czwartek, 15 grudnia 2011

Analiza aluzji, czyli okiem politologa

Na dyskretną obecność polityki w komiksach Christy zwracał uwagę Arek Florek ("Nawiązania do PRL-u", "Zbójcerze ze Wschodu", "Rewolucjoniści w Mirmiłowie") i Maciej Wycinek ("Pierwsza dekada Christy"). Okazuje się, że podobny temat poruszony został kilka lat wcześniej w pracy magisterskiej Arkadiusza Bileckiego pt. "Wpływ systemu politycznego na rozwój komiksu w Polsce". Jej obszerne fragmenty mamy przyjemność zaprezentować dziś na naszym blogu. Praca powstała w roku 2002 w Katedrze Teorii Polityki Uniwersytetu Gdańskiego (Wydział Nauk Społecznych) pod kierunkiem dr Hanny Dubrzyńskiej.

* * *

Rozdział 1. Komiks jako zjawisko polityczne

1.3 Oddziaływanie społeczne komiksu w PRL i III RP

Odbiór i oddziaływanie społeczne komiksu w Polsce mogłyby stać się tematem oddzielnej pracy naukowej. Z konieczności zagadnienie to potraktuję skrótowo i na wybranych przykładach.

Komiks w PRL został zauważony i doceniony przez władzę w szczególny sposób: starała się ona gatunek ten ujarzmić i dostosować do własnych potrzeb. Okiełznanie go zaczęło się – jak już wspomniałem – od strefy semantyki i próby ponownego ochrzczenia gatunku nazwą "kolorowe zeszyty". Kontynuowano ten proces w charakterystyczny dla ustroju sposób: wydając poszczególne tytuły z uwagi na potrzeby rynku – o ile oczywiście wcześniej zaakceptowała te potrzeby władza, uznając za słuszne i możliwe do zaspokojenia. Np. w tak powstał słynny miesięcznik komiksowy "Relax" (...). Jak wspomina jego pracownik, sopocki rysownik Janusz Christa: Opowiem jedną historię o początkach pisma. (...) Pewnego razu [Edward] Gierek odwiedził Krajową Agencję Wydawniczą i podczas dyskusji (...) głos zabrał świeży reemigrant z Francji, który (...) powiedział: "Towarzyszu, ja bym proponował komiks". (...) Gierek taki głupi nie był, w końcu wychował się w Belgii i tam z komiksami musiał się spotkać. Gierek powiedział: "Wiecie towarzyszu, to jest dobry pomysł. To wy to róbcie" [1]. Według innej legendy, którą konsekwentnie pielęgnuje H.J. Chmielewski, przygody Tytusa zaczęły ukazywać się poza "Światem Młodych" w osobnych książeczkach, bo spodobały się synkowi jednego z sekretarzy PZPR [2]. (...)

Rozdział 2. Między komiksem a polityką – o wykorzystaniu opowieści rysunkowych w służbie systemu w PRL

2.2 Propaganda systemu

(...) O tym, że tylko MO ma prawo decydować kiedy i jak w komiksie mogą pojawić się jej przedstawiciele mówił Janusz Christa, wspominając pracę przy odcinkowej historii "Skarby starego zamczyska" (zamieszczanej w partyjnym dzienniku lokalnym "Głos Wybrzeża" w lutym i marcu 1958 r.). Jej treścią były przygody trojga gdańszczan, przypadkowo trafiających na trop ukrytych skarbów. Ponieważ majątkiem zainteresowali się także mniej uczciwi obywatele ludowej ojczyzny, w kadrach komiksu nieuchronnie pojawili się milicjanci. Cenzura zarzuciła autorowi nie dość poważne sportretowanie milicjantów, co spowodowało pospieszne zakończenie serii już po sześciu odcinkach [3].

