środa, 4 listopada 2020

Tajemniczy drakkar

Jeszcze miesiąc temu okładka albumu "Na wczasach" z 1983 r. znana było tylko w Polsce (tak mi się przynajmniej wydawało). Tymczasem okazuje się, że jej "kopie" od dawna krążą po całej Europie, a nawet poza nią. Na trop tego dziwacznego zjawiska wpadłem jakiś czas temu, kiedy kolega Śmiechosław przysłał mi zdjęcie menu toruńskiej Karczmy Gęsia Szyja. Obrazek jest (mówiąc oględnie) dość podobny do okładki Christy, dlatego początkowo myślałem, że narysował go jakiś polski rysownik. Jednak po szybkim researchu okazało się, że jest to grafika stockowa, zrobiona przez Duńczyka, niejakiego Bo Sechera. Niemal identyczny motyw znalazłem też na pudełku węgierskiej (!) gry planszowej "Vikingdoms" (Królestwa wikingów), zilustrowanej przez Niki Czank z Budapesztu.

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Schemat jest masowo powielany na okładkach rozmaitych książeczek dla dzieci, głównie niemieckich. Spośród kilkudziesięciu bardzo podobnych obrazków wyrzuconych przez googla, wybrałem tylko te najbardziej kajkoszowate, tzn. z biało-czerwonym żaglem, drakkarem zwróconym w prawo i kapitanem na dziobie. Najbardziej oryginalna i nowatorska wydaje się ostatnia okładka, ta z tęczowym żaglem :)

Rynek anglosaski również jest tego pełny. Poniżej kilka przykładów z obu stron Atlantyku.

Ten sam oklepany motyw znajdujemy nie tylko na okładkach książek, ale także na opakowaniach gier i zabawek. Poniżej: klocki i dwie planszówki z Niemiec, a dalej po jednej grze z Brazylii oraz Australii.

A teraz trzy podejrzanie podobne okładki gier z Francji, USA i Szwecji. Pierwszą narysował nasz rodak Tomasz Larek i być może dlatego wódz wikingów łudząco przypomina Jarla Björna z "Na wczasach". Ale najciekawsza jest środkowa, na której drakkar ewidentnie płynie na wstecznym biegu (ponoć było to możliwe, ale raczej na rzekach). Jej autorem jest Jarosław Radeckij z Ukrainy.

Chwileczkę, a co z komiksami? Mniej więcej to samo - nieważne czy to komiks groteskowy czy realistyczny; holenderski, francuski czy japoński. W tej pierwszej kategorii, do której należy również "Kajko i Kokosz", udało mi się znaleźć dwa dość wiekowe przykłady, znacznie starsze od "Na wczasach". Są to: "Johan et Pirlouit" Peyo z 1957 r. (seria z magazynu "Spirou", na łamach której narodziły się Smerfy) oraz okładka magazynu "Pilote" z 1966 r.

Podobne obrazki mógłbym wrzucać w nieskończoność, tylko dlaczego jest ich aż tyle? Czy to wynik lenistwa ilustratorów, którzy tylko przerysowują od siebie nawzajem? A może istnieje jakiś archetypiczny wizerunek wikinga na drakkarze, który tak mocno wrósł w naszą kulturę, że od dziesięcioleci wszyscy się do niego odwołują?

Nie byłbym Kapralem, gdybym nie odszukał owego graficznego "wzorca z Sèvres". Zacząłem od komiksu brytyjskiego, jako że wikingowie stanowią istotną część historii Albionu. Oto co udało mi się wygrzebać. Z lewej strony widzimy magazyn "Look and Learn" z 1962 r. z historią o Leifie Erikssonie (rys. Peter Jackson). Następne dwie okładki mają co prawda napisy w językach germańskich, ale są to przedruki brytyjskiego komiksu pt. "Karl the Viking". Seria ta, rysowana przez Dona Lawrence'a (tego od "Storma"), ukazywała się w latach 1960-64 w magazynie "Lion", a potem wielokrotnie wznawiano ją pod innymi tytułami. Dlatego wiking Karl znany jest także jako Rolf (UK 1966), Erik (UK 1969), Halmar (Holandia, 1973) czy wreszcie Prinz Erik (Niemcy 1982).

