wtorek, 30 sierpnia 2016

Druga młodość weteranów

Premiera "Obłędu Hegemona" zbliża się wielkimi krokami. Wiadomo, że w skład albumu wejdą historyjki o Zbójcerzach, Łamignacie, Milusiu i dzieciństwie Kajka i Kokosza (czyli trzy spin-offy i jeden prequel), oraz że żaden z czterech rysowników nie będzie naśladował stylu Christy. Brzmi to strasznie po amerykańsku, a przecież my, Europejczycy ponad wszystko cenimy komiks autorski... Czyżby? Tak może było kiedyś, ale dziś w komiksie franko-belgijskim widać zupełnie nowe trendy. Omówię je na przykładzie kilku najstarszych serii humorystycznych, i nie mam tu na myśli "Asteriksa" (1959) albo "Smerfów" (1958), tylko prawdziwych weteranów, pamiętających II wojnę światową.

Jak zapewne wiecie, matką i ojcem komiksu europejskiego jest "Tintin" (1929). Seria dokonała żywota w 1976 r. i przez następnych 35 lat spokojnie leżała sobie w trumnie, a to dzięki właścicielom praw autorskich (Moulinsart SA), którzy w "trosce" o czystość spuścizny Hergé'go blokują wszelkie kontynuacje, parodie, a nawet fanarty. Parę lat temu pojawił się jednak wielki wyłom w ich ultra-zachowawczej polityce. Firma dała się przekupić Spielbergowi i pozwoliła mu radykalnie odświeżyć wizerunek Tintina, bardzo już archaiczny. Trzeba przyznać, że Amerykanom udało się to wyśmienicie.



Ekranizacja nie spowodowała wprawdzie wysypu nowych albumów "Tintina", ale dała impuls innym wydawcom. Wydaje się, że to właśnie od tego momentu na konserwatywnym europejskim rynku zapanowała moda na publikowanie nowych przygód starych bohaterów, ale w nowocześniejszej i bardziej realistycznej stylistyce. Takie "podrasowane" komiksy nie zastępują głównych serii (wciąż rysowanych po bożemu, zgodnie z oryginałem), ale funkcjonują równolegle z nimi. Pionierami na tym polu są: "Spirou" (1938, ponad 50 albumów), "Suske en Wiske" (1945, ponad 260 albumów) i "Lucky Luke" (1946, ponad 70 albumów).

W 2011 roku, a więc równocześnie z "Tintinem" Spielberga, wydawnictwo Dupuis uruchomiło serię "Le Spirou de...", gdzie w miejsce kropek wpisywane są nazwiska kolejnych twórców, zmieniających się niemal co album (m.in. Yann, scenarzysta spin-offów "Thorgala"). Pierwszych 9 tomów utrzymanych było w stylistyce groteskowej, choć za każdym razem innej i raczej odległej od kreski Franquina czy Jijé'go. Prawdziwy przełom nastąpił wraz z tomem 10, autorstwa duetu Frank/Zidrou. Poniżej zestawiłem okładkę typowego "Spirou" z głównej serii z wersją eksperymentalną, niemal w 100% realistyczną.


Podobny zabieg, ale na znacznie większą skalę, zastosowano nieco wcześniej w sztandarowej flamandzkiej serii dla dzieci "Suske en Wiske". W 2013 r. zaczął się ukazywać pół-realistyczny, 6-częściowy spin-off, czy raczej sequel pt. "Amoras", o którym obszernie pisaliśmy tutaj. Projekt był ryzykowny, ale okazał się wielkim sukcesem. Czwarty tom serii zdobył nagrodę Fnac, piąty nagrodę im. Willy Vandersteena, po szóstym ukazał się jeszcze sourcebook, a w planach jest nowa seria pod roboczym tytułem "Kronieken Amoras".


