Wystawa "Kajko i Kokosz: Komiksowa archeologia" kontynuuje swoje wielkie pomorskie tournée. Po rocznych występach na grodzisku w Sopocie i półrocznych na zamku w Gniewie, przyszedł czas na wizytę w Stargardzie.
Wernisaż odbędzie się już DZISIAJ o godz. 17:00 w głównym gmachu Muzeum Archeologiczno-Historycznego przy Rynku Staromiejskim (wstęp wolny). Wystawa będzie tam gościła do 27 listopada.
A teraz dwie informacje dodatkowe - dobra i zła. Zaczniemy od złej: w Stargardzie nie będzie naszych klocków LEGO. Być może w pojawią się w kolejnym muzeum, ale jeszcze nie wiemy gdzie. A teraz wiadomość dobra: na stronie Muzeum dostępny jest dwustronny folderek, więc jeśli ktoś nie dojedzie, to przynajmniej będzie mógł sobie wydrukować rzadki kajkoszowy gadżet.
Znacie już bohaterów "Małego Kajka i Kokosza", zobaczmy teraz co działo się z nimi dalej. Zanim powstały pierwsze kadry komiksu, rysownicy dostali od Piotra Bednarczyka specjalny szablon strony - to te niebieskie ramki na szkicach i ledwo widoczne linijki pod tekst. Dzięki temu kompozycja plansz w całym albumie jest jednolita i zgodna z pierwowzorem.
SZKIC #1
A oto pierwsza przymiarka Norberta. Akcja komiksu rozgrywa się jakieś 20 lat wcześniej niż u Christy, więc scenografia miała być bardziej archaiczna, a gród skromniejszy. Stąd słowiańskie półziemianki zamiast domów.
SZKIC #2
Drugie podejście, bardziej dynamiczne.
KRESKA
Gród przybrał w końcu kształt pierwszego Mirmiłowa ze "Złotego pucharu". W tej wersji dziedziniec był jeszcze trochę za duży.
KOLOR #1
A tu ciekawostka - oryginalny, autorski kolor Norberta (podobnie wyglądała plansza nr 2). Niestety, wersja ta nie zyskała aprobaty wydawnictwa, choć broniliśmy jej jak niepodległości.
KOLOR #2
Za drugim razem Norbert musiał użyć kolorów ze specjalnego wzornika Egmontu i zrezygnować z cieniowania, które uznano za niechristowe. Wszystko to w ramach ujednolicania albumu.
Dymki zrobiłem ja, ale nie ma sensu ich pokazywać, bo wszyscy widzieli (np. tutaj). Warto natomiast zwrócić uwagę na świetną czcionkę, wykonaną przez Piotra "Śmiechosława" Wojciechowskiego na podstawie "Dnia Śmiechały". Powstały dwa warianty: normalny oraz "głośny", bo okazało się, że bohaterowie Christy innymi literami mówią, a innymi krzyczą.
O "Kajku i Kokoszu" dawno nie było tak głośno. Na temat nowego albumu przeczytać można wszędzie: w internecie i na papierze, w tabloidach i w poważnych tygodnikach opinii. Przeważają pozytywne recenzje i to właśnie od nich zaczynamy dzisiejszy przegląd mediów.
* * *
Piotr Gociek "Gdzie jest Mirmił?", Do Rzeczy nr 38/2016
Tam zaś, gdzie na pierwszy rzut oka wydawało się, że twórcy nadużywają mojego zaufania ("Jak to jest rysowane, do cholery, dlaczego inaczej!") nie miałem najmniejszego problemu z wsiąknięciem w świat przedstawiony. Przyczyny są dwie. Po pierwsze, bardzo inteligentne i utrzymane w duchu oryginalnych opowieści Janusza Christy scenariusze, w których ładnie mieszały się komizm sytuacyjny z charakterystycznym dla serii absurdem (...). Lektura kolejnych historyjek natychmiast dała mi poczucie rozmowy z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, a poczucie lekkiego dyskomfortu estetycznego zniknęło. Eksperyment uważam więc za ryzykowny, acz udany.