Poważne kłopoty miał Christa w 1970 roku. "Wieczór Wybrzeża" zamieszczał wtedy historię pt. "Kajtek i Koko w kosmosie". Znaleźli się na planecie rządzonej ręką bezwzględnego dyktatora. W mojej historyjce lud się zbuntował i podpalił pałac. Kiedy dowiozłem te sześć pasków do Gdańska [do redakcji "WW"] okazało się, że Komitet Wojewódzki fajczy się, dym idzie pod niebiosa. Pogonili mnie wtedy z moimi Kajtkami, mimo że tłumaczyłem, że skąd mogłem wiedzieć (…). Wtedy na dwa tygodnie wstrzymano komiks. Trzeba było wszystko pozmieniać – opowiadał rysownik trzydzieści lat później [4]. (…)

"Skarby starego zamczyska"Ocenzurowany odcinek "Kajtka i Koka w kosmosie"

2.4 Rzeczywistość między wierszami

Aluzje do rzeczywistości PRL, tej widocznej na co dzień z okien, doświadczanej na własnej skórze przez obywateli, a więc skrzętnie skrywanej przez władzę, stanowiły jedyną broń rysowników pragnących tworzyć mimo formalnych ograniczeń w podejmowaniu pewnych tematów i przedstawianiu różnych wątków. Celowało w tym zwłaszcza dwóch autorów, wspominani już Janusz Christa i młodszy od niego Bogusław Polch.

Janusz Christa żarty z PRL rozpoczął już w okresie pracy w "Wieczorze Wybrzeża". Kilkadziesiąt pasków z serii "Przygody Kajtka Majtka", które Christa zamieścił w tym dzienniku latem 1961 roku, przepełnionych było satyrą na siermiężną rzeczywistość Polski gomułkowskiej. Marynarz Kajtek, ulubiony bohater Christy, zazwyczaj odbywający dalekie rejsy obfitujące w emocjonujące przygody, tym razem zmuszony został do spędzenia wakacji w Trójmieście. Zamiast z przestępcami zmagał się tym razem z tłokiem na plażach i na dworcach, brakiem wody sodowej, kąpielówek i płetw w sklepach w dniach najgorętszych upałów, strofował turystów zaśmiecających las, kibiców wkradających się na stadion piłkarski przez dziurę w płocie itd. Dwukrotnie spokojowi urlopu Kajtka zagrozili kelnerzy [5]: na niemrawą obsługę sposobem okazało się podanie za kontrolera z Państwowej Inspekcji Handlu. Na zawyżony rachunek nienajlepszym sposobem było wezwanie przez Kajtka kierownika restauracji – ten bowiem zaczął się od kelnera domagać swojej działki z zysku z rachunku. Christa odwoływał się konstruując takie scenki i do powszechnych spostrzeżeń i do bieżących publikacji macierzystego dziennika: tego samego dnia, gdy ukazał się "restauracyjny" odcinek przygód Kajtka, "Wieczór" na pierwszej stronie opisywał praktyki kelnerów, cennik potraw i napitków wzbogacających o daty urodzin. Christa przeniósł to wprost do takiego fragmentu dialogu Kajtka z kelnerem:
- Co znaczy ta cyfra [6] 19,20? Potrawy za taką sumę nie jadłem.
- 1920? To jest rok moich urodzin! Zawsze dopisuję go do rachunku.
- Ach tak! A co oznacza cyfra 19,05?
- To jest rok urodzin naszego kucharza, może pan sprawdzić
[7].


Ta seria przygód Kajtka była ironicznym portretem grodu nad Motławą i reszty Trójmiasta, choć pierwsze jej odcinki były zupełnie poważnym zaproszeniem na obchody "Dni Gdańska" latem 1961 roku [8]. Gdy parę lat później Kajtek i jego przyjaciel Koko polecieli w kosmos, na jednej z planet musieli uporać się z nieżyczliwą sekretarką ministra, doświadczali absurdów biurokracji, chcąc wykonać prostą czynność – uruchomić własną rakietę.