Rok po premierze "Amoras" wydawnictwo Standaard Uitgeverij wypuściło kolejny 6-częściowy cykl "J.ROM: Force of Gold", tym razem o przygodach potężnego Jeroma, zwanego Złotym Kaskaderem. Jest to postać drugoplanowa z "Suske en Wiske" (powyżej na okładce "Expeditie Robikson"), ale na tyle ważna, że w latach 1962-1986 miała własną podserię, liczącą ponad 130 albumów. Teraz Jerom doczekał się realistycznej wersji superbohaterskiej jako J.ROM. Technicznie jest to więc reboot spin-offu, czyli mniej więcej tak, jakby Egmont najpierw wydał osobną serię o Łamignacie, a potem ją zamknął i otworzył na nowo, ale już w stylu "Thorgala".


W 2016 r. do grona eksperymentatorów dołączyło wydawnictwo Dargaud z pół-realistycznym albumem "L'Homme qui tua Lucky Luke" (Człowiek, który zabił Lucky Luke'a). Na razie nie wiadomo czy projekt będzie kontynuowany. Wydawca określa komiks bezpiecznym mianem "hołdu Matthieu Bonhomme'a dla Morrisa", ale chodzą słuchy, że ma to być pierwsza część cyklu "Lucky Luke vu par...", wzorowanego na "Le Spirou de...".


Na powyższych przykładach wyraźnie widać, że nowa formuła "dorosłych komiksów dziecięcych" charakteryzuje się nie tylko bardziej realistycznym rysunkiem, ale też znacznie ostrzejszymi scenariuszami, ze sporą dawką przemocy i seksu. Oferta ta skierowana jest do starszych czytelników, którzy co prawda pamiętają daną serię z dzieciństwa, ale z niej wyrośli. Nie jest to oczywiście pierwszy pomysł na dopasowanie poczytnego tytułu do różnych grup wiekowych (słowo klucz: segmentacja rynku). Na podobnej zasadzie od lat w komiksie franko-belgijskim funkcjonują podserie dla najmłodszych, typu "Le Petit..." albo "... Kids".

Polityka Egmontu wobec "Kajka i Kokosza" nie wydaje się na tle Europy niczym nadzwyczajnym, ani tym bardziej kontrowersyjnym. Rozmaite spin-offy, rebooty i originy, często różniące się stylem od oryginału, stają się normą na rynku zachodnioeuropejskim. Tylko czy w polskich warunkach to się sprawdzi i przełoży na renesans serii Janusza Christy? Trzymajmy kciuki, żeby tak się stało.

PS. Nie lękajcie się! Pierwsza ilustracja nie pochodzi z "Obłędu Hegemona", tylko z komiksu Arka "Kirkora" Klimka pt. "Maczuga Łamignata".

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Hegemonów dwóch

Tu i ówdzie słychać narzekania, że na okładce "Obłędu Hegemona" wykorzystano zwykły kadr z komiksu. To nieprawda. Żeby przeciąć spekulacje, przedstawiamy oryginał kontrowersyjnej ilustracji. Jest to dość duży obrazek, wykonany przez Christę tuszem na kalce. Znaleziony został po śmierci rysownika, wraz z całą serią podobnych powiększonych kadrów. Nie mamy pojęcia do czego miały służyć, dlatego roboczo nazwiemy je puzzlo-pocztówkami. Pokazywaliśmy je już na naszych konwentowych spotkaniach i wystawach, a także omawialiśmy na blogu, m.in. w tym poście. Puzzlo-pocztówki charakteryzują się niezwykle precyzyjną, gęstą kreską ze śladami scratchboardu ("białe" kreski wykonane żyletką na tuszu, przykłady tutaj), którą to technikę Christa stosował na początku lat 90., zainspirowany przywiezionymi z Francji komiksami Paolo Serpieriego.


A tu widzimy prawdziwy fragment "Festiwalu czarownic", który posłużył Chriście za wzór. Różnice są spore. Komiks, jak zapewne pamiętacie, powstał w 1981 r., natomiast puzzlo-pocztówka co najmniej 10 lat później, po "Borostworach" i "Mirmile w opałach", gdzieś tak w okolicach "Polbidy".