Na rynku frankofońskim przygody Karla zaczęły się ukazywać w 1963 r. jako "Erik le Viking". Ale znacznie wcześniej, bo już w połowie lat 50., tutejsze periodyki komiksowe drukowały własne historie o wikingach. Prawdopodobnie najstarszą z nich był bezdymkowy "Ragnar" z magazynu "Vaillant" (1955-1969, Eduardo Teixeira Coelho), drugą zaś "Harald" z konkurencyjnego "Tintina" (1956-1967, Fred i Liliane Funcken).

Scenki z drakkarem można też znaleźć w jeszcze starszych zeszycikach typu Piccolo, popularnych w krajach niekojarzących się z komiksami. W Holandii furorę robił strip "Eric de Noorman" (1946-1964, Hans G. Kresse), a w Niemczech "Sigurd" (1953-1960, Hansrudi Wäscher).

Wszystkie te europejskie komiksy w mniejszym lub większym stopniu inspirowane były przedwojenną amerykańską serią "Prince Valiant", stworzoną przez Hala Fostera w 1937 r. i kontunuowaną do dziś przez kolejne pokolenia artystów. Historia ta zaczyna się w czasach arturiańskich, a następnie płynnie przechodzi do epoki normańskich najazdów. To wybitne dzieło, będące jednym z kamieni milowych sztuki komiksowej, już pod koniec lat 30. miało pierwsze zagraniczne przedruki (np. we Włoszech, Danii, Serbii, Brazylii) - a to w formie prasowych stripów, a to albumów czy zeszycików Piccolo.

Tak oto doszliśmy do najstarszej (chyba) wersji naszego ikonicznego drakkara, jaką można zobaczyć na łamach komiksu. Co prawda kocham komiks, ale trudno mi uwierzyć, że gazetowy strip - choćby i najlepszy - stał się źródłem stereotypu, który przetrwał niemal sto lat. Znacznie bardziej prawdopodobnym tropem wydaje się film, o którym już towarzysz Lenin mawiał, że jest najważniejszą ze sztuk. Pójdźmy tym śladem...

Naszym domniemanym "pacjentem zero" mogła być np. ekranizacja "Prince'a Valianta" z 1954 (w Polsce wyświetlana jako "Niezłomny wiking")... ale na pewno nim nie jest, bo akcja tego filmu rozgrywała się w czasach arturiańskich i drakkara w ogóle tam nie pokazali. Wielka międzynarodowa kariera wikingów zaczęła się dopiero kilka lat później od trzech innych filmów: "The Vikings" z 1958 (Wikingowie), "The Long Ships" z 1964 (Długie łodzie Wikingów) i "Erik il vichingo" z 1965 (nie wyświetlany w Polsce). No i tu mamy 100% trafień, spójrzcie tylko na plakaty.

Okazuje się jednak, że nie były to najstarsze filmy o wikingach. Pierwszą taką hollywoodzką superprodukcję nakręcono aż 30 lat wcześniej, w roku 1928. Był to film niemy, kolorowy (!), nosił tytuł "The Viking" i zaczynał się od drakkara z biało-czerwonym żaglem (kadr po prawej). Czyżby w końcu udało nam się odnaleźć mityczny prawzorzec długiej łodzi wikingów? Oczywiście, że nie.

Jeszcze wcześniej, zanim film zawładnął zbiorową wyobraźnią, tę samą rolę odgrywała ilustracja prasowa. Wikingowie byli tu także obecni... od dawna... a nawet od bardzo dawna. Poniżej dwie ryciny przedstawiające normańskie okręty - pierwsza z roku 1889, druga z 1907. Wizerunki te znacznie się od siebie różnią, choć oba są bardzo charakterystyczne dla swoich dekad. I tu pojawia się pytanie: co takiego stało się pomiędzy rokiem 1889 i 1907, że gazetowi rysownicy przerzucili się z niezgrabnych, pękatych okrętów na obowiązujące do dziś smukłe łodzie z pasiastymi żaglami?