Portretowanie obyczajów PRL, dosłowne, lub w umownym sztafażu przygód w kosmosie, było jednak pewnym zastępstwem prawdziwej swobody wypowiedzi. Satyra społeczna prezentowana czytelnikom przez Christę należała bowiem do specjalnej kategorii żartów koncesjonowanych przez władzę. Tłok na dworcu – tak, ale bez puenty, że budowano go za małym do obsługi ruchu w popularnej turystycznej miejscowości, bo podważałaby pryncypia ustroju tak daleko idąca krytyka zamysłu urbanistycznego, a więc elementu państwowej polityki. Kłopoty z aprowizacją (np. brak płetw w sklepie sportowym, gdy na plażę ciągną tłumy wczasowiczy) można było pokazać, ale nie można było dociekać ich przyczyn, czyli niewydolnego z założenia utopijnego ustroju. O mechanizmie przepuszczania takich żartów mówił tak Jan Kobuszewski, popularny aktor, a w latach 60. współprowadzący telewizyjnego programu satyrycznego "Wielokropek": Była bardzo ostra cenzura, więc mieliśmy prawo tylko do krytykowania kelnerów, nie sprzątających dozorców i jakichś tam chochlików prasowych [9].

"Kajtek i Koko na wakacjach"

Raz jednak Christa wplątał swoich bohaterów w sprawę polityczną, wymagającą nawet interwencji Organizacji Narodów Zjednoczonych. W historii pt. "Na tropach pitekantropa" Kajtek i Koko przebywają m.in. na Bliskim Wschodzie. W Singapurze, niechcący wystrzeliwując rakiety międzykontynentalne, zmiatają z powierzchni ziemi bazę angielskiej marynarki wojennej. Okazało się jednak, że marynarze niepotrzebnie obawiali się o swój los: na forum ONZ delegat Singapuru surowo napiętnował Brytyjczyków za próby z zakazaną bronią, dodając żartobliwie, że nie ma jednak nic przeciwko takim eksperymentom, jeżeli zawsze będą się one kończyły unicestwieniem ośrodków militarnych eksperymentującego państwa. Kajtek i Koko oddychają z ulgą, a na ulicach Singapuru wybucha radość po przegnaniu na cztery wiatry poddanych Jej Królewskiej Mości. W trakcie tej samej historii Kajtek i Koko trafiają do USA, gdzie widzą np. policjanta, który zamiast łapać bandytów uniemożliwia czarnoskórym manifestantom pikietę w obronie swoich praw obywatelskich (komiks powstał w 1965 r.). Inny policjant, do cna skorumpowany, gości na posterunku groźnego mafiozo, podejmując go jak starego przyjaciela. Stany Zjednoczone odmalowane są przez Christę jako kraj wszędobylskich komiwojażerów, wciskających bohaterom towary na każdym kroku, zwariowanych milionerów, trwoniących majątek na zbytki, i dziennikarzy, goniących za sensacją. W sumie jest to jednak satyra łagodna, daleka od imperialistycznych połajanek z lat pięćdziesiątych [10].


Gdy Christa na nowo wymyślił swoich bohaterów, przenosząc niejako Kajtka i Koka do średniowiecza, nie porzucił aluzji do rzeczywistości PRL. Wzbogacił arsenał żartów o cytaty z partyjno-urzędniczej nowomowy, która – groteskowa sama w sobie – zyskiwała dodatkowego efektu komicznego użyta przez postaci żyjące w średniowieczu.

W albumie "Dzień Śmiechały" kapral oddziału rycerzy-rozbójników (tzw. zbójcerzy) melduje swojemu przełożonemu, w stylu stachanowskich zobowiązań produkcyjnych z lat 40. i 50.: Hegemonie, melduję, że zgodnie z planem mieliśmy budować machinę oblężniczą przez tydzień, zobowiązaliśmy się czas ten skrócić o sto procent, a zobowiązanie przekroczyliśmy o dwieście procent. Z tej radości obaj udają się do "lokalu kategorii 'S'", który reklamuje się hasłem: "Potrawy najlepsze, ceny najwyższe". W PRL, im dłużej trwał ustrój, tym bardziej stawało się jasne, że prawdziwa jest tylko druga część tego hasła, a pierwsza dramatycznie rozmija się rzeczywistością. Mimo to lokale kategorii 'S' trwały w najlepsze, gdyż to nie wolny rynek, poprzez napływ i odpływ klientów, kuszonych zręcznym marketingiem i jakością usług, dokonywał weryfikacji jakości lokali, a przyjęte z góry założenia kategoryzacji placówek gastronomicznych [11].