Na koniec porównamy rozmiar oryginałów obu wersji. Okazuje się, że na rysunku z lat 90. komiksowe kadry zostały powiększone więcej niż dwukrotnie. Christa lubił tworzyć na bristolu lub kalce w formacie od B4 do A3, i taką właśnie wielkość mają zarówno połówki plansz jego komiksów, jak i puzzlo-pocztówki.

wtorek, 16 sierpnia 2016

(FANART) Nawrót Ruduchy

Artur Ruducha po raz kolejny z troską pochyla się nad kontynuacją "Kajka i Kokosza". Czy i Wy macie wrażenie, że "Obłęd Hegemona" to najbardziej wyczekiwany komiks świata?

piątek, 12 sierpnia 2016

700

Tadaaam!!! To już siedemsetny post na naszym blogu. I to jaki - z okładką nowego albumu o Kajku i Kokoszu. Radujcie się, czytajcie informację prasową Egmontu, a my idziemy świętować.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Relax - Antologia

Wiemy już jak będzie wyglądała antologia komiksów z "Relaxu". Okładka bardzo nam się podoba, a najbardziej kadr z "Pana Paparury" (chociaż Hrabina wciąż paraduje w staniku, a nie topless, jak chciał Christa). Tytuły paru innych historyjek, które wejdą w skład 160-stronicowego albumu, znajdziecie na stronie KŚK. Premiera na MFKiG, czyli już za dwa miesiące.

środa, 20 lipca 2016

Obłęd Hegemona

Egmont właśnie opublikował listę wrześniowych zapowiedzi. Wśród nich znajduje się pierwszy tom z serii "Kajko i Kokosz - Nowe przygody", a jego tytuł brzmi ... (fanfary) ... "Obłęd Hegemona". A więc stało się, klamka zapadła. Hurra!!! Premiera 14 września, objętość 40 str., oprawa miękka, cena 19,99 zł. Dalsze szczegóły tutaj i tutaj.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Drugie urodziny

W sobotę 16 lipca odbyły się drugie (a właściwie osiemdziesiąte drugie) Urodziny Janusza Christy. Imprezę jak zwykle zorganizowała dziadkowi wnuczka Paulina, korzystając z pomocy Fundacji "Kreska" i gościnności sopockiego Grodziska (Oddział Muzeum Archeologicznego w Gdańsku). Tym, co odróżniało tegoroczne urodziny od poprzednich, były tłumy gości, liczące ponad 500 osób! W imieniu jubilata przybyłych powitał Paweł Pogodziński, etatowy otwieracz grodziskowych wystaw i imprez.


W samo południe Łamignat (to ten w futrze) rozpoczął oprowadzanie kuratorskie po wystawie "Na plasterki!!! czyli Janusz Christa dla zaawansowanych". Grodzisko oddało na ten cel cały parter pawilonu, dzięki czemu ekspozycja po raz pierwszy od roku mogła zostać zaprezentowana w całości. Wystawa będzie wisieć jeszcze przez dwa tygodnie.


Sam jubilat także pojawił się na własnych urodzinach, a konkretnie na ekranie, skąd opowiadał gościom swoje słynne anegdoty.


Następnie biesiadnicy udali się do średniowiecznego grodu, położonego na pobliskim wzgórzu. Dorośli rozpalili ognisko, powierzywszy pacholęta opiece Bogdana Ruksztełło-Kowalewskiego, który poprowadził warsztaty komiksowe o tematyce kajkoszowej.


Po ciężkiej warsztatowej pracy w końcu przyszedł czas na zabawę. Najpierw odbył się turniej łuczniczy o garniec Lubawy, a potem konkurs wiedzy o Kajku i Kokoszu. Chętnych nie brakowało, bo Urodziny Janusza Christy to jedyna w Polsce familijna impreza komiksowa. I to jest słuszny kierunek!