Na trop tego przełomowego wydarzenia naprowadziło mnie kilka ilustracji, zaskakująco do siebie podobnych i przedstawiających... spotkanie drakkara z parowcem. Ryciny pochodzą z roku 1893, obraz z 1898, a uwieczniona na nich nieprawdopodobna sytuacja faktycznie miała miejsce w czerwcu 1893 r. na Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Ameryki Północnej.

By wyjaśnić zagadkę średniowiecznych podróżników w czasie, musimy cofnąć się aż do roku 1879, kiedy to w Norwegii odkryto tzw. łódź z Gokstad. Był to znakomicie zachowany drakkar, ukryty w pogrzebowym kurhanie z IX wieku. Wcześniej nikt tak naprawdę nie wiedział jak wyglądały łodzie wikingów, dlatego w czasach wiktoriańskich ilustratorzy musieli wzorować się na źródłach średniowiecznych (np. na tkaninie z Bayeux), a te - jak się okazało - były mało precyzyjne.

Łódź z Gokstad stała się wielką archeologiczną sensacją tamtych czasów. Z inicjatywy norweskiego Towarzystwa Ochrony Zabytków, drakkar został przewieziony do Uniwersytetu w Christianii (dawna nazwa stolicy), a po odrestaurowaniu udostępniony publiczności. Do dziś można go podziwiać we wzniesionej specjalnie dla niego hali wystawowej w Oslo.

Równocześnie z pracami konserwacyjnymi, w stoczni Rødsverven rozpoczęto budowę w pełni sprawnej repliki statku. Na taki pomysł wpadł kapitan Magnus Andersen, zamierzając udowodnić, iż wiking Leif Eriksson naprawdę mógł dopłynąć drakkarem do Ameryki. Replika, ochrzczona oryginalnym imieniem "Viking", miała reprezentować Norwegię (wtedy jeszcze zależną od Szwecji) na Wystawie Światowej w Chicago w 1893 r. Smaczku sprawie dodawał fakt, że tamta edycja wystawy miała upamiętnić 400-lecie odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. W Norwegii zorganizowano ogólnonarodową kwestę, dzięki czemu udało się na czas ukończyć budowę. 30 kwietnia kapitan Andersen wraz z 11-osobową załogą (wybraną spośród 280 ochotników) wyruszył z Bergen i po przepłynięciu 3000 mil w ciągu zaledwie 27 dni zameldował się najpierw w New Haven w stanie Cennecticut, potem w Nowym Jorku, a następnie Kanałem Erie dotarł do Chicago.

Wizyta norweskiego drakkara wywołała w USA prawdziwą wikingomanię. Gdziekolwiek łódź się pojawiała, witały ją wiwatujące tłumy, fajerwerki, salwy i honorowe eskorty parostatków (to właśnie je widzieliśmy na ilustracjach z 1893 r.). Kapitan Andersen twierdził nawet, że w amerykańskiej prasie ukazało się 30.000 (!) artykułów na ten temat. Dziś o "Vikingu" mało kto już pamięta, ale to właśnie ten statek, z biało-czerwonym żaglem, smoczym łbem na dziobie i ozdobnym ogonem na rufie, funkcjonuje w naszej zbiorowej pamięci jako wzór normańskiego drakkara.

Najzabawniejsze jest jednak to, że prawdziwa łódź z Gokstad (na zdjęciu z lewej) nie miała ani łba, ani ogona (na zdjęciu z prawej), ani nawet jakichkolwiek śladów, świadczących o takich ozdobach. Nie miała również żagla - zachowały się jedynie strzępy jakiejś wełnianej tkaniny w paski, które równie dobrze mogły być czymś zupełnie innym. Wszystkie te najbardziej charakterystyczne i rozpoznawalne atrybuty drakkara, w tym złotego smoka niczym z chińskiej knajpy, dodał... kapitan Magnus Andersen, żeby zrobić większe wrażenie na Amerykanach. I jego plan się powiódł, bo od ponad 120 lat właśnie te trzy nieautentyczne elementy są najchętniej kopiowane (zapewne nieświadomie) przez całe pokolenia grafików, malarzy i filmowców z całego świata. A jednym z nich był nasz ukochany Janusz Christa.

