![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
... ale pojawiło się kilka ciekawostek pośrednio związanych z tematem panelu, np.:
Natomiast Tomasz Kołodziejczak na spotkaniu pt. "30 lat Egmontu nad Wisłą" zdradził, że pomiędzy rokiem 2001 i 2003 Egmont przejął umowę licencyjną na "Kajka i Kokosza" od innego wydawnictwa, które tych komiksów nie wydawało. Niektórzy z Was domyślają się pewnie, że chodzi o agencję reklamową Jupi Direct. Kiedyś napiszemy post o tej tajemniczej i - jak się okazało - zbawiennej dla Christy i jego fanów transakcji. Cierpliwości.
Rozmiar nie jest może największy, ale coś tam widać. Więcej informacji o albumie oraz kolejne dwa kadry (duże!) znajdziecie tutaj.
Jutro o 14:00 transmitowane będzie spotkanie z dwoma autorami albumu, Maciejem Kurem (scenariusz) i Piotrem Bednarczykiem (kolor). Jeśli tylko uchylą rąbka tajemnicy, będziemy Was o tym informować.
![]() |
A to tylko wierzchołek góry lodowej. Schemat jest masowo powielany na okładkach rozmaitych książeczek dla dzieci, głównie niemieckich. Spośród kilkudziesięciu bardzo podobnych obrazków wyrzuconych przez googla, wybrałem tylko te najbardziej kajkoszowate, tzn. z biało-czerwonym żaglem, drakkarem zwróconym w prawo i kapitanem na dziobie. Najbardziej oryginalna i nowatorska wydaje się ostatnia okładka, ta z tęczowym żaglem :)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Rynek anglosaski również jest tego pełny. Poniżej kilka przykładów z obu stron Atlantyku.
![]() |
![]() |
Ten sam oklepany motyw znajdujemy nie tylko na okładkach książek, ale także na opakowaniach gier i zabawek. Poniżej: klocki i dwie planszówki z Niemiec, a dalej po jednej grze z Brazylii oraz Australii.
![]() |
![]() |
A teraz trzy podejrzanie podobne okładki gier z Francji, USA i Szwecji. Pierwszą narysował nasz rodak Tomasz Larek i być może dlatego wódz wikingów łudząco przypomina Jarla Björna z "Na wczasach". Ale najciekawsza jest środkowa, na której drakkar ewidentnie płynie na wstecznym biegu (ponoć było to możliwe, ale raczej na rzekach). Jej autorem jest Jarosław Radeckij z Ukrainy.
![]() |
Chwileczkę, a co z komiksami? Mniej więcej to samo - nieważne czy to komiks groteskowy czy realistyczny; holenderski, francuski czy japoński. W tej pierwszej kategorii, do której należy również "Kajko i Kokosz", udało mi się znaleźć dwa dość wiekowe przykłady, znacznie starsze od "Na wczasach". Są to: "Johan et Pirlouit" Peyo z 1957 r. (seria z magazynu "Spirou", na łamach której narodziły się Smerfy) oraz okładka magazynu "Pilote" z 1966 r.
![]() |
![]() |
Podobne obrazki mógłbym wrzucać w nieskończoność, tylko dlaczego jest ich aż tyle? Czy to wynik lenistwa ilustratorów, którzy tylko przerysowują od siebie nawzajem? A może istnieje jakiś archetypiczny wizerunek wikinga na drakkarze, który tak mocno wrósł w naszą kulturę, że od dziesięcioleci wszyscy się do niego odwołują?
Nie byłbym Kapralem, gdybym nie odszukał owego graficznego "wzorca z Sèvres". Zacząłem od komiksu brytyjskiego, jako że wikingowie stanowią istotną część historii Albionu. Oto co udało mi się wygrzebać. Z lewej strony widzimy magazyn "Look and Learn" z 1962 r. z historią o Leifie Erikssonie (rys. Peter Jackson). Następne dwie okładki mają co prawda napisy w językach germańskich, ale są to przedruki brytyjskiego komiksu pt. "Karl the Viking". Seria ta, rysowana przez Dona Lawrence'a (tego od "Storma"), ukazywała się w latach 1960-64 w magazynie "Lion", a potem wielokrotnie wznawiano ją pod innymi tytułami. Dlatego wiking Karl znany jest także jako Rolf (UK 1966), Erik (UK 1969), Halmar (Holandia, 1973) czy wreszcie Prinz Erik (Niemcy 1982).