Zdjęcia: Paweł Pogodziński i Łamignat. Więcej na profilu Fundacji "Kreska".

PS. Przepraszamy za tzw. przejściowe trudności z wyświetlaniem obrazków. Prosimy nie regulować odbiorników. Jeżeli Blogger sam tego nie naprawi, będziemy musieli dłubać ręcznie w html-u, a to może potrwać, bo postów jest ponad 600. Już powinno być dobrze.

piątek, 1 lipca 2016

Park Kajka i Kokosza

Wakacje czas zacząć! Ech, chciałoby się pojechać w jakieś fajne miejsce... tylko dokąd? A może do Parku Kajka i Kokosza? Pomysł może nie jest nowy, ale musimy o nim wspomnieć, bo parę dni temu wygrzebaliśmy na Behance galerię z projektem Filipa Bąka (pisaliśmy o nim tutaj). Część wizualizacji widzieliście już w "Zeszytach komiksowych", w czerni i bieli. Teraz po raz pierwszy możecie je obejrzeć w kolorze. Zaczynamy od mapki całego obiektu.


Oto największa atrakcja Parku - rekonstrukcja Mirmiłowa w skali 1:1.


Wieża (stołb) dworu Mirmiła jest trochę niższa niż w komiksie, żeby nie peszyć odwiedzających.


A tu domek Kajka i Kokosza. W tle kolejka górska Łamignata (dł. 2 km, wys. 40 m).


Główna aleja między Mirmiłowem i warownią Zbójcerzy (skala 1:1, a jakże!).


Widok od strony warowni. W tle kolejka Łamignata (czerwona), nieco mniejsza kolejka Kokosza (niebieska) i diabelski młyn.


Rotunda obok diabelskiego młynu to Arena Walk Robotów. Tu odbywają się wzorowane na "Wielkim turnieju" pojedynki baranów, a właściwie ich zdalnie sterowanych kopiali.


I jak Wam się podoba taki pomysł na wakacje? A teraz zobaczcie jak wyglądałoby to na żywo. Przed Wami reportaż z Parku Asteriksa pod Paryżem. Wy sobie oglądajcie i wzdychajcie, a my wywieszamy Święty Napis. Do zobaczenia po urlopie!

środa, 29 czerwca 2016

Kosmiczny kosmos 3D

Trójwymiarowe szaleństwo trwa! Marek Wilkowski przysłał nam kolejne "pogłębione" okładki: "Kajtka i Koka w kosmosie" WAG-u i "Złoty puchar" KAW-u (poprzednie znajdziecie tutaj). Jest też bonus w postaci wyklejki z najnowszego wydania Egmontu. Łapcie okulary 3D, koniecznie cyjanowo-czerwone, klikajcie w obrazki i odlatujemy!



wtorek, 28 czerwca 2016

Przeciek nr 1

Jest pierwszy przeciek z nowego albumu o Kajku i Kokoszu! Tomasz Kołodziejczak udzielił obszernego wywiadu Łukaszowi Chmielewskiemu z portalu Culture.pl. Padają nazwiska autorów poszczególnych historyjek, a ilustracją jest kadr ze "Zbójcerzy" Sławka Kiełbusa i Maćka Kura.


I co Wy na to? Czekamy na komentarze, a tutaj dla porównania macie "Zbójcerzy" Sławka Kiełbusa i Rafała Skarżyckiego sprzed 12 lat! Ależ to było dawno.

