wtorek, 23 lutego 2021

Polski Vaillant o polskim Roswell

W ubiegłym tygodniu Internet obiegła wiadomość, że Janusz Christa wylądował na Marsie. Za tym niezwykłym i wzruszającym wydarzeniem stoi Sławomir Malinowski (dziennikarz, podróżnik, autor filmu dokumentalnego "Christa"), który postanowił zrobić nieżyjącemu przyjacielowi prezent i załatwił mu w NASA symboliczny bilet na kosmiczny lot z łazikiem Perseverance.

Przypomniało mi to poprzednią wyprawę Christy na Marsa i zmobilizowało do dokończenia artykułu, który razem z Arkiem z Gdańska (dawniej znanym jako Arek z Gdyni) szykowaliśmy od niemal pół roku. Najnowsze odkrycie Arka jest efektem kwerendy, którą prowadził w Bibliotece Gdańskiej PAN w związku z zupełnie innym tematem.

* * *
Wiele razy pokazywaliśmy na blogu jak Janusz Christa podpatrywał u innych autorów rozmaite elementy graficzne i twórczo adaptował je na potrzeby swoich historyjek. Robił to zwłaszcza na początku kariery, kiedy wciąż bardziej chciał rysować komiksy, niż umiał to robić. Również jako scenarzysta czerpał inspiracje skąd się dało, nie tylko z kultury masowej. Dziś opowiemy o przełomowym momencie, w którym rzeczywistość za oknem pchnęła go ku nowej opowieści, pełnej tak fantastycznych pomysłów, że ledwie dało się je upchnąć w czterech kadrach gazetowego paska.

Rok 1959 obfitował w ważne dla Christy wydarzenia. W styczniu Janusz i jego żona Renia zostali rodzicami syna Marka, w czerwcu rysownik wystąpił na estradzie, a w październiku odbył ćwiczenia wojskowe (o tym opowiemy innym razem). Ale na czwartej stronie "Wieczoru Wybrzeża" rok zaczął się zupełnym marazmem, a fabuła drugiej serii "Niezwykłych przygód Kajtka Majtka" dreptała w kółko. Na przykład w pasku z 23 stycznia (data wybrana nieprzypadkowo) łotr Makary po raz kolejny uciekał przed Kajtkiem, rzucał w niego śnieżkami i chował się przed buldogiem na drzewo. Ten głupiutki gag może i pozwalał Chriście poćwiczyć warsztat rysownika, ale na pewno nie scenarzysty. Autor dramatycznie wręcz potrzebował POMYSŁU i nagle znalazł go... na czołówce tego właśnie numeru "Wieczoru". A był to pomysł nie z tej Ziemi!

"Wieczór Wybrzeża" z 23 stycznia 1959 r.

"Latający talerz" nad Gdynią? – trochę informował, a trochę pytał niepozorny tekst w lewym górnym rogu pierwszej strony. Korzystając z przywilejów prasy bulwarowej, gazeta mogła pozwolić sobie na zamieszczanie tego typu niusów. Ten konkretny mówił o Niezidentyfikowanym Obiekcie Latającym (w skrócie NOL) "koloru pomarańczowego o brzegach zabarwionych na różowo", dostrzeżonym tego samego dnia rano* przez dwójkę pracowników wytwórni herbaty paczkowanej Posti. Spodek pojawił się na niebie około godziny szóstej (a więc w kompletnych ciemnościach, zważywszy na porę roku) i zniknął. Notka nie brzmiała specjalnie mądrze, w dodatku sąsiadowała z zapowiedzią cyklu artykułów pt. Latające spodki nad Polską, co pozwalało przypuszczać, że redakcja "Wieczoru Wybrzeża" na siłę szuka sensacji.

W następnych dniach ani poważny "Dziennik Bałtycki", ani partyjny "Głos Wybrzeża" w ogóle nie napisały o tej sprawie. Nie oznacza to jednak, że tematyka kosmiczna była zbyt abstrakcyjna dla oficjalnej propagandy. Wręcz przeciwnie. Dokładnie w tym samym czasie "Dziennik" często i wręcz entuzjastycznie informował o gigantycznych postępach kosmonautyki radzieckiej.

"Dziennik Bałtycki" z 29 stycznia i 3 lutego 1959 r. ZSRR rzeczywiście posadziło rakietę na Księżycu o dwa miesiące wcześniej niż USA, ale dopiero 7 lat później i bez załogi.