* * *

Post dedykuję Marcinowi i Pawłowi, moim kumplom z podstawówki, z którymi tuż przed pandemią zjadłem w Oslo wieloryba. No, może nie całego, ale i tak poczuliśmy się jak prawdziwi wikingowie.

piątek, 30 października 2020

Kajko i Kokosz zamaskowani

Tydzień temu w trójmiejskiej komunikacji pojawiły się plakaty z Kajkiem i Kokoszem, przypominające pasażerom o zakładaniu maseczek. Kampanię zorganizowała miejska spółka Gdańskie Autobusy i Tramwaje we współpracy z Funkacją Kreska. "Każdy projekt był konsultowany co do najdrobniejszego szczegółu ze znawcami dzieł Janusza Christy" - poinformowała rzeczniczka GAiT.

Na pierwszych rysunkach koncepcyjnych woje Mirmiła nosili przezroczyste przyłbice, żeby łatwiej ich było rozpoznać. Ostatecznie jednak wygrały maseczki - i słusznie, bo w Gdańsku chyba tylko niemowlęta nie znają Kajka i Kokosza.

Gdyby ktoś w tramwaju przegapił plakat, i tak dostanie po oczach filmikiem z ekranu LCD.

Świetnie, że pierwsza kampania społeczna, bazująca na komiksach Christy, zorganizowana została w jego ukochanym Trójmieście. Miejmy nadzieję, że nie ostatnia. A propos, panie prezydencie Karnowski, kiedy wreszcie stanie ta ławeczka na Monciaku?

czwartek, 29 października 2020

Dzionecek śpasów

Oto przykładowe plansze albumu "Dzionecek śpasów", czyli góralskiej edycji "Dnia Śmiechały". Jest to już czwarty tom "Kajka i Kokosza" w podhalańskiej gwarze i podobnie jak poprzednie ("Ogromniasto gońba", "Posiady guślorek", "Wodzicka zdrowości") ten również przetłumaczony został przez Bartłomieja Kurasia. Komiks trafił już do sprzedaży.

środa, 28 października 2020

Kajko i Kokosz bezkonkurencyjni

Egmont opublikował dziś ranking sprzedaży swoich komiksów za ostatnich 10 lat. Na czele Top200 znalazł się "Kajko i Kokosz", zaraz za nim... kolejny "Kajko i Kokosz"... i jeszcze jeden, itd. W pierwszej dziesiątce jest aż 9 "Kajków i Kokoszy" i jeden "Asteriks" (na miejscu 5). Mało tego, wszystkich 20 oryginalnych tomów "Kajka i Kokosza" zmieściło się w pierwszej trzydziestce! Niby wiedzieliśmy, że jest dobrze, ale żeby aż tak? Wow!

wtorek, 27 października 2020

Duńczykom się podoba

Wczoraj na Facebooku udostępniliśmy fragment pierwszej duńskiej recenzji "Kajka og Kokosza", tylko nie wiedzieliśmy skąd ten tekst pochodzi. Sprawa wyjaśniła się dziś rano, gdy szef wydawnictwa Zoom przesłał Egmontowi zrzut. A Egmont przysłał nam. A my Wam:

Spokojnie, my też nie rozumiemy ani słowa. Na szczęście Michael G. Nielsen (Zoom) był tak miły, że przetłumaczył najważniejsze fragmenty na angielski, a my to dla Was tłumaczymy na polski:

Recenzja
Komiks przypomina klasyczne historyjki Goscinnego i Uderzo o Asteriksie. Jednak Christa ma własny styl - kładzie nacisk na komiczne gagi o wpływie czarów i przesądów na losy bohaterów. Jest to i zabawne i ciekawe.

Dla bibliotekarzy
Sympatryczny oldskulowy komiks, rekomendowany do zakupu przez duże biblioteki.