![]() |
Na rynku frankofońskim przygody Karla zaczęły się ukazywać w 1963 r. jako "Erik le Viking". Ale znacznie wcześniej, bo już w połowie lat 50., tutejsze periodyki komiksowe drukowały własne historie o wikingach. Prawdopodobnie najstarszą z nich był bezdymkowy "Ragnar" z magazynu "Vaillant" (1955-1969, Eduardo Teixeira Coelho), drugą zaś "Harald" z konkurencyjnego "Tintina" (1956-1967, Fred i Liliane Funcken).
![]() |
Scenki z drakkarem można też znaleźć w jeszcze starszych zeszycikach typu Piccolo, popularnych w krajach niekojarzących się z komiksami. W Holandii furorę robił strip "Eric de Noorman" (1946-1964, Hans G. Kresse), a w Niemczech "Sigurd" (1953-1960, Hansrudi Wäscher).
![]() |
Wszystkie te europejskie komiksy w mniejszym lub większym stopniu inspirowane były przedwojenną amerykańską serią "Prince Valiant", stworzoną przez Hala Fostera w 1937 r. i kontunuowaną do dziś przez kolejne pokolenia artystów. Historia ta zaczyna się w czasach arturiańskich, a następnie płynnie przechodzi do epoki normańskich najazdów. To wybitne dzieło, będące jednym z kamieni milowych sztuki komiksowej, już pod koniec lat 30. miało pierwsze zagraniczne przedruki (np. we Włoszech, Danii, Serbii, Brazylii) - a to w formie prasowych stripów, a to albumów czy zeszycików Piccolo.
![]() |
![]() |
Tak oto doszliśmy do najstarszej (chyba) wersji naszego ikonicznego drakkara, jaką można zobaczyć na łamach komiksu. Co prawda kocham komiks, ale trudno mi uwierzyć, że gazetowy strip - choćby i najlepszy - stał się źródłem stereotypu, który przetrwał niemal sto lat. Znacznie bardziej prawdopodobnym tropem wydaje się film, o którym już towarzysz Lenin mawiał, że jest najważniejszą ze sztuk. Pójdźmy tym śladem...
Naszym domniemanym "pacjentem zero" mogła być np. ekranizacja "Prince'a Valianta" z 1954 (w Polsce wyświetlana jako "Niezłomny wiking")... ale na pewno nim nie jest, bo akcja tego filmu rozgrywała się w czasach arturiańskich i drakkara w ogóle tam nie pokazali. Wielka międzynarodowa kariera wikingów zaczęła się dopiero kilka lat później od trzech innych filmów: "The Vikings" z 1958 (Wikingowie), "The Long Ships" z 1964 (Długie łodzie Wikingów) i "Erik il vichingo" z 1965 (nie wyświetlany w Polsce). No i tu mamy 100% trafień, spójrzcie tylko na plakaty.
![]() |
Okazuje się jednak, że nie były to najstarsze filmy o wikingach. Pierwszą taką hollywoodzką superprodukcję nakręcono aż 30 lat wcześniej, w roku 1928. Był to film niemy, kolorowy (!), nosił tytuł "The Viking" i zaczynał się od drakkara z biało-czerwonym żaglem (kadr po prawej). Czyżby w końcu udało nam się odnaleźć mityczny prawzorzec długiej łodzi wikingów? Oczywiście, że nie.
![]() |
Jeszcze wcześniej, zanim film zawładnął zbiorową wyobraźnią, tę samą rolę odgrywała ilustracja prasowa. Wikingowie byli tu także obecni... od dawna... a nawet od bardzo dawna. Poniżej dwie ryciny przedstawiające normańskie okręty - pierwsza z roku 1889, druga z 1907. Wizerunki te znacznie się od siebie różnią, choć oba są bardzo charakterystyczne dla swoich dekad. I tu pojawia się pytanie: co takiego stało się pomiędzy rokiem 1889 i 1907, że gazetowi rysownicy przerzucili się z niezgrabnych, pękatych okrętów na obowiązujące do dziś smukłe łodzie z pasiastymi żaglami?
![]() |
Na trop tego przełomowego wydarzenia naprowadziło mnie kilka ilustracji, zaskakująco do siebie podobnych i przedstawiających... spotkanie drakkara z parowcem. Ryciny pochodzą z roku 1893, obraz z 1898, a uwieczniona na nich nieprawdopodobna sytuacja faktycznie miała miejsce w czerwcu 1893 r. na Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Ameryki Północnej.