To album, który dobrze rozpoczyna cykl kontynuacji. Oczywiście w następnym albumie powinna być historia z dorosłymi Kajkiem i Kokoszem. Ale to pewnie od razu rozpęta kolejną burzę na temat o dwa milimetry za małego ucha Kokosza i troszeczkę zbyt długich włosów Kajka. Tak to już jest i będzie. Mam nadzieję, że te krytyczne opinie pozostaną jednak w mniejszości, a wydawnictwo nie zrazi się do swego pomysłu. Ja jestem z końcowego efektu bardzo zadowolony.
"Obłęd Hegemona" sprawdza się jako całość. Dowodzi, że świat stworzony przez Janusza Christę można śmiało rozbudowywać – materiał wyjściowy jest tak udany i pełen życia, że wystarczy umiejętnie z niego czerpać. A zatem próba reanimacji jednego z najpopularniejszych polskich komiksów się powiodła. Owszem, można mieć tu i ówdzie drobne uwagi, ale nowa seria zmierza w dobrym kierunku. (...) O Mirmiłowie i jego mieszkańcach można opowiadać bez końca. I teraz to przede wszystkim od czytelników zależy, czy ciąg dalszy nastąpi. Powinien.
Autorzy albumu napisali cztery zupełnie różne historyjki ze świata Kajko i Kokosza. Różne postaci, rożne style, różne opowieści, ale żadna z nich nie zawiodła (...). Jest to po prostu bardzo dobry komiks humorystyczny - co według mnie jest najważniejsze, a nie patrzenie na to czy autorzy oddali styl rysunków Christy. Według mnie zadowoli i dzieci, i dorosłych, a ja czekam na więcej.
Nie mogę w to uwierzyć, że jestem świadkiem tego wydarzenia. Po 26 latach w końcu wskrzeszono jeden z moich ulubionych komiksów. (...) Czy warto kupić ten album? Myślę, że tak. 3/4 albumu, to historyjki trzymające poziom. Rysunki (choć odległe od stylu Christy) też są dobre (...). Poza tym, kupując ten album zachęcimy wydawnictwo, do wydania kolejnych tomów nowych przygód.
"Obłęd Hegemona" jest bez dwóch zdań wydarzeniem. I choć zbiera skrajne recenzje (ja akurat wystawiam albumowi wysoką ocenę, choć nie jestem obiektywny, bo darzę komiksy Christy szczególnym sentymentem), daje wreszcie pretekst do rozmowy w jakim kierunku rozwijać teraz kontynuację przygód Kajka i Kokosza. Rozwijać, bo nie chcę wierzyć, że na jednym albumie „Kajko i Kokosz” w wersji 2.0 się zakończy.
Z dużymi obawami, ale i oczekiwaniami, wypatrywałem premiery "Obłędu Hegemona" i muszę przyznać, że się nie rozczarowałem. Fabularnie wszystkie zawarte w albumie historie trzymają poziom, a przede wszystkim czuć w nich ducha twórczości Janusza Christy. W komiksowych kadrach nie brakuje słynnych "zbójcerzowskich" przyśpiewek na cześć Hegemona, Kapral wciąż marzy o przejęciu władzy, Miluś nie przestał bać się małych stworzeń, a Łamignat nie rozstaje się z fujarką. "Obłęd Hegemona" to wciąż ten sam świat, który znamy z twórczości Christy i ci sami bohaterowie, choć wyglądają nieco inaczej.
Mam nadzieję, że pomysł będzie kontynuowany, ale w ramach pobocznych serii. Można zatrudnić nowych scenarzystów, nowych rysowników i opisać inne postacie. Natomiast w serii głównej marzą mi się pełnometrażowe albumy z rysunkami Kiełbusa, kolorami Bednarczyka i (przynajmniej na początek, potem można urozmaicać) scenariuszem Kura. Pozostaje czekać na kolejne tomy i rozwój serii.
* * *
No cóż, zdarzyją się i gorsze recenzje, ale jest ich zdecydowanie mniej.