Historia "Na wczasach" rozpoczyna się od przybycia do grodu Kajka i Kokosza (przedstawionych we wcześniejszych przygodach jako praprzodkowie marynarzy Kajtka i Koka) książęcego referenta do spraw turystyki. Referent, poprosiwszy uprzednio o podstemplowanie delegacji ("Inaczej książę nie wypłaci mi diet", tłumaczy się), zostawia kasztelanowi jedno skierowanie na zagraniczne wczasy. O skierowanie to rozpoczyna się zacięty bój mieszkańców grodu. Wyjazdy na wczasy wg rozdzielnika, bezpardonowa walka o przywileje i zasada "kto pierwszy, ten lepszy", czy ogólnie – zbyt mała ilość dóbr, jak na istniejące zapotrzebowanie – są to patologie, których dotkliwie doświadczali obywatele PRL. "Mam bony" – nagabuje Kajka cinkciarz z zamorskiego kurortu. "Gratuluję" – przytomnie odpowiada mu Kajko, który nie tyle daje przykład, jak uczciwy obywatel postępuje wobec spekulantów, co trzeźwo ocenia sytuację, nie mogąc wszak być pewnym, czy nagabujący nie jest pospolitym złodziejem, czyhającym na zagranicznego turystę, lub cinkciarzem rodem z PRL, którzy powszechnie współpracowali ze Służbą Bezpieczeństwa (bo przecież mogła istnieć jakaś w średniowieczu), zawsze chętną dowiedzieć się kto kupuje obcą walutę. Szyld jednego z zamorskich zajazdów – "Grand" – przypomina witrynę swojego słynnego imiennika z Sopotu [12].


Obfituje w polityczne aluzje album "Festiwal czarownic". Tytułowy festiwal odbywa się w grodzie Kajka i Kokosza. Aby godnie uczcić przybycie gości kasztelan grodu Mirmił zarządza odpalenie fajerwerków, co żona perswaduje mu słowami "Jak zwykle nie myślisz o rachunku ekonomicznym". Czytelnik dowiaduje się również, że jeden z zaprezentowanych przez czarownice wynalazków mógłby rozwiązać problemy żywnościowe grodu, który notabene swoje największe dobro (miód) przeznacza na eksport. Wydaje się to być niedwuznaczną sugestią autora, że tylko czarna magia mogłaby uratować będącą już (w 1984 r.) w stanie zapaści gospodarkę PRL.


Nie koniec na tym, cytaty z PRL są w "Festiwalu" nawet bardziej dosłowne: oto grupa czarownic postanowiła "odciąć się od niegodnych praktyk koleżanki" (oszukującej podczas festiwalu), a kasztelan Mirmił w akcie desperacji zapowiada "złożenie urzędu na własną prośbę". Odcięcie się, czyli publiczna deklaracja potępienia dla jakiegoś człowieka, lub od jakiejś zbiorowości (np. w odgórnie zorganizowanej akcji, pisząc listy, lub występując na wiecach ludzie odcinali się w 1965 r. od przełomowego listu polskich biskupów do niemieckich), była w PRL nierzadko jedynym zachowaniem pozwalającym uniknąć oskarżeń i represji [13]. Złożenie urzędu – sposobem na odejście z zajmowanego stanowiska, co prawda nie dobrowolne złożenie, ale pod przymusem. W ostatniej części komiksu w szeregach zbójcerzy wybucha bunt. Hegemon ruga swoich podkomendnych "No, no! Tylko bez wichrzycielstwa!", na co słyszy odpowiedź "Od dziś będziemy samorządni i niezależni!". Kapral oddziału, dotąd wierny aż do lizusostwa poplecznik Hegemona, czując przewagę buntowników, błyskawicznie zmienia front - "Stawiam wniosek, aby wykluczyć go z naszych szeregów", mówi. Jednak zbójcerze – podjęciem przez aklamację – przyjmują wniosek, aby wygnać z oddziału obu tyranów, kaprala i Hegemona. W tej krótkiej, rozegranej na przestrzeni kilku kadrów, scenie, Christa streścił dzieje polityczne Polski z lat 1976–1981. "Wichrzycielami" nazywała oficjalna propaganda wszystkich biorących udział w strajkach po podwyżce cen w czerwcu 1976 roku [14]. "Samorządny i niezależny" był związek zawodowy "Solidarność", zarejestrowany w sierpniu 1980 r., a nieraz zgłaszali do niego akces niedawni partyjni kacykowie, zmieniający front o 180 stopni.