Na wypadek, gdyby przeciek okazał się falstartem i miał zaraz zniknąć, kopiujemy listę płac:
  • ŁAMIGNAT - Maciej Kur i Piotr Bednarczyk,
  • MILUŚ - Tomasz Samojlik,
  • ZBÓJCERZE - Maciej Kur i Sławomir Kiełbus,
  • MALI KAJKO I KOKOSZ - Norbert Rybarczyk i Krzysztof Janicz.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wesołe przygody ubogich kuzynów

Wyruszamy na kolejną wyprawę w poszukiwaniu zagranicznych kuzynów Kajka i Kokosza. Zgodnie z obietnicą odwiedzimy teraz Niemiecką Republikę Demokratyczną, zwaną "najsmutniejszym barakiem w obozie" (wschodnim). Był to jedyny kraj germański wśród demoludów, a zarazem jedyny kraj socjalistyczny, do którego nie docierał komiksowy tygodnik Francuskiej Partii Komunistycznej "Vaillant". Nie znaczy to oczywiście, że w NRD nie było historyjek obrazkowych. Owszem - były, ale przez wiele lat powstawały w niemal kompletnej izolacji od reszty świata, bo w 1955 r. wyszedł ustawowy zakaz sprowadzania, a nawet posiadania komiksów i innych szmatławców ze zgniłego Zachodu. Na zdjęciu widzimy uczniów i pionierów (stalinowscy harcerze) z podstawówki w Berlinie, którzy z okazji Dnia Dziecka palą na stosie literaturę "brukową i obsceniczną". Fotografia wygląda jak z czasów Trzeciej Rzeszy, tylko że wykonano ją 10 lat po wojnie.

Źródło: Deutsch sein ist kein Verbrechen!

Przez następnych 10 lat w NRD-owskiej prasie można było co prawda znaleźć jakieś rodzime historyjki obrazkowe, ale wyłącznie o zwierzątkach, pionierach albo dzielnych niemieckich antyfaszystach. Miały one wielkie, numerowane ilustracje z podpisami i były drętwe jak dobranocki o Piaskowym Dziadku. Nie będziemy się tu nimi zajmować.

Rys. Richard Hambach, "Trommel" nr 48/1958

Zajmiemy się natomiast magazynem "Mosaik", założonym w tym samym, 1955 roku, jako wentyl bezpieczeństwa i krajowy ersatz dla demoralizujących zachodnich produktów. "Mosaik" był w 100% poświęcony komiksom - co prawda rodzimym, ale całkiem niezłym, dzięki talentowi rysownika Hannesa Hegena (wł. Johannes Hegenbarth). Pisemko było tak popularne, że z kwartalnika szybko przeistoczyło się w miesięcznik, a Hegen musiał utworzyć własne studio, jak Hergé czy Vandersteen. Była to prawdopodobnie pierwsza prawdziwa zeszytówka w demoludach (16,5 x 23,5 cm). Doczekała się ok. 20 przekładów, a co ciekawsze ukazuje się do dziś, i to w niemal niezmienionej formie.

"Mosaik" zawsze publikował tylko jedną serię komiksową. W pierwszych latach była to historyjka pt. "Digedags", o przygodach trzech chłopców, a właściwie wyglądających jak chłopcy gnomów o imionach Dig, Dag i Digedag (od 1959 r. już tylko dwóch: Dig i Dag). Akcja rozgrywała się na przemian w przeszłości, w kosmosie, na morzu, albo na dalekich lądach - zupełnie tak samo, jak we wczesnych "Tytusach" albo "Kajtkach i Kokach".


W swojej długiej karierze Digedags podróżowali też po starożytności i średniowieczu. W latach 1957-1958 odwiedzili Cesarstwo Rzymskie ("Mosaik" nr 13-24), a w latach 1964-1969 Europę, Afrykę i Azję AD 1248 ("Mosaik" nr 90-151, seria "Ritter Runkel"). Pierwszych 25 zeszytów "Runkela" niemal natychmiast ukazało się także w formie twardookładkowych albumów (1965-1966). Pozostałe odcinki wznowiono w podobnej formie już po zjednoczeniu Niemiec. Myślę, że nie tylko rozmiary, ale i kultowość tych dwóch serii (zwłaszcza drugiej) pozwala wpisać NRD-owskich urwisów do szerokiego kręgu kuzynów Kajka, Kokosza i Asteriksa.