Kamil Śmiałkowski "Zabrakło odwagi czy umiejętności?", Gazeta Wyborcza
Dostaliśmy po prostu to, co dzisiejsi polscy twórcy komiksów potrafią – ich własne dzieła, które postaciami nawiązują do dziedzictwa klasycznego komiksu, ale z całą pewnością nie można ich nazwać kontynuacją. (...) Tak właśnie wygląda dzisiejszy polski komiks. Ma się nieźle. Nawet dobrze. Ale chyba już nigdy nie nawiąże do swych wielkich mistrzów z czasów PRL-u. Po prostu poszedł inną drogą. Wcale nie gorszą. Ale taką, z której już się nie wraca.
* * *
Łukasz Chmielewski "Kajko i Kokosz znów w akcji!", o2
Powrót do Mirmiłowa należy uznać za udany, choć jednocześnie wyraźnie pokazujący, że mistrz jest jeden. Tym lepiej, że wydawca zdecydował się nie kopiować Christy. Nowe komiksy mają potencjał. Być może presja kontynuacji Kajko i Kokosza przeszkadzała przy tym albumie. W kolejnym powinno być lepiej.
* * *
Obok recenzji pojawiły się też inne ciekawe artykuły:
Paweł Szaniawski i Krzysztof Janicz "Powrót Kajka i Kokosza", Newsweek (Kajko i Kokosz w liczbach)
Grażyna Antoniewicz "Kokosz ma ciotkę i wuja, a biedny Kajko nie ma nikogo", Dziennik Bałtycki, Polska The Times
Paweł Szaniawski "Słodki jak Hegemon", Newsweek (rozmowa z Tomaszem Samojlikiem)
Dzisiejszy post będzie traktował o zabiegach, na których chirurdzy plastyczni i kosmetolodzy zarabiają kupę forsy (w odróżnieniu od komiksiarzy), a mianowicie o... odmładzaniu celebrytów. Pierwszy szkic dziecięcych wersji Kajka i Kokosza powstał dokładnie dwa lata temu, jako ilustracja do draftu albumu. Materiał złożyliśmy w Egmoncie na zasadzie "a nuż coś drgnie w temacie" (niekoniecznie akurat w tym) i zapomnieliśmy o sprawie.
Rok później Egmont odgrzebał nasz stary pomysł i zaproponował wykorzystanie go jako nowelki w antologii. Norbert zaczął od odświeżenia projektów postaci. Nowa wersja słodziaków spodobała się wydawcy, trzeba było tylko wygładzić kreskę.
Po małym Kajku i Kokoszu przyszła kolej na małego Kaprala, czyli Kaprysia. Tu najtrudniejszy okazał się podbródek, który u chłopca nie mógł być aż tak wydatny jak u dorosłego zbójcerza.
Następny w kolejce był stary książę, ojciec Mirmiła i Wojmiła. Wymyśliłem mu ponad 80 imion z końcówką "-mił", np. Bęcmił, Czujmił, Jęczmił, Przedmił i Żujmił, ale ostatecznie wygrał Próchmił. Jego wygląd został klepnięty za pierwszym podejściem.
Młodzi Mirmił i Wojmił okazali się prawdziwym wyzwaniem, głównie przez sumiasty zarost, a właściwie jego brak. Norbert wybrnął z sytuacji dorysowując im tzw. dziewiczy wąsik. Przy czwartym podejściu chłopcy zaczęli wreszcie przypominać swoje dorosłe wersje ze "Szranków i konkurów".
Z rodzicami Kokosza sprawa była prostsza, bo Christa nigdy o nich nawet nie wspomniał. Postacie te Norbert projektował od razu na komiksowej planszy. Lekkiej poprawki wymagała tylko matczyna fryzura - na pierwszym szkicu wyszła zbyt współcześnie.
I to w zasadzie wszystko co możemy Wam bezkarnie pokazać. Dalej nie obeszłoby się już bez spoilerowania. Jedyne, co mogę jeszcze ujawnić, to inspirację dla tego projektu, a był nią kapitalny fanart Piotra Nowackiego.