Tymczasem "Wieczór" dalej podgrzewał atmosferę wokół gdyńskiego incydentu, z niesłychanym jak na PRL końca lat 50. zaangażowaniem. Do tematu oddelegowano red. Wandę Odyę (1930–1977) i wkrótce na łamach gazety pojawili się kolejni naoczni świadkowie, z imionami, nazwiskami i zdjęciami. Oni również opowiadali o UFO, które ich zdaniem wcale nie zniknęło, tylko wpadło do portowego basenu. To dopiero była sensacja! Czegoś takiego popołudniówka po prostu nie mogła odpuścić.

"Wieczór Wybrzeża" z 28 stycznia 1959 r.

Do poszukiwań zatopionego w basenie spodka "Wieczór" przystąpił całkiem serio i z wielkim rozmachem. Od Marynarki Wojennej udało się załatwić okręt wraz z zespołem płetwonurków - niewykluczone, że dzięki silnym związkom "Wieczoru" z partyjnym (a więc bezpośrednio podlegającym władzy) "Głosem Wybrzeża". Popołudniówka skrupulatnie relacjonowała przebieg operacji: a to zejście specjalistów pod wodę, a to nietypowe reakcje psa tropiącego, który też zjawił się na Nabrzeżu Polskim gdyńskiego portu. Niezauważalnie z historii typu "dwugłowe cielę", UFO w Gdyni stało się sprawą poważną. Z dna basenu portowego wydobywano nawet jakieś próbki, które następnie trafiały do analizy.

Nagłówki z prasy trójmiejskiej z początku 1959 r.

Medialnego impetu nie wystarczyło "Wieczorowi" na długo. Wobec braku efektów poszukiwań, napięcie dość szybko opadało, co widać było w tytułach niusów:
- Czerwone czy różowe? Duże czy małe? Podłużne czy okrągłe?,
- Gdzie jest tajemnicze "coś"?,
- "Gość z nieba" wciąż jeszcze spoczywa na dnie basenu,
- Ekipa nurków MW poszukuje dziś tajemniczego przedmiotu,
- Nieznane "coś" zabłysło na dnie,
- Ciągle jeszcze szukamy,
- Nasze "coś" w rękach naukowców,
- Będziemy kontynuować poszukiwania.
Ta ostatnia obietnica nie została spełniona. Po kilkunastu artykułach, publikowanych regularnie do końca lutego, gazeta musiała wywiesić białą flagę. Nie pomogło zaangażowanie Marynarki Wojennej, Kapitanatu Portu, Polskiego Ratownictwa Okrętowego, Baltony ani spółdzielni Nurek. "Wieczór" wrócił do sprawy jeszcze tylko raz**, w Prima Aprilis 1959, pisząc trochę autoironicznie, że znów widziano UFO, tym razem nad Długim Targiem w Gdańsku. Sceptyczny "Dziennik Bałtycki" triumfował, najpierw jawnie kpiąc z sensacyjnych doniesień konkurencji, a później złośliwie forsując tezę o meteorze.

"Dziennik Bałtycki" z 30 stycznia 1959"Dziennik Bałtycki" z 29 czerwca 1960

Historia ta nigdy nie została wyjaśniona i przez lata obrosła legendą. Mówiło się nawet o nieudanej próbie z nazistowską bronią, która to opowieść funkcjonowała na równi z fantastyczną historią o niemieckich żołnierzach ukrywających się na lotnisku wojskowym jeszcze wiele lat po wojnie. Upływ czasu sprzyjał doklejaniu do niej nowych elementów. Sam "Wieczór" próbował temat racjonalizować za pomocą hipotezy, jakoby do basenu spadły szczątki pocisku balistycznego Atlas, który umieścił na orbicie sztucznego satelitę.