Był jednak pewien drobiazg, którym "Digedags" i cały komiks NRD-owski różnił się od swoich polskich i francuskich odpowiedników: otóż ewoluował on od komiksu z dymkami, do prakomiksu z podpisami, czyli dokładnie odwrotnie niż komiks światowy. Regres ten nie wynikał z przyczyn estetycznych (jak we francuskim "Vaillancie" 10 lat wcześniej), ale z czysto ideologicznych, a konkretnie z "dokręcania śruby" przez władze centralne. Przełomowym momentem był rok 1961, ten sam, w którym zbudowano Mur Berliński. Wtedy to właśnie Hannes Hegen najpierw usunął z dymków ogonki, które komuś ważnemu musiały się kojarzyć ze zgniłą, imperialistyczną kulturą, a następnie w ogóle wyrzucił podpisy poza kadry. Proces całkowitego "oddymkowienia" komiksu odbył się w iście ekspresowym tempie, na przestrzeni zaledwie kilku numerów "Mosaika" (58-62).


Jak już wspomniałem, wschodni Niemcy nie importowali komiksów z francuskiego "Vaillanta", korzystali natomiast z zasobów włoskich towarzyszy. W 1964 roku miesięcznik "Frösi" zaczął publikować komiks "Atomino", pochodzący z dziennika Włoskiej Partii Komunistycznej "l'Unità". Przedruk był oczywiście podrasowany na NRD-owską modłę: miał wymazane dymki i obowiązkowo ponumerowane kadry, żeby czytelnik się nie pogubił.

"Atomino", wersja włoska"Atomino", wersja niemiecka

Szlaban na dymki skończył się dopiero na początku lat 1970., wraz z objęciem władzy przez Ericha Honeckera, który według PRL-owskich standardów był zamordystą, ale w NRD uchodził za liberała (w każdym razie na tle swoich poprzedników). W pismach dla młodzieży zaczęły pojawiać się komiksy węgierskie - już "dymkowe", ale umiarkowanie komiksowe, a przez to bardziej odpowiednie dla socjalistycznego czytelnika ("Frösi", "Trommel"). NRD-owscy twórcy też w końcu poszli tym tropem, chociaż szło to strasznie opornie. Jednym z pierwszych odważnych był Dietrich Pansch ("Aëlita", 1973).

Dziwnym zrządzeniem losu, w tym właśnie przełomowym momencie "poluzowania śruby" Hannes Hegen oznajmił, że opuszcza "Mosaika" i zabiera z sobą prawa do postaci (podobno poszło o pieniądze). Redakcja miała dwa lata na przygotowanie nowego komiksu. Bohaterom zmieniono imiona na Abrax, Brabax i Califax, czyli w skrócie "Die Abrafaxe", a zadanie zaprojektowania ich wyglądu otrzymała Lona Rietschel. Oficjalne przekazanie pałeczki nastąpiło na przełomie 1975 i 1976 r., po 229 numerze starego "Mosaika". Począwszy od następnego zeszytu (1/1976) pisemko zresetowało numerację.

Od lewej: Digedag, Dig, Dag, Califax, Abrax i Brabax.

Paradoksalnie, zmiana wyszła "Mosaikowi" na dobre. Nowe postacie Lony Rietschel rysowane były znacznie nowocześniejszą, disneyowską kreską, a na dodatek w komiksie od razu pojawiły się dymki (początkowo prostokątne, ale zawsze), co niewątpliwie dodało mu pazura. Czytelnicy byli zachwyceni i tylko Hegen nie mógł zdzierżyć, że Abrafaxe okazali się kopią jego Digedagsów. Wytoczył "Mosaikowi" proces, ale jak łatwo się domyślić, NRD-owski sąd nie przyznał mu racji.