Miesiąc temu Egmont rozesłał do wszystkich twórców projektu "Kajko i Kokosz: Nowe przygody" ankietę mailową. Nasze odpowiedzi zostały wykorzystane w materiałach promocyjnych, a ponieważ były dość obszerne, siłą rzeczy nie wszystko się zmieściło. Oto moja ankieta w całości, okraszona kilkoma obrazkami z lamusa.
* * *
Moje dziecięce gryzmoły,
każdy wielkości paznokcia.
Czym był dla Pana komiks Kajko i Kokosz?
Był pierwszym rasowym komiksem, jaki widziałem. Miałem wtedy 10 lat, w łódzkim "Expressie Ilustrowanym" zaczął ukazywać się "Złoty puchar". Wciągnęło mnie po same uszy, wycinałem paski z gazet, wymieniałem się z kolegami na historyjki z gum do żucia. Kiedy okazało się, że "Złoty puchar" to tylko czubek góry lodowej, zaczęło się poważne kolekcjonerstwo i poważny research. 20 lat później, m.in. dzięki podpowiedziom samego Christy, udało mi się opracować jego pierwszą pełną bibliografię. Teraz prowadzę bloga "Na plasterki".
Jakie to uczucie tworzyć kontynuację przygód bohaterów jednego z najsławniejszych polskich komiksów?
Najbardziej cieszy mnie, że taka kontynuacja w ogóle powstała. Christa już w 2004 r. rozważał przekazanie serii Sławkowi Kiełbusowi (mam to nagrane na taśmie), nie wiedział tylko skąd wziąć scenarzystę. Zaproponowałem Rafała Skarżyckiego i tak powstały dwie próbne plansze "Zbójcerzy". Myślę, że dziś akceptacja dla takich eksperymentów jest znacznie większa. Gdy sześć lat temu ogłosiliśmy na blogu plebiscyt na nowego rysownika, tylko 2% czytelników zagłosowało przeciwko kontynuacjom.
"Zbójcerze" 2004, Kiełbus & Skarżycki.
Czy trudno naśladować styl Janusza Christy? Co stanowiło dla Pana największą trudność?
Gdyby to było łatwe, Egmont już dawno znalazłby wiernego naśladowcę. Mnie na przykład spory kłopot sprawiała zwięzłość dialogów i charakterystyczne grupowanie dymków. Christa, tworząc przez kilkanaście lat komiksowe paski, wypracował dość sztywne zasady kompozycji kadrów. Dla czytelnika jest to niedostrzegalne, ale jeśli nowy komiks ma choć trochę przypominać pierwowzór, trzeba się nieźle nagimnastykować.
O czym jest Pana historia z Mirmiłowa i czym zaskoczą nas Pana bohaterowie?
Mirmił, Wojmił i ich ojciec Próchmił.
Zaskoczą to mało powiedziane. Akcja rozgrywa się mniej więcej 20 lat przed "Złotym pucharem". Grodem rządzi ojciec Mirmiła, Kokosz jest jeszcze mały i samotny, zaś Kajko... No właśnie – kto z nas nie zastanawiał się czemu Kajko nie ma krewnych w Mirmiłowie? Dlaczego jest taki mądry, szlachetny i odporny na amory? Albo po co mu ta idiotyczna czerwona czapeczka? Teraz wreszcie poznamy szokującą prawdę.
Dlaczego warto śledzić nowe przygody Kajka i Kokosza?
Bo do opowiedzenia zostało jeszcze mnóstwo historii. Z trzech pierwszych odcinków "Złotego pucharu" (usunięto je z albumów) wiemy, że saga o wojach Mirmiła przekazywana była ustnie z pokolenia na pokolenie, a sam Christa znał ją od marynarzy Kajtka i Koka. To jasne, że na przestrzeni wieków rodziny bohaterów to i owo przekręciły albo przemilczały. Zapewne istniały też inne wersje, być może nawet ciekawsze, znane potomkom Kaprala, Wita, albo Jagi. Czy uda się do nich dotrzeć? Jasne, to tylko kwestia czasu.