Recenzja ukazała się w biuletynie DBC, samorządowej instytucji wspierającej czytelnictwo. To właśnie na podstawie takich materiałów biblioteki w Danii dokonują zakupów. Jak myślicie, czy "Kajko i Kokosz" trafią pod duńskie strzechy?

piątek, 9 października 2020

Spotkanie z Maćkiem Kurem

Właśnie leci na PyrkOn-line. Oglądajcie!

poniedziałek, 5 października 2020

Ved Triglav og Svarog!

Przed chwilą przyszedł pan kurier i przyniósł przesyłkę z Danii. Zgadnijcie co było w środku? No jasne, "Kajko og Kokosz: Flyveskolen", pierwsze zagraniczne wydanie komiksu Janusza Christy. I to zaledwie cztery dni po premierze! Wzruszenie odbiera mi głos, więc może zamiast gadać, od razu wrzucę zdjęcie.

Jak widzicie, komiks jest o jakieś 5mm wyższy od pierwszych wydań Egmontu, które z kolei są o 5mm wyższe od najnowszych. Poza tym różnic wielkich nie ma, papier jest kredowy, a kolory bardzo wiernie oddane. Z dymków nie rozumiem ani słowa, więc tłumaczenia pana Rune Brandta Larsena oceniać nie będę. Mogę Was tylko uspokoić, że nie ma tu ani Zeusa, ani św. Wita, znanych z wydania angielskiego. Są za to Triglav i Svarog, Lel i Polel, a nawet Svantevit i Perun. Proszę uprzejmie, oto dowód:

Żeby duński czytelnik nie pogubił się w tych egzotycznych zaklęciach, na końcu albumu wydrukowano przypisy, wyjaśniające potomkom Wikingów zawiłości słowiańskiej mitologii. Mistrzostwo świata! Jest również zapowiedź kolejnego albumu "Kajka og Kokosza", o miłym sercu każdego Duńczyka tytule "Vikingerne". Decyzja o zmianie kolejności tomów (drugi powinien być "Wielki turniej") wydaje się znakomitym marketingowym posunięciem.

Z dymków udało mi się jeszcze wyczytać imiona bohaterów drugoplanowych: Łamignat = Benknuslav, Mirmił = Pacifislav, Lubawa = Elskinia, Gdaś = Kagle, a reszta jest zgodna z polskim oryginałem. Ciekawe jak w następnym tomie tłumacz poradzi sobie z Jarlem Björnem :) À propos, duńską edycję zabawnie skomentował Tomasz Wilczkiewicz, rysownik z tygodnika "Angora". Obrazek w dużej rozdzielczości dostaliśmy od autora dzięki pośrednictwu Sławka Kiełbusa. Wielkie dzięki!

niedziela, 27 września 2020

Konkurs dla poliglotów

Wczoraj był Europejski Dzień Języków, o którym chyba nikt nie słyszał, może poza adminami oficjalnego profilu "Asteriksa". Z tej okazji przygotowali oni zestawienie 14 wersji językowych tego samego kadru (w tym wersję polską), a jest to zaledwie drobny odsetek, bowiem komiks ukazał się w 111 (!!!) językach i dialektach. Wprawdzie "Kajko i Kokosz" nie może pochwalić się aż takim dorobkiem, ale okrągłą dziesiątkę udało się uzbierać. Jesteście w stanie je rozpoznać? Rozwiązania zagadki wpisujcie w komentarzach do tego posta. Zwycięzca dostanie tradycyjny uścisk dłoni... oraz grę karcianą "Kajko i Kokosz: Szkoła latania" Egmontu. No to zaczynamy. Podpowiedzi znajdziecie na naszym blogu.

EDIT: I już po konkursie. Koledze Mamoniowi odpowiedź zajęła zaledwie 3 kwadranse. Brawo, oto zasłużony uścisk dłoni, w sprawie gry poprosimy o maila.