![]() |
By wyjaśnić zagadkę średniowiecznych podróżników w czasie, musimy cofnąć się aż do roku 1879, kiedy to w Norwegii odkryto tzw. łódź z Gokstad. Był to znakomicie zachowany drakkar, ukryty w pogrzebowym kurhanie z IX wieku. Wcześniej nikt tak naprawdę nie wiedział jak wyglądały łodzie wikingów, dlatego w czasach wiktoriańskich ilustratorzy musieli wzorować się na źródłach średniowiecznych (np. na tkaninie z Bayeux), a te - jak się okazało - były mało precyzyjne.
![]() |
Łódź z Gokstad stała się wielką archeologiczną sensacją tamtych czasów. Z inicjatywy norweskiego Towarzystwa Ochrony Zabytków, drakkar został przewieziony do Uniwersytetu w Christianii (dawna nazwa stolicy), a po odrestaurowaniu udostępniony publiczności. Do dziś można go podziwiać we wzniesionej specjalnie dla niego hali wystawowej w Oslo.
Równocześnie z pracami konserwacyjnymi, w stoczni Rødsverven rozpoczęto budowę w pełni sprawnej repliki statku. Na taki pomysł wpadł kapitan Magnus Andersen, zamierzając udowodnić, iż wiking Leif Eriksson naprawdę mógł dopłynąć drakkarem do Ameryki. Replika, ochrzczona oryginalnym imieniem "Viking", miała reprezentować Norwegię (wtedy jeszcze zależną od Szwecji) na Wystawie Światowej w Chicago w 1893 r. Smaczku sprawie dodawał fakt, że tamta edycja wystawy miała upamiętnić 400-lecie odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. W Norwegii zorganizowano ogólnonarodową kwestę, dzięki czemu udało się na czas ukończyć budowę. 30 kwietnia kapitan Andersen wraz z 11-osobową załogą (wybraną spośród 280 ochotników) wyruszył z Bergen i po przepłynięciu 3000 mil w ciągu zaledwie 27 dni zameldował się najpierw w New Haven w stanie Cennecticut, potem w Nowym Jorku, a następnie Kanałem Erie dotarł do Chicago.
![]() |
Wizyta norweskiego drakkara wywołała w USA prawdziwą wikingomanię. Gdziekolwiek łódź się pojawiała, witały ją wiwatujące tłumy, fajerwerki, salwy i honorowe eskorty parostatków (to właśnie je widzieliśmy na ilustracjach z 1893 r.). Kapitan Andersen twierdził nawet, że w amerykańskiej prasie ukazało się 30.000 (!) artykułów na ten temat. Dziś o "Vikingu" mało kto już pamięta, ale to właśnie ten statek, z biało-czerwonym żaglem, smoczym łbem na dziobie i ozdobnym ogonem na rufie, funkcjonuje w naszej zbiorowej pamięci jako wzór normańskiego drakkara.
![]() |
Najzabawniejsze jest jednak to, że prawdziwa łódź z Gokstad (na zdjęciu z lewej) nie miała ani łba, ani ogona (na zdjęciu z prawej), ani nawet jakichkolwiek śladów, świadczących o takich ozdobach. Nie miała również żagla - zachowały się jedynie strzępy jakiejś wełnianej tkaniny w paski, które równie dobrze mogły być czymś zupełnie innym. Wszystkie te najbardziej charakterystyczne i rozpoznawalne atrybuty drakkara, w tym złotego smoka niczym z chińskiej knajpy, dodał... kapitan Magnus Andersen, żeby zrobić większe wrażenie na Amerykanach. I jego plan się powiódł, bo od ponad 120 lat właśnie te trzy nieautentyczne elementy są najchętniej kopiowane (zapewne nieświadomie) przez całe pokolenia grafików, malarzy i filmowców z całego świata. A jednym z nich był nasz ukochany Janusz Christa.
* * *
Post dedykuję Marcinowi i Pawłowi, moim kumplom z podstawówki, z którymi tuż przed pandemią zjadłem w Oslo wieloryba. No, może nie całego, ale i tak poczuliśmy się jak prawdziwi wikingowie.
![]() | ![]() |
Na pierwszych rysunkach koncepcyjnych woje Mirmiła nosili przezroczyste przyłbice, żeby łatwiej ich było rozpoznać. Ostatecznie jednak wygrały maseczki - i słusznie, bo w Gdańsku chyba tylko niemowlęta nie znają Kajka i Kokosza.