Pierwsze trzy odcinki "Złotego pucharu" z "Wieczoru Wybrzeża", sierpień 1972.
Przedwczoraj na blogu "Kamień z serca" ukazała się pierwsza, przedpremierowa recenzja "Obłędu Hegemona". Wczoraj wydawnictwo Egmont oficjalnie udostępniło cztery przykładowe plansze (poniżej), po jednej z każdej historyjki. A dzisiaj cały album możecie już znaleźć w Empiku*, przeczytać go od deski do deski i podzielić się z nami wrażeniami.
___________
* EDIT: Jest jakiś poślizg z Empikiem. Album mają "rzucić" w piątek.
Dzień bez fanartu Artura Ruduchy dniem straconym. Ten zdezaktualizował się wyjątkowo szybko, bo "Obłęd Hegemona" trafił ponoć do sprzedaży już wczoraj, i to wcale nie w "Epmiksie".
W sklepie Gildii pojawił się banner z nowymi rysunkami z "Obłędu Hegemona". Obrazki znów pochodzą z komiksu o Zbójcerzach, zilustrowanego przez Sławka Kiełbusa.
W "Krakersie" #45 ma się ukazać "Bajka dla rencistów" Michała Antosiewicza i Koalara. Z wiadomych przyczyn publikujemy tylko dwa cytaty. Reszta na forum Gildii.
Z okazji zbliżającej się premiery antologii "Relax" Artur Ruducha przygotował zagadkę, w której trzeba było odgadnąć nazwiska sparodiowanych twórców. Wygrał Jarek Ejsymont.
Premiera "Obłędu Hegemona" zbliża się wielkimi krokami. Wiadomo, że w skład albumu wejdą historyjki o Zbójcerzach, Łamignacie, Milusiu i dzieciństwie Kajka i Kokosza (czyli trzy spin-offy i jeden prequel), oraz że żaden z czterech rysowników nie będzie naśladował stylu Christy. Brzmi to strasznie po amerykańsku, a przecież my, Europejczycy ponad wszystko cenimy komiks autorski... Czyżby? Tak może było kiedyś, ale dziś w komiksie franko-belgijskim widać zupełnie nowe trendy. Omówię je na przykładzie kilku najstarszych serii humorystycznych, i nie mam tu na myśli "Asteriksa" (1959) albo "Smerfów" (1958), tylko prawdziwych weteranów, pamiętających II wojnę światową.
Jak zapewne wiecie, matką i ojcem komiksu europejskiego jest "Tintin" (1929). Seria dokonała żywota w 1976 r. i przez następnych 35 lat spokojnie leżała sobie w trumnie, a to dzięki właścicielom praw autorskich (Moulinsart SA), którzy w "trosce" o czystość spuścizny Hergé'go blokują wszelkie kontynuacje, parodie, a nawet fanarty. Parę lat temu pojawił się jednak wielki wyłom w ich ultra-zachowawczej polityce. Firma dała się przekupić Spielbergowi i pozwoliła mu radykalnie odświeżyć wizerunek Tintina, bardzo już archaiczny. Trzeba przyznać, że Amerykanom udało się to wyśmienicie.
Ekranizacja nie spowodowała wprawdzie wysypu nowych albumów "Tintina", ale dała impuls innym wydawcom. Wydaje się, że to właśnie od tego momentu na konserwatywnym europejskim rynku zapanowała moda na publikowanie nowych przygód starych bohaterów, ale w nowocześniejszej i bardziej realistycznej stylistyce. Takie "podrasowane" komiksy nie zastępują głównych serii (wciąż rysowanych po bożemu, zgodnie z oryginałem), ale funkcjonują równolegle z nimi. Pionierami na tym polu są: "Spirou" (1938, ponad 50 albumów), "Suske en Wiske" (1945, ponad 260 albumów) i "Lucky Luke" (1946, ponad 70 albumów).