Komiks ten powstał w 1981 r., choć ostatecznie ukazał się trzy lata później [15]. Trudno przypuszczać, że cenzura nie zauważyła tak oczywistych aluzji. Najbardziej prawdopodobne jest chyba wytłumaczenie, że zostały one po prostu zlekceważone ponieważ pojawiały się w twórczości zaszufladkowanej jako dziecięca, a więc niegroźna z punktu widzenia władzy. PRL-owscy cenzorzy zapomnieli tu o naukach swoich poprzedników z carskiej Rosji, którzy dopuścili do druku wywrotowy "Kapitał" Karola Marksa, wychodząc z założenia, że napisany tak trudnym językiem nie zagraża porządkowi społecznemu. Pieczołowicie kontrolowali zaś teksty operetek i bajek dla dzieci – dzieł masowych, o bardzo szerokim kręgu odbiorców [16]. "Festiwal czarownic" miał w latach 80. dwa wydania o łącznym nakładzie ponad 300 tys. egzemplarzy.

Po raz ostatni Christa sportretował PRL w albumie "Mirmił w opałach", wydanym już w III Rzeczypospolitej w 1990 roku. Na początku historii, gród Kajka i Kokosza broni się przed kolejnym atakiem zbójcerzy wywieszając nad bramą "święty napis": "Zamknięte. Remanent". Obroniwszy się przed jednym kataklizmem, woje Mirmiła muszą skapitulować, gdy u ich bram staje NIK, czyli Najwyższy Inspektor Kaszteli. Kasztelanowi Mirmiłowi, skłonnemu do desperacji poczciwinie, staje przed oczami widmo, że za "błędy i wypaczenia" zostanie "przeniesiony na inną placówkę". Stara się więc podjąć ważnego urzędnika godnie, by zneutralizować możliwy niepomyślny wynik kontroli. Wysyła Kajka i Kokosza na polowanie, ale ci wracają z pustymi rękami, bo lasy przetrzebili myśliwi dewizowi. Na domiar złego NIK już w drodze do grodu został złupiony przez szlachetnego zbója Łamignata, który zabiera bogatym, by dać biednym. Przestraszony NIK błaga oprawcę o litość, co Łamignat komentuje pod nosem: "Wróciła mu świadomość klasowa". Pomyłkę udało się w końcu wyprostować, NIK łaskawie przyjmuje czynione mu w grodzie honory. Jeszcze zanim rozpocznie pracę, urzędnik musi wysłuchać donosu jednego z mieszkańców, że kasztelan potajemnie czci Trygława i Swaroga, ale zbywa go wyniośle: "Wyznania to nie mój resort".