Prawdopodobnie część z Was puka się teraz w głowę, podejrzewając, że chcemy zrobić z "Na plasterków" blog o UFO. Nic podobnego! Piszemy o tej sprawie tak obszernie, ponieważ do interpretacji gdyńskiego incydentu Janusz Christa też dołożył swoje trzy grosze - w komiksie "Profesor Kosmosik i Marsjanie" (napomknęliśmy o nim na samym początku artykułu). Opowiastka ta ukazywała się w "Wieczorze Wybrzeża" od 24 grudnia 1958 do 31 lipca 1959 pod standardowym, nic nie mówiącym szyldem "Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka". Wbrew tytułowi, przez pierwszy miesiąc przygody Kajtka były całkiem zwykłe - ot, taka sobie chaotyczna obyczajówka o rodzince, remontach, rozrywkach i śniegu. I nagle, w odcinku nr 31 (a właściwie 32, bo omyłkowo dwa paski miały nr 30) Christa przestawił zwrotnicę. Jeszcze we wtorek 10 lutego na siłę ciągnął gag o nartach, a już w środę wysłał Kajtka do prof. Kapka Kosmosika, co "rozpoczęło nową serię astronomicznych przygód". Przejście było tak ostre, że w "Kurierze Lubelskim" w ogóle usunięto pierwszych 31 pasków, nota bene z korzyścią dla fabuły.

To tutaj jedyny raz padło imię prof. Kosmosika. Znamienne, że wizyta u uczonego była wynikiem slapstickowego gagu. Później Kosmosik sam dzwonił, pisał, albo wysyłał kruka z wiadomością.

A teraz policzmy... Pierwszą informację o UFO "Wieczór" podał w piątek 23 stycznia. Christa dostarczał redakcji paski w tygodniowych transzach, czyli przełomowy odcinek z Kosmosikiem musiał narysować gdzieś pomiędzy 2 i 6 lutego. Miał więc niecałe dwa tygodnie, żeby kosmiczną inspirację przetrawić i wymyślić jak ją wykorzystać w komiksie o Kajtku-Majtku. Widać, że bardzo się przy tym spieszył i nawet nie starał się podomykać wątków z ciotką Agatą, wujem Ursusem i zbójem Makarym. Nic w tym dziwnego, bo temat był gorący, a jego żywotność mogła okazać się bardzo krótka, co (jak już wiemy) miało miejsce.

Autor od razu jasno wyłożył czytelnikom w jakim kierunku zmierza nowy wątek. Już w swoim drugim dymku Profesor krzyczy: "Wynalazłem rewelacyjne paliwo do rakiet międzyplanetarnych! Kosmos stoi otworem!" Zaraz potem bohaterowie, niczym Adam Słodowy, budują na podwórku rakietę, zamierzając dolecieć nią na Marsa. Na drodze stają im jednak marsjańscy dywersanci. Po nocnej awanturze z Marsjanami, Kajtek i Profesor trafiają na komisariat MO, gdzie muszą dmuchać w baloniki. Dmuchają tak zawzięcie, że balony wynoszą ich w kosmos, a tam zostają przedziurawione przez radziecki sputnik z psem Łajką na pokładzie. W czwartek 12 marca bohaterowie spadają na Ziemię i lądują w... basenie gdyńskiego portu, dokładnie w tym samym miejscu, co słynne UFO. "Gościom z kosmosu bardzo służy kąpiel w naszych wodach" komentuje Christa ustami jednego z komiksowych dokerów.

W kolejnych odcinkach Kajtkowi i Profesorowi udaje się w końcu odpalić rakietę-samoróbkę, dolecieć nią na Marsa, potem latającym talerzem na Wenus, a wreszcie na kawałku skały szczęśliwie wrócić na Ziemię. W ten sposób ze wzmianki o portowym UFO Chrita ukręcił epicką historię science fiction, z naciskiem na "fiction".

Teksty z "Wieczoru" dostarczały również Chriście inspiracji na pojedyncze gagi. Oto przykład: w listopadzie 1958 otwarto w Gdyni izbę wytrzeźwień. Razem z podobną placówką, działającą od roku w Gdańsku, stała się ona niewyczerpanym źródłem atrakcji dla prasy lokalnej. Na ich temat publikowano całe fotoreportaże ze zdjęciami nagich "klientów", zlewanych strugami lodowatej wody. Dziennikarze nie wahali się ujawniać personaliów owych nieszczęśników. Przedwojenna tradycja prasy bulwarowej idealnie sprzęgła się tu z PRL-owską tendencją do wychowywania społeczeństwa przez zawstydzanie.

Zapewne stąd Christa zaczerpnął pomysł na odcinek ze środy 25 marca, w którym milicja po kolejnej burdzie odwozi Kajtka i Profesora do "sanatorium", wprost pod zimny prysznic. Sytuacja wypisz-wymaluj jak z reportażu o alkoholikach, wystarczyło tylko zmienić izbę wytrzeźwień na szpital psychiatryczny, bo przecież bohaterowie historyjki dla dzieci nie mogliby się upić.