Aha, jeśli ktoś nie mógł rozpoznać języka nr A, to pochodzi on z gry komputerowej, a nie z komiksu, natomiast język nr G jest oczywiście nie tylko góralski :)

piątek, 25 września 2020

Pikseloza za grube funciaki

Witajcie po wakacjach, drodzy christomaniacy. W tym roku nie wywiesiliśmy świętego napisu i to był błąd, bo już zaczęły krążyć pogłoski o śmierci bloga. Nic z tych rzeczy! Jesteśmy, działamy i trzymamy rękę na pulsie. Na przykład wczoraj dostaliśmy cynk, że zagraniczna kariera Kajka i Kokosza rozwija się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Otóż niejaki Simon Butler z Liverpoolu, weteran grafiki do gier komputerowych, spikselizował Kajka i Kokosza - o dziwo komercyjnie. Obrazek oferowany jest na stronie internetowej artysty za "jedyne" 15£, wśród portretów takich gwiazd jak Abba, Hellboy czy R2D2.

Kajka i Kokosza można też sobie zafundować na kubeczku (10£), na płótnie (20£) albo na koszulce (25£). Komplecik razem z dostawą 79£. Są chętni?

Pozostaje jedno pytanie: skąd panu Butlerowi przyszło do głowy, żeby pikselizować nieznane postacie z Europy Wschodniej? Być może ktoś podsunął mu ten pomysł podczas warszawskiej imprezy Pixel Heaven, na której grafik gościł w ubiegłym roku.

A teraz będzie akcent patriotyczny. Otóż nasz rodak Jarek "Odyniec1" Wyszyński prawie 30 lat temu spikselizował Kajka i Kokosza w 4 kolorach (!), a na dotatek w ruchu. Niestety, nie zarobił na tym ani funciaka. Efekty jego pracy możecie zobaczyć tutaj.

piątek, 31 lipca 2020

Kajko og Kokosz: Flyveskolen

Duńskie wydanie "Szkoły latania" jest już dostępne w przedsprzedaży... oczywiście w duńskich księgarniach (np. William Dam, Plusbog). Komiks ukaże się 1 października 2020 pod tytułem "Kajko og Kokosz: Flyveskolen". Wydawnictwo Zoom udostępniło nie tylko front, ale i tył okładki, z którego możemy wyczytać, że imię Mirmiła po mistrzowsku przetłumaczono na Pacifislav.


Wojtek Obremski wypatrzył gdzieś (lecz nie wiadomo gdzie), że "Wielki turniej" ma się ukazać za rok, 21 września 2021. Trzymajmy kciuki, żeby seria przyjęła się w Skandynawii.

sobota, 25 lipca 2020

Pocztówka z dalekiej podróży

Wczoraj ze skrzynki na listy wyjąłem pocztówkę. Nie była to ani reklamówka wyborcza, ani podziękowanie ze schroniska dla zwierząt, ani nawet monit z gazowni, tylko najzwyklejsza w świecie oldskulowa "odkrytka". Szczerze mówiąc, nie pamiętam kiedy po raz ostatni dostałem coś takiego. Żeby było jeszcze dziwniej, pocztówka pochodzi z roku 1977, czyli szła do mnie ponad 40 lat. I to wcale nie jest zły wynik - zwłaszcza, że Arek z Gdyni wysłał ją z innego wymiaru! Przeczytajcie zresztą sami (dane osobowe usunąłem z powodu RODO).


Nie mam pojęcia w jaki sposób Arkowi udało się dotrzeć tak daleko wstecz i w bok. W odkrytym przez niego równoległym świecie Christa nigdy nie przestał być gwiazdą "Wieczoru Wybrzeża", zapewne dostał od redakcji cały zestaw jubileuszowych medali (w naszym świecie mógł o nich tylko pomarzyć) i pewnie wcale nie przeniósł się do "Świata Młodych". O dziwo, nasza poczta uznaje "ich" znaczki z Kajtkiem i przystawia na nich swoje stemple! Może po prostu wiedzą, że tamten świat jest prawdziwszy od naszego?