Pierwszego dnia spodziewanej kontroli okazuje się, że gość to co prawda NIK, ale Niższy Inspektor Konkursów [17], który organizuje turnieje grodów (odniesienie Christy do telewizyjnych "Turniejów miast", obecnych w polskiej telewizji od lat 70.). Wszyscy bohaterowie z komiksowej okolicy muszą stanąć w sportowe szranki. Gdy na arenie grodzianie oczekują swoich rywali – zbójcerzy – ci podstępnie zajmują opustoszałe mury. I tym razem to oni wywieszają nad bramą swój święty napis: "Zamknięte. Przyjęcie towaru", broniący skuteczniej niż zastępy wojów. W PRL takie wywieszki broniły dostępu do lad sklepowych i towarów zwykłym obywatelom, nieodmiennie komunikując, że dystrybucja dóbr odbywa się po cichu, na zapleczu, wśród zamkniętego grona beneficjentów [18]. (...)

Arkadiusz Bilecki
____________
[1] R. Radwański, E. Sobczyńska, Kajko i Kokosz z Sopotu, "City Magazine Trójmiasto", 2001, nr 4.
[2] P. Dunin-Wąsowicz, Jak Tytus przeżył Łajkę, "Machina", 1996, nr 3.
[3] A. Kamieniecka, Świat w obrazkach, "Dziennik Bałtycki", 9–10 września 2000.
[4] Radwański, Sobczyńska, op. cit. Jedyny ocalały pasek z ocenzurowanych proroczych sześciu opublikował jako ciekawostkę magazyn "Giełda komiksów" w nr 5 z 2001 r.
[5] Fach kelnerski był dyżurnym tematem satyrycznym w PRL (że nie bez powodów, to inna sprawa). Pan się zachowuje jak kelner – wykrzykiwał wzburzony bohater skeczu kabaretu "Dudek" do gburowatych i złośliwych hydraulików. Majster hydraulik, dotknięty do żywego porównaniem jego profesji i zachowania do pracownika restauracji, barów i knajp, nakazał swojemu młodszemu pomocnikowi po takim dictum pokazać klientowi "jak się zachowuje polski kelner". Pomocnik, pobłogosławiony przez majstra, przenosił spór z klientem od słów do rękoczynów.
[6] Kamyczek do ogródka Christy: 19,20 to liczba, nie cyfra.
[7] J. Christa, Przygody Kajtka Majtka, "Wieczór Wybrzeża", 4 sierpnia 1961.
[8] "Dni Gdańska" to jakby nowa świecka tradycja – próba zdyskontowania sukcesu tradycyjnego Jarmarku św. Dominika; w późniejszych latach używano nazwy "Jarmark dominikański", bez najdelikatniejszej choćby próby wyjaśnienia o jakiego Dominika, czy dominikanów chodzi.
[9] D. Zaborek, Wężykiem! Rozmowa z Janem Kobuszewskim, "Gazeta Wyborcza – Gazeta Telewizyjna", 15–21 lutego 2002.
[10] J. Christa, Kajtek i Koko na tropach pitekantropa, Wydawnictwo Egmont Polska, Warszawa 2001.
[11] J. Christa, Dzień Śmiechały, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1985.
[12] J. Christa, Na wczasach, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1988.
[13] L. Maleszka, Krótki słownik PRL, "Gazeta Wyborcza", 9–10 września 2000.
[14] Jakkolwiek termin "wichrzyciele" był wyjątkowo poręczny, stosowano go we wcześniejszych momentach przesileń społecznych, w czerwcu 1956 r. w Poznaniu, czy w marcu 1968 r.
[15] J. Christa, Festiwal czarownic, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1984.
[16] W. Orliński, Rozpad komiksowej przyjaźni, "Gazeta Wyborcza", 26 stycznia 2000.
[17] Motyw niemal jak z "Rewizora" Mikołaja Gogola.
[18] "Remanent" oznaczać mógł nie tylko przeliczanie towarów, ale i to, że cały personel postanowił załatwić w godzinach pracy nie cierpiące zwłoki sprawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga, Twój komentarz nie ukaże się natychmiast, bo najpierw cenzura musi go zatwierdzić. Przepraszamy za przejściowe trudności. Prosimy nie regulować odbiorników.