"Comics in der DDR"
I tu drobna uwaga na marginesie: otóż przełom ten nastąpił niemal dokładnie w tym samym momencie, co komiksowy boom Polsce (w 1975 r. "Świat Młodych" rozpoczął regularną publikację kolorowych komiksów, a w 1976 ukazał się pierwszy numer magazynu "Relax"). Jest to kolejny argument przeciw obiegowej opinii, że na tle bloku wschodniego PRL był jakąś niezwykłą, komiksową zieloną wyspą. A przecież nie pisałem jeszcze o komiksie rumuńskim, na tle którego wypadamy naprawdę blado!

Wróćmy jednak do "Mosaika". Chociaż Abrafaxe podróżowali po różnych epokach i kontynentach, aż do samego końca istnienia NRD udawało im się omijać średniowieczną albo starożytną Europę. Dopiero po zjednoczeniu Niemiec (pisemko przetrwało upadek Muru Berlińskiego), w styczniu 1992 r. autorzy wysłali ich na dwa lata do XII-wiecznych Niemiec, Włoch, a nawet do odkrytej przez Wikingów Ameryki (nr 193-217), a zaraz potem do starożytnej Grecji (nr 218–233, do maja 1995).


W latach 2005-2009 Abrafaxe wyruszyli na kolejną średniowieczną wyprawę. Tym razem autorzy wysłali ich tropem Templariuszy do Paryża i Jerozolimy AD 1118 (nr 358-381, "Im Labyrinth der Zeit"), a następnie do niemieckiego klasztoru AD 1280 (nr 382-405, "Der Stein der Weisen"). Oglądając okładki tej i poprzedniej serii średniowiecznej, wyraźnie widać, że twórcy "Die Abrafaxe" nie bali się tematów religijnych, w przeciwieństwie np. do Janusza Christy, który unikał ich jak ognia. Jest to o tyle zrozumiałe, że społeczeństwo Niemiec wschodnich uległo w czasach socjalizmu daleko idącej sekularyzacji.


Ostatnia seria, o jakiej musimy wspomnieć, rozpoczęła się w marcu 2014 i zakończyła w lutym bieżącego roku (nr 459-482). Jej tytuł brzmi "Die Abrafaxe erobern das Alte Rom", a akcja rozgrywa się za panowania cesarza Trajana (początek II w. n.e.), gdzieś pomiędzy Germanią, Rzymem i Libią. Historyjce tej naprawdę blisko do "Asteriksa", nawet różnica w czasie akcji jest raczej kosmetyczna.


W swoją najnowszą podróż Abrax, Brabax i Califax wyruszyli do XVI-wiecznej Saksoni, więc to nie do końca nasze klimaty. Ale będąc w Niemczech na pewno warto spytać w kiosku o najnowszy numer "Mosaik" (tylko 2,60 euro), a nuż traficie na przygody w miejscach i czasach bliższych Asteriksowi czy Kokoszowi. A jeśli nawet nie traficie, to i tak warto mieć w swoich zbiorach "postkomunistyczną" zeszytówkę, ukazującą się nieprzerwanie od ponad 60 lat, co już samo w sobie stanowi ewenement w historii europejskiego komiksu. Hardkorowym fanom polecam też imponującą, kolorową monografię "Comics in der DDR – Die Geschichte eines ungeliebten Mediums 1945/49-1990" Gerda Lettkermanna i Michaela F. Scholza (okładkę znajdziecie kilka akapitów wyżej). Szczerze mówiąc to wstyd, że PRL-owski komiks, o tyle przecież ciekawszy i bardziej różnorodny od NRD-owskiego, nie doczekał się dotąd podobnego opracowania.

____________
Lektura uzupełniająca: 1. Comics in der DDR, 2. Orlandos wörld, 3. Comic 3D, 4. Digedags,
5. Mosaik & Abrafaxe, 6. Tangentus, 7. Superhelden des Sozialismus