Od razu uprzedzę pytania: wszystkie powyższe zdjęcia są autentyczne. Pocztówka ze znaczkami istnieje naprawdę, przyszła pocztą i jest w moim posiadaniu. Przecież dzisiaj nie jest 1 kwietnia.

niedziela, 19 lipca 2020

10 lat minęło

Dokładnie 10 lat temu, 19 lipca 2010 na minutę przed północą kolega Hegemon opublikował pierwszy post na naszym blogu. Niechcący (a może podświadomie) zrobił to w urodziny Janusza Christy i od tej pory wspólnie z naszym patronem obchodzimy rocznice. Z okazji dzisiejszego okrągłego jubileuszu postanowiłem wrócić do tamtego inauguracyjnego posta, poświęconego programowi teatralnemu "O dwóch takich co ukradli księżyc". Wydawać by się mogło, że na ten temat wszystko już zostało powiedziane... a tu niespodzianka! Jakiś czas temu Jacek Lanski zdobył nieco inną, i co ciekawe - STARSZĄ wersję tego komiksu, niż te dwie, o których pisaliśmy 10 lat temu.

Na zdjęciach broszurka wygląda identycznie jak pozostałe wydania, ale w realu już na pierwszy rzut oka można ją bardzo łatwo odróżnić. Okładkę wydrukowano bowiem nie na kredzie, ale na matowym offsecie.


Strona tytułowa i sam komiks też wyglądają identycznie, rok wydania jest ten sam (1983), ale różnice zaczynają się na stronie z obsadą spektaklu. Jak widzicie, rolę Nauczyciela i jednego z Karczmarzy miał zagrać Florian Staniewski, ale zastąpił go Ryszard Jaśniewicz, co poprawiono w typowy dla takich publikacji sposób, czyli za pomocą pieczątki.


Poniżej znajdziecie tę samą stronę z wydania "standardowego". Okazuje się, że zmiana obsady nie była chwilowa. W tej wersji programu (zapewne późniejszej) nazwisko Jaśniewicza jest już normalnie wydrukowane, chociaż nieco drobniejszą czcionką, co od razu wyłapie wprawne kolekcjonerskie oko.

Kolejna zmiana pojawia się w stopce na wewnętrznej stronie okładki. Obie wersje wydrukowały Państwowe Zakłady Graficzne w Gdańsku (PZG), ale inne były numery zamówień i cenzorzy. W wydaniu "standardowym" (poniżej) numer zamówienia to 2099/83, natomiast cenzor ma sygnaturę D-1.


Tymczasem w egzemplarzu Jacka Lanskiego numer zamówienia jest znacznie niższy, a mianowicie 389/83. Inny jest także cenzor, tym razem podpisany kryptonimem D-13.


Wszystkie te drobne detale wskazują, że mamy tu do czynienia z zupełnie innym, zapewne o kilka miesięcy wcześniejszym wydaniem, a nie np. z drukiem testowym. Nie bardzo tylko wiadomo jak zinterpretować nakład 20.000 egz., podany w obu wersjach. Czy każde z tych zamówień drukarnia zrealizowała w tak dużej ilości, czy też był to nakład łączny dla obu wersji? Sporo przemawia za tą pierwszą opcją, ale jeśli tak, to co stało się z 20.000 broszurek z pieczątką, skoro dzisiaj są taką rzadkością? Poszły na przemiał czy raczej drukarnia nie wykonała całego zamówienia z powodu zmiany aktora? Tak czy inaczej, sprawdźcie swoje egzemplarze, bo może się okazać, że będziecie musieli uzupełnić swoje kolekcje. A kto wie czy przy okazji nie natkniecie się na jeszcze inne wersje programów.

No to do następnego odkrycia, kochani! Przecież bez Waszej pomocy nie mielibyśmy o czym pisać przez te 10 lat :)

piątek, 17 lipca 2020

Poznański Kajko i Kokosz

Z okazji premiery komiksu "Kaju i Kokot: Lania lotania", czyli pyrlandzkiej wersji "Szkoły latania", chciałbym przypomnieć, że związki "Kajka i Kokosza" z Poznaniem sięgają wczesnej epoki gierkowskiej, kiedy to przeciętny polski dzieciak nie miał o tym komiksie zielonego pojęcia (oczywiście za wyjątkiem dzieciaków z Pomorza, które codziennie śledziły ich przygody na ostatniej stronie "Wieczoru Wybrzeża"). W tych właśnie smętnych czasach dwie popołudniówki na dwóch różnych krańcach PRL-u nagle zaczęły przedrukowywać historyjki o dzielnych wojach i świat od razu stał się tam piękniejszy. Pod koniec maja 1973 łódzki "Express Ilustrowany" wystartował ze "Złotem Mirmiła", a dwa miesiące później w "Expressie Poznańskim" ukazał się pierwszy odcinek "Szranków i konkurów". Poniżej przedstawiam ówczesne logo ekspresiaka i zwiastun z 25 lipca 1973 (środa).


O ile w Łodzi "Złoto Mirmiła" pojawiło się dopiero po zakończeniu druku w "Wieczorze Wybrzeża" (dokładnie tydzień później, zapewne tyle czasu komplet oryginałów szedł pocztą), to w Poznaniu odcinki "Szranków i konkurów" ukazywały się niemal równocześnie z publikacją gdańską, z zaledwie dwumiesięcznym poślizgiem. W "Wieczorze" serial zadebiutował 29 maja, a w "Expressie" 28 lipca. Ostatni poznański pasek ukazał się w środę 18 grudnia 1974, ale czytelnicy nie musieli długo czekać na ciąg dalszy, bo już w sobotę 21 grudnia pojawiła się zapowiedź następnej opowiastki.


I rzeczywiście, w Wigilię 1974 roku pyrlandzkie dzieciaki dostały od redakcji niesamowity prezent w postaci pierwszego odcinka "Wojów Mirmiła". Jak łatwo policzyć, ten komiks także ukazywał się niemal równocześnie w Gdańsku i Poznaniu, z pięciomiesięcznym poślizgiem. Paskudne słowo "koniec" padło 9 stycznia 1976, ale tym razem poznaniacy wcale nie musieli czekać na kolejną część. Kilka miesięcy wcześniej na łamach ogólnopolskiego "Świata Młodych" zadebiutował bowiem nowy "Kajko i Kokosz", i to w kolorze! Była to zresztą ta sama historia, którą teraz Juliusz Kubel przetłumaczył na gwarę poznańską (podobno znakomicie, jak twierdzą tubylcy).

Chcielibyście zapewne zobaczyć jak wyglądały odcinki z "Expressu Poznańskiego". Mam tylko trzy takie eksponaty (na zdjęciu poniżej). Jak widać, od oryginalnych pasków z "Wieczoru Wybrzeża" (ostatni) różniły się kolorem winietki i... jakością druku, niestety.


Tym właśnie trzem poznańskim paskom zawdzięczam prawdziwy przełom w mojej kolekcjonerskiej "karierze". Zanim się na nie natknąłem, a było to chyba wiosną 1974, przez niemal rok żyłem w błogim przeświadczeniu, że Janusz Christa jest łodzianinem i narysował tylko jeden komiks pt. "Złoto Mirmiła". Jakież było moje zdziwienie, kiedy w sklepie zoologicznym mojego dziadka znalazłem pomięte "Expressy Poznańskie" z nieznanymi przygodami Kajka i Kokosza! Okazało się, że jakiś akwarysta z Wielkopolski owinął w te gazety słoiki z rybkami i wysłał je do Łodzi. Dzięki temu rybki nie zmarzły, a ja przeżyłem największe olśnienie w moim krótkim wówczas życiu. Od tego czasu nie przestaję tropić wszelkich przejawów twórczości Christy, i to dość skutecznie, czego ten blog jest najlepszym potwierdzeniem.

Pamiętam, że długo studiowałem te dziwne poznańskie odcinki, aż w końcu uznałem, że muszą one pochodzić z tej samej historyjki, co ilustracje do zwiastuna "Robota BX-27" (poniżej, "Express Ilustrowany" 25 i 27 kwietnia 1974). Do tej pory nie wiem dlaczego redakcja łódzkiej popołudniówki wykorzystała wikingów Złotowłosego Rangara, żeby zareklamować komiks o kosmosie. Kiedyś będę musiał rozwikłać i tę zagadkę.



UWAGA. Pełny spis przedruków Christy na łamach rozmaitych lokalnych gazet znajdziecie w poście "Kajtek-Majtek śląsko-lubelski".