W 2011 roku, a więc równocześnie z "Tintinem" Spielberga, wydawnictwo Dupuis uruchomiło serię "Le Spirou de...", gdzie w miejsce kropek wpisywane są nazwiska kolejnych twórców, zmieniających się niemal co album (m.in. Yann, scenarzysta spin-offów "Thorgala"). Pierwszych 9 tomów utrzymanych było w stylistyce groteskowej, choć za każdym razem innej i raczej odległej od kreski Franquina czy Jijé'go. Prawdziwy przełom nastąpił wraz z tomem 10, autorstwa duetu Frank/Zidrou. Poniżej zestawiłem okładkę typowego "Spirou" z głównej serii z wersją eksperymentalną, niemal w 100% realistyczną.
Podobny zabieg, ale na znacznie większą skalę, zastosowano nieco wcześniej w sztandarowej flamandzkiej serii dla dzieci "Suske en Wiske". W 2013 r. zaczął się ukazywać pół-realistyczny, 6-częściowy spin-off, czy raczej sequel pt. "Amoras", o którym obszernie pisaliśmy tutaj. Projekt był ryzykowny, ale okazał się wielkim sukcesem. Czwarty tom serii zdobył nagrodę Fnac, piąty nagrodę im. Willy Vandersteena, po szóstym ukazał się jeszcze sourcebook, a w planach jest nowa seria pod roboczym tytułem "Kronieken Amoras".
Rok po premierze "Amoras" wydawnictwo Standaard Uitgeverij wypuściło kolejny 6-częściowy cykl "J.ROM: Force of Gold", tym razem o przygodach potężnego Jeroma, zwanego Złotym Kaskaderem. Jest to postać drugoplanowa z "Suske en Wiske" (powyżej na okładce "Expeditie Robikson"), ale na tyle ważna, że w latach 1962-1986 miała własną podserię, liczącą ponad 130 albumów. Teraz Jerom doczekał się realistycznej wersji superbohaterskiej jako J.ROM. Technicznie jest to więc reboot spin-offu, czyli mniej więcej tak, jakby Egmont najpierw wydał osobną serię o Łamignacie, a potem ją zamknął i otworzył na nowo, ale już w stylu "Thorgala".
W 2016 r. do grona eksperymentatorów dołączyło wydawnictwo Dargaud z pół-realistycznym albumem "L'Homme qui tua Lucky Luke" (Człowiek, który zabił Lucky Luke'a). Na razie nie wiadomo czy projekt będzie kontynuowany. Wydawca określa komiks bezpiecznym mianem "hołdu Matthieu Bonhomme'a dla Morrisa", ale chodzą słuchy, że ma to być pierwsza część cyklu "Lucky Luke vu par...", wzorowanego na "Le Spirou de...".
Na powyższych przykładach wyraźnie widać, że nowa formuła "dorosłych komiksów dziecięcych" charakteryzuje się nie tylko bardziej realistycznym rysunkiem, ale też znacznie ostrzejszymi scenariuszami, ze sporą dawką przemocy i seksu. Oferta ta skierowana jest do starszych czytelników, którzy co prawda pamiętają daną serię z dzieciństwa, ale z niej wyrośli. Nie jest to oczywiście pierwszy pomysł na dopasowanie poczytnego tytułu do różnych grup wiekowych (słowo klucz: segmentacja rynku). Na podobnej zasadzie od lat w komiksie franko-belgijskim funkcjonują podserie dla najmłodszych, typu "Le Petit..." albo "... Kids".
Polityka Egmontu wobec "Kajka i Kokosza" nie wydaje się na tle Europy niczym nadzwyczajnym, ani tym bardziej kontrowersyjnym. Rozmaite spin-offy, rebooty i originy, często różniące się stylem od oryginału, stają się normą na rynku zachodnioeuropejskim. Tylko czy w polskich warunkach to się sprawdzi i przełoży na renesans serii Janusza Christy? Trzymajmy kciuki, żeby tak się stało.
PS. Nie lękajcie się! Pierwsza ilustracja nie pochodzi z "Obłędu Hegemona", tylko z komiksu Arka "Kirkora" Klimka pt. "Maczuga Łamignata".