Ciekawe czy Christa sam wpadł na pomysł z Marsjanami i wplataniem do komiksu rozmaitch michałków z "Wieczoru", czy podpowiedziała mu to redakcja? Wydaje się, że sam, bo w późniejszych latach narzekał, że ze strony gazety nie było zainteresowania jego pracą, tylko mechaniczne zapełnianie komiksowym paskiem miejsca na ostatniej stronie.

W tym momencie moglibyśmy skończyć artykuł, ale został nam jeszcze jeden punkt programu zasygnalizowany w tytule, a mianowicie "Vaillant". Nie bójcie się, tym razem kontekst jest zupełnie niewinny. Wiele lat temu pokazywaliśmy skąd Christa wytrzasnął kapitalny projekt marsjańskiego latającego talerza. Odpowiedź brzmi: z "Vailanta" wydanego zaledwie dwa miesiące wcześniej. W takim razie skąd "Vaillant" go wytrzasnął? I tu niespodzianka - ze zdjęcia wykonanego przez niejakiego George'a Adamskiego, urodzonego w Bydgoszczy polonusa, który w 1953 r. zrobił sporą furorę w Ameryce.

"Wieczór Wybrzeża" z 7 marca 1959"Vaillant" z 21 grudnia 1958
George Adamski ze swoim słynnym zdjęciem oraz lampa a la UFO (źródła: Medium, Napa Valley Register)

Adamski przez lata dorabiał się na ludzkiej fascynacji sprawami niewyjaśnionymi (parał się ezoteryką, mistyką, nauczał słowiańskiej quasi-filozofii), a na fali popularności Roswell przerzucił się na latające talerze. Niestworzone opowieści o swoich obserwacjach UFO i kontaktach z kosmitami postanowił poprzeć dokumentacją fotograficzną. 13 grudnia 1952 miał wykonać zdjęcie - dzisiaj już ikoniczne – statku z planety Wenus (niedowiarki twierdziły, że to klosz od lampy z wylęgarni kurczaków). Wizerunek ten powielano na całym świecie, przerysowano go np. na okładce pierwszej książki Adamskiego pt. "Flying Saucers Have Landed". I w końcu, via "Vaillant", spodek trafił do "Kajtka-Majtka".

Historia gdyńskiego UFO nie odegrała w polskim komiksie takiej roli jak spotkanie w Emilcinie, unieśmiertelnione przez Grzegorza Rosińskiego w "Relaksie" i Tadeusza Baranowskiego w "Razem". Ma jednak tak samo mocne papiery w świecie ufoentuzjastów. I wiecie co? Wróble ćwierkają, że to jeszcze nie koniec związków Janusza Christy z historią o UFO w basenie portowym. Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte...

Arek & Kapral

Tył wykonanej przez Arka pocztówki, nawiązującej do opisanych tu wydarzeń. Do kompletu bloczek zaprojektowanych przez Arka znaczków pocztowych (MójZNACZEK). Front pocztówki znajdziecie tutaj.

____________
* Dopiero w następnych tekstach, po kolejnych rozmowach ze świadkami, dziennikarze ustalili spójną wersję, że wypadki miały miejsce 21 stycznia.

** No, może półtora raza. W obszernym omówieniu artykułu radzieckich uczonych o spotkaniach z UFO (nie w ZSRR, ma się rozumieć, bo Marsjanie lądowali wszędzie, tylko nie tam) redakcja dodała od siebie wzmiankę o zdarzeniu w Gdyni.

3 komentarze:

  1. Najbardziej rozczuliły mnie spekulacje w "Dzienniku Bałtyckim" o stacjach przekaźnikowych, które "telewidzom radzieckim udostępnią programy amerykańskie czy brytyjskie". Już widzę, jak władza radziecka pozwala obywatelom oglądać kapitalistyczną telewizję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha! Doskonałe! Widzowie amerykańscy byliby z kolei zachwyceni programem moskiewskiej TV, który składał się głównie z baletu i partyjnych przemówień. Wiem, bo widziałem :)

      Usuń
    2. Ameryka też by sobie nie pozwoliła na komunistyczną propagandę. Nie po to McCarthy wojował z agenturą, żeby ją wpuszczać przez TV.

      Usuń

Uwaga! Nie mamy możliwości przenoszenia komentarzy pomiędzy postami. Jeśli więc Twój komentarz dotyczy innego wpisu, po prostu nie zostanie opublikowany.