Gdyby ktoś w tramwaju przegapił plakat, i tak dostanie po oczach filmikiem z ekranu LCD.
Świetnie, że pierwsza kampania społeczna, bazująca na komiksach Christy, zorganizowana została w jego ukochanym Trójmieście. Miejmy nadzieję, że nie ostatnia. A propos, panie prezydencie Karnowski, kiedy wreszcie stanie ta ławeczka na Monciaku?
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
Spokojnie, my też nie rozumiemy ani słowa. Na szczęście Michael G. Nielsen (Zoom) był tak miły, że przetłumaczył najważniejsze fragmenty na angielski, a my to dla Was tłumaczymy na polski:
RecenzjaRecenzja ukazała się w biuletynie DBC, samorządowej instytucji wspierającej czytelnictwo. To właśnie na podstawie takich materiałów biblioteki w Danii dokonują zakupów. Jak myślicie, czy "Kajko i Kokosz" trafią pod duńskie strzechy?
Komiks przypomina klasyczne historyjki Goscinnego i Uderzo o Asteriksie. Jednak Christa ma własny styl - kładzie nacisk na komiczne gagi o wpływie czarów i przesądów na losy bohaterów. Jest to i zabawne i ciekawe.Dla bibliotekarzy
Sympatryczny oldskulowy komiks, rekomendowany do zakupu przez duże biblioteki.
Jak widzicie, komiks jest o jakieś 5mm wyższy od pierwszych wydań Egmontu, które z kolei są o 5mm wyższe od najnowszych. Poza tym różnic wielkich nie ma, papier jest kredowy, a kolory bardzo wiernie oddane. Z dymków nie rozumiem ani słowa, więc tłumaczenia pana Rune Brandta Larsena oceniać nie będę. Mogę Was tylko uspokoić, że nie ma tu ani Zeusa, ani św. Wita, znanych z wydania angielskiego. Są za to Triglav i Svarog, Lel i Polel, a nawet Svantevit i Perun. Proszę uprzejmie, oto dowód:
![]() | ![]() |
Żeby duński czytelnik nie pogubił się w tych egzotycznych zaklęciach, na końcu albumu wydrukowano przypisy, wyjaśniające potomkom Wikingów zawiłości słowiańskiej mitologii. Mistrzostwo świata! Jest również zapowiedź kolejnego albumu "Kajka og Kokosza", o miłym sercu każdego Duńczyka tytule "Vikingerne". Decyzja o zmianie kolejności tomów (drugi powinien być "Wielki turniej") wydaje się znakomitym marketingowym posunięciem.
![]() | ![]() |
Z dymków udało mi się jeszcze wyczytać imiona bohaterów drugoplanowych: Łamignat = Benknuslav, Mirmił = Pacifislav, Lubawa = Elskinia, Gdaś = Kagle, a reszta jest zgodna z polskim oryginałem. Ciekawe jak w następnym tomie tłumacz poradzi sobie z Jarlem Björnem :) À propos, duńską edycję zabawnie skomentował Tomasz Wilczkiewicz, rysownik z tygodnika "Angora". Obrazek w dużej rozdzielczości dostaliśmy od autora dzięki pośrednictwu Sławka Kiełbusa. Wielkie dzięki!
![]() | ![]() |
EDIT: I już po konkursie. Koledze Mamoniowi odpowiedź zajęła zaledwie 3 kwadranse. Brawo, oto zasłużony uścisk dłoni, w sprawie gry poprosimy o maila.
Aha, jeśli ktoś nie mógł rozpoznać języka nr A, to pochodzi on z gry komputerowej, a nie z komiksu, natomiast język nr G jest oczywiście nie tylko góralski :)
Kajka i Kokosza można też sobie zafundować na kubeczku (10£), na płótnie (20£) albo na koszulce (25£). Komplecik razem z dostawą 79£. Są chętni?
![]() | ![]() |
Pozostaje jedno pytanie: skąd panu Butlerowi przyszło do głowy, żeby pikselizować nieznane postacie z Europy Wschodniej? Być może ktoś podsunął mu ten pomysł podczas warszawskiej imprezy Pixel Heaven, na której grafik gościł w ubiegłym roku.
A teraz będzie akcent patriotyczny. Otóż nasz rodak Jarek "Odyniec1" Wyszyński prawie 30 lat temu spikselizował Kajka i Kokosza w 4 kolorach (!), a na dotatek w ruchu. Niestety, nie zarobił na tym ani funciaka. Efekty jego pracy możecie zobaczyć tutaj.