środa, 11 marca 2020

Pamiętniki pana cenzora

Stopka redakcyjna "Rozprawy z Dajmiechem". Na żółto zaznaczony nakład i sygnatura cenzora.
Nakłady wydawanych w PRL-u komiksów mogą przyprawiać dzisiejszych twórców o kompleksy. Jeśli wierzyć stopkom redakcyjnym, przeciętny KAW-owski album Christy miał 240 tys. egzemplarzy, a rekordowa "Rozprawa z Dajmiechem" (1987) aż 400 tys. Na końcu artykułu Arka z Gdyni pt. "Kryptonim Walizka 2" postawiłem hipotezę, że te astronomiczne liczby miały niewiele wspólnego z rynkiem czy możliwościami, stanowiły bowiem... zapis cenzorski. Mogły być jedynie ilościami maksymalnymi, dopuszczonymi przez urząd na ul. Mysiej i niekoniecznie były potem realizowane przez drukarnie.

Marcin Wolski opowiadał kiedyś, że każdy jego program kabaretowy był zatwierdzany przez cenzora według prostego klucza: im większa widownia, tym mniej wolno powiedzieć. Jeśli występ miał się odbyć w Domu Kultury, cenzor przepuszczał prawie wszystkie skecze, a jeśli w amfiteatrze, to tylko te najbardziej "niewinne". I zawsze na sali siedział jegomość, który pilnował czy kabareciarz nie wychodzi poza dozwolony tekst.

W działalności wydawniczej odpowiednikiem widowni był oczywiście nakład. Za jego pomocą łatwo dało się regulować przepływ i zasięg niepożądanych treści, zostawiając jednocześnie wąski "wentyl bezpieczeństwa". Polskie komiksy miały niewielką szkodliwość, więc zapewne żadnych ograniczeń nie stosowano, a ich gigantyczne nakłady podbijały oficjalne statystyki czytelnictwa dzieci i młodzieży. W nowym raporcie z badań Arka znajdziecie nie tylko dowody na ręczne sterowanie nakładami, ale też kuriozalny przykład zainteresowania cenzury komiksem oraz usunięty rysunek jednego z naszych Wielkich Mistrzów. Zapraszamy do lektury.


* * *
Zanurzyłem się ostatnio w dokumentach wojewódzkiej cenzury w Gdańsku z lat 1955–1971, przechowywanych przez Archiwum Państwowe w Gdańsku. Okazuje się, że cenzorzy pieczołowicie zbierali swoje prasowe ingerencje i układali je w formie albumów z wycinkami, przedstawiającymi stan "przed" i "po". Przejrzałem kilka dostępnych albumów z lat 1960–1962. Jest tam oczywiście mnóstwo ciekawostek społecznych i prasoznawczych, ale niestety ani śladu Christy. Gdańskie archiwum jest dość wyrywkowe, zwłaszcza na tle obszernych akt cenzury rzeszowskiej, udostępnionych w formie skanów przez rządowy serwis "Szukaj w archiwach". Oglądając cenzorskie poprawki z prasy podkarpackiej, choćby w świątecznych rysunkach z dziennika "Nowiny Rzeszowskie" (organ prasowy Komitetu Wojewódzkiego PZPR), można poznać zakres urzędniczej paranoi.

Lewy wycinek z dowcipami - przed ingerencją cenzora; prawy - po ingerencji.

Rzeszowski zbiór "Ingerencji w publikacjach nieperiodycznych" posiada też ciekawe druki, wypełniane przez cenzorów podczas oceniania konkretnych publikacji. Są w nich m.in. rubryki: "wysokość nakładu a) zgłoszonego, b) faktycznego". Na zielonym formularzu widać, że liczby te nie zawsze się pokrywały, przy czym nie chodzi o rozbieżności rzędu kilkudziesięciu egzemplarzy, ale sięgające połowy nakładu. Pierwszy z poniższych dokumentów, dotyczący druku kalendarza przez Komendę Wojewódzką MO, można interpretować rozmaicie, np. milicja chciała wydrukować więcej, ale brakowało papieru. Jednak na drugim skanie, w opisie przypadku książki "Paroksyzm" Józefa Łozińskiego (wyd. Ossolineum, Wrocław 1976), cenzura wprost stwierdza, iż:
"Publikacja ta ze względu na niekorzystne rozważania filozoficzne na temat naszej współczesnej rzeczywistości i małą przydatność społeczną po uzgodnieniu z wydawnictwem ukaże się w obniżonym nakładzie 4.000 przy zgłoszonym 10.000."
Potwierdza to zatem intuicję Kaprala, przynajmniej co do mechanizmów szkodzenia: cenzura mogła nie dopuścić publikacji do druku, albo sztucznie zdławić nakład.


Ten ostatni dokument pochodzi z cyklicznego sprawozdania pt. "Informacja o ingerencjach", które rzeszowska Delegatura wysyłała do centrali GUKPPiW w Warszawie. Na podstawie takich raportów z całej Polski urząd przy ul. Mysiej wydawał maszynopisowy "Przegląd ingerencji". W 4. numerze tego cenzorskiego biuletynu z 22.03.1969, w rozdziale "Nielegalna działalność wydawnicza" (skan poniżej) czytamy:
"W ostatnim okresie ujawniono w warszawskich antykwariatach (zwłaszcza w tzw. »sprzedaży bazarowej«) pewne ilości komiksów, drukowanych w Polsce na zlecenie kontrahentów zagranicznych. Komiksy te najprawdopodobniej pochodziły z kradzieży, w związku z czym zainteresowano sprawą odpowiednie czynniki."
Słowa te cenzura kierowała do odbiorców na wysokich szczeblach, wyraźnie sugerując im, że milicja powinna przeciąć w zarodku zainteresowanie polskich dzieci zachodnimi komiksami.


Przypomniało mi to wywiad pułkownika Krupki dla "Przekroju", z którego wynikało, że właśnie te wypływające na lewo z drukarni "klassikery" miały być powodem, dla którego Żbiki publikowano w formie "kolorowych zeszytów", a nie np. jako rubrykę w "Świecie Młodych". "Na Bazarze Różyckiego pokazały się [w 1967 roku] komiksy z Tarzanem. Były drukowane w Polsce na zachodnie zamówienie. Część nakładu trafiała na bazar. Komiksy były nowością, która spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem" - tłumaczył pułkownik Alexowi Kłosiowi.


Na początku lat 70. "Przegląd ingerencji" przybrał formę quasi-dwutygodnika pt. "Informacja", z porządną okładką, powtarzanym co miesiąc układem rubryk itp. Miał nakład ok. 100 numerowanych egzemplarzy i trafiał do oddziałów cenzury oraz komitetów wojewódzkich partii. W numerze z 1974 roku znalazłem rysunek Jerzego Wróblewskiego, "wyeliminowany" (żargon cenzury) z łódzkiego tygodnika satyrycznego "Karuzela". Ciekawe czy eliminowano przez wyrzucenie do kosza, czy zwrot do autora? Zapewne Maciej Jasiński, autor książki "Jerzy Wróblewski okiem współczesnych artystów komiksowych", będzie coś wiedział na ten temat.


I to tyle na dziś. To nie koniec moich badań nad procesem wydawniczym w PRL i jeśli tylko "Na plasterki!!!" zechcą znów użyczyć mi swoich łamów [NP: oczywiście, że chcemy!], chętnie podzielę się kolejnymi wykopaliskami z archiwów.

Arek z Gdyni

1 komentarz:

  1. W połowie lat 90-tych ubiegłego wieku pracowałem w rzeszowskim dzienniku, konkurencyjnym wobec ukazujących się od lat "Nowin Rzeszowskich". Część zespołu, zarówno redakcyjnego jak i technicznego, stanowlii ludzie podkupieni właśnie z "Nowin" jak też z, wtedy już zdychającego komunistycznego molocha, Rzeszowskich Zakładów Graficznych. Miałem wtedy okazję, na papierosku, rozmawiać z panem który wiele lat spędził "na druku" w RZG i sporo ciekawych rzeczy mi zdradził ( również na temat drukowanych tam komiksów,bo - owszem - drukowano je i tam). Na podstawie tych jego "zeznań" mogę stwierdzić, ze mityczne nakłady w PRL-u istniały wyłącznie w stopkach, a dziś w wypełnionych nostalgią głowach czytelników i żyjacych autorów. Nie wiem, jak to było z czynnikiem cenzorskim, ale nakłady w drukarniach stanowiły podstawę premii pracowników - im wyższe, tym premie większe.Oczywiście, na papierze, jak wiekszość działań ówczesnej "gospodarki dobrobytu". Realia były inne. Jak zdradził mi pan drukarz, w RZG pracowali na maszynach kupionych w RFN (dzisiaj Niemcy), w epoce Gierka, był to sprzęt owszem, na owe czasy nowoczesny, ale intensywnie używany, gdy kredyty walutowe się pokończyły, w latach 80-tych i później ten sprzęt, bez serwisu i części zamiennych (dewizowych), ledwo zipiał. Każdy nakład drukowany tam, a zapewne i w innych tego typu drukarniach, zaczynał i kończył się tak samo. Pierwsze parę tysiecy sztuk lądowało w koszu - rozjechane, zalane kolory, złe spasowania, zdarte arkusze itp. Spora część nakładu "znikała", wynoszona bokiem przez pracowników (oczywiście,tylko w przypadku pozycji atrakcyjnych, które dawały się opchnąć na boku, na wolnym rynku). Do tego należy dołożyć permanentne braki papieru ( jak zresztą wszystkiego w PRL-u. Tu mała dygresja: zawsze mnie dziwi, ze ludzie z nostalgią wspominający te "milionowe nakłady", mają na pewno świadomość, ze w PRL nie sposób było kupic ... papieru toaletowego. Czemu więc przyjmują, ze kraj nie potrafiący wyprodukować papieru do dupy w odpowiedniej ilości mógł drukowac miliony np. Żbików?) Reszta produkcji trafiała na rynek. Ale, jak usłyszałem (co, biorąc pod uwagę wszystko powyższe, dziwić nie powinno) jeśli w stopce było np.100 tysięcy to naprawdę wyprodukowano w najlepszym razie połowę, a najczęściej znacznie mniej. Z tej "połowy" odliczamy braki i to, co wyniesiono "prywatnie" i mamy rzeczywisty nakład na rynku.Np. "Kajka i Kokosza","drukowanego" w "pół milionie egzemplarzy", którego ciężko było dostać. W kiosku niedaleko mojego domu zjawiał sie jeden egz. i od razu lądował w tzw.teczce (kto pamięta? :-) Od tych stu mitycznych tysiecy zakład wypłacał premie, te sto tysięcy figurowało w załozeniach planów kwartalnych i sprawozdań, a przecież wszyscy wiedzieli, ze rzeczywistość za oknem była zupełnie inna. Ciagle ta sprawa wraca w różnych wspomnieniach, wywiadach, analizach, porównaniach typu: "Wtedy było tak zajebiście, tyle sie drukowało, a teraz tak mało". Jasne, nawet jeśli przyjąć, że nie 100 tysiecy a np. 30, to i tak jest to liczba imponująca, dziś trudno osiągalna, nawet dla wznowień klasyki, w tym i "KiK". Jednakże, za każdym razem dziwię się, słysząc ludzi wspominających z rozżewnieniem "milionowe" nakłady ówczesnych komiksów,traktujacych te wspomnienia jako coś absolutnie rzeczywistego! Co skonfrontowane z powszechną świadomością, iż PRL składał się praktycznie z samych braków: braku butów,masła, mięsa,zeszytów,kosmetyków, mydła,samochodów, mieszkań... Wszystkiego! Daje to obraz jakiejś schizofrenii - wszystkiego brakowało, tylko komiksów było w bród!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga! Nie mamy możliwości przenoszenia komentarzy pomiędzy postami. Jeśli więc Twój komentarz dotyczy innego wpisu, po prostu nie zostanie opublikowany.