksowi czy Kokoszowi. A jeśli nawet nie traficie, to i tak warto mieć w swoich zbiorach "postkomunistyczną" zeszytówkę, ukazującą się nieprzerwanie od ponad 60 lat, co już samo w sobie stanowi ewenement w historii europejskiego komiksu. Hardkorowym fanom polecam też imponującą, kolorową monografię "Comics in der DDR – Die Geschichte eines ungeliebten Mediums 1945/49-1990" Gerda Lettkermanna i Michaela F. Scholza (okładkę znajdziecie kilka akapitów wyżej). Szczerze mówiąc to wstyd, że PRL-owski komiks, o tyle przecież ciekawszy i bardziej różnorodny od NRD-owskiego, nie doczekał się dotąd podobnego opracowania.

____________
Lektura uzupełniająca: 1. Comics in der DDR, 2. Orlandos wörld, 3. Comic 3D, 4. Digedags,
5. Mosaik & Abrafaxe, 6. Tangentus, 7. Superhelden des Sozialismus

poniedziałek, 14 marca 2016

Ale sprytni ci Germanie

Podążając tropem zagranicznych kuzynów Kajka, Kokosza i Asteriksa, tym razem odwiedzimy byłą RFN, czyli Niemcy zachodnie. Od wczesnych lat 50. na tamtejszym rynku komiksów dla dzieci niepodzielnie królował Rolf Kauka, zwany "niemieckim Waltem Disneyem". Kauka wydawał magazyny komiksowe (łączny nakład ok. 750 mln zeszytów), kręcił kreskówki i produkował gadżety, a swój towar eksportował na całą Europę i pół Ameryki Południowej. Jego sztandarowa seria "Fix und Foxi" znana była nawet w PRL-u i ZSRR dzięki historyjkom z gum do żucia, wyglądającym jak kultowe "donaldówki". Sukces swojego cartoonowego imperium Rolf Kauka w dużej mierze zawdzięczał rysownikom ściągniętym z Jugosławii, Włoch i Hiszpanii. Kauka zmarł w 2000 r., ale jego biznes kręci się dalej - w 2014 r. powstał nawet kanał telewizyjny "Fix & Foxi TV", na którym obejrzeć można zupełnie nowe przygody dwóch wesołych lisków.

SIGGI UND BABARRAS
Początkowo komiksowe gazetki Kauki miały być konkurencją dla "Kaczorów Donaldów" - stąd zwierzęcy bohaterowie i amerykański format zeszytów. Od magazynów disnejowskich różniły się tym, że drukowały nie tylko własny materiał, ale także hity z importu, np. "Sprycjana", "Tintina" i "Smerfy". W ten sam sposób na rynek niemiecki trafił także "Asteriks", publikowany od 1965 r. na łamach dwutygodnika "Lupo modern". Z tym, że właściwie był to zgermanizowany produkt asteriksopodobny, bo z prawdziwego "Asteriksa" zostały same rysunki. Kauka zmienił tytuł na "Siggi und Babarras", akcję przeniósł do Bonn, a subtelne francuskie żarciki zastąpił niewybrednym politycznym "humorem". Uderzo z Goscinnym tak się wściekli, że w 1966 r. wytoczyli Kauce proces, wstrzymali mu licencję i zażądali autoryzacji przekładów.


FRITZE BLITZ UND DUNNERKIEL
Kauka chwilowo wylądował na lodzie, ale szybko znalazł rozwiązanie. W zasadzie potrzebował tylko rysunków, więc zlecił je Branimirowi Karabajićowi, i tak oto w 1967 r. powstał niemiecki ersatz "Asteriksa" pt. "Fritze Blitz und Dunnerkiel". Podobni byli bohaterowie, przeciwnicy, a ponoć nawet fabuła. Uderzo z Goscinnym wściekli się jeszcze bardziej i wytoczyli Kauce drugi proces, tym razem o plagiat, ale przegrali. Przedsiębiorczy Niemiec poczuł się tak pewnie, że w czwartym odcinku przywrócił bohaterom stare imiona Siggi i Babarras, śmiejąc się Francuzom w twarz. Ten niechlubny rozdział w historii niemieckiego komiksu do dziś jest przedmiotem dziennikarskich analiz i fanowskich drwin.


HERMANN TEUTONUS
Teraz robi się jeszcze ciekawiej. W 1969 r. Kauka przekazał serię nowemu rysownikowi Riccardo Rinaldiemu, który znacznie lepiej od Karabajića naśladował styl Uderza. Włoski grafik pracował jednak zbyt wolno i magazynowi zaczęło brakować materiału. Wtedy Kauka wpadł na genialny pomysł, żeby braki we własnej podróbie "Asteriksa" uzupełnić... planszami z "Tribunzia", czyli włoskiej podróby "Asteriksa". Na poniższych okładkach z pewnością rozpoznajecie sympatycznego Rzymianina z poprzedniego posta. Tribunzio również został zgermanizowany i przybrał imię Hermann Teutonus. W ten sposób powstał jedyny w swoim rodzaju komiksowy mash-up. Wyglądało to tak, że do obszernych epizodów "Tribunzia" scenarzysta Peter Wiechmann dopisywał po kilka stron z udziałem Fritze Blitza (oczywiście jako "Siggi und Babarras"), a ilustrował je Rinaldi w stylu Cimpellina. Cudowne, prawda?


FUROR TEUTONICUS
Po kilku latach Kauka znów wrócił do tematu. W 1974 r. na łamach kolejnego (a wciąż jakby tego samego) dwutygodnika "Primo" pojawiła się nowa seria "Die Teutonen" alias "Furor Teutonicus", uważana przez fanów za kontynuację "Fritze Blitza".


Scenarzystą znów był Wiechmann, a autorem rysunków Hiszpan Josep Marti, któremu udało się wywindować ten komiks na niebywale wysoki poziom. Kunszt rysownika najlepiej widać na oryginalnych planszach, wywieszonych w serwisie Comic Art Fans. W sieci udało mi się znaleźć tylko jeden kadr w kolorze i wypada on znacznie słabiej niż sama kreska. Aż żal, że ponad sto stron tego komiksu, jakie Marti wykonał w ciągu dwóch lat, nigdy nie doczekało się przedruku w formie albumu.


KNAX
Ostatni komiks, o jakim chciałem dziś opowiedzieć, ukazuje się od 1974 r. na terenie kilku europejskich krajów: od Norwegii po Francję. Producentem "Knaxa" jest studio Kipkakomiks, należące do Freda Kipki, który kiedyś był redaktorem u Rolfa Kauki i wspólnikiem Petera Wiechmanna, a potem wybił się na niepodległość. Seria wydawana jest jako dwumiesięcznik przez Spaarkassen, czyli niemiecki odpowiednik SKOK-ów.


"Knaxowi" znacznie bliżej do kameralnego "Kajka i Kokosza" niż do epickiego "Asteriksa". Miejscem akcji jest wysepka, na której toczy się ciągła awantura między mieszkańcami spokojnego miasteczka i zbójami z warownego zamku. Średniowieczny setting okraszono sporą dawką zabawnych anachronizmów. Disnejowską kreskę i superdynamiczne kadrowanie komiks zawdzięcza hiszpańskim rysownikom, na których Kipka (podobnie jak Kauka) oparł działalność swojego studia.


Na deser zostawiłem ciekawostkę, znalezioną w jednym z numerów "Knaxa", jakie mam w swojej kolekcji. Widoczne poniżej komiksy ukazały się niemal jednocześnie w 1988 r. (pierwsze KAW-owskie wydanie "Wojów Mirmiła), kiedy w RFN odbywały się mistrzostwa UEFA. Wiemy jednak z całą pewnością, że Christa narysował swoją okładkę co najmniej rok wcześniej, o czym Łamignat pisał w artykule z serii "2w1". I co my mamy o tym sądzić?


W następnym odcinku pojedziemy